Operowanie czasem

Obrazek użytkownika gps65
Idee

Strefy czasowe zaproponował w 1878 roku kanadyjsk wynalazca Sandford Fleming, zaś wprowadzono je urzędowo w 1884 roku. Strefy te nie były wcześniej potrzebne z uwagi na to, że prędkość i powszechność podróżowania nie przekraczała pewnego progu intensywności. Więc wszędzie na świecie używano tylko czasu słonecznego. W każdej wsi południe było o godzinie 12:00.

       Ale pod koniec XIX wieku pojawili się pasażerowie kolei, którzy zauważyli, że czas jest błędnie podawany, bo się spóźniają na pociągi. Gdy pojawiły się koleje, intensywność podróżowania wzrosła, i wtedy się zorientowano, że operowanie czasem słonecznym prowadzi do błędów - źle były ustalane terminy, źle liczono odstępy w czasie. Zegarki podróżujących ludzi nie pokazywały tego samego czasu. By tych błędów uniknąć wymyślono strefy czasowe - co wymagało wielu decyzji politycznych, zarządzeń, opracowania map i tysiąca porozumień międzynarodowych.

       Strefy czasowe wprowadzono ze względu na podróżowanie i odległą komunikację. Ludziom, którzy nie podróżowali na więcej niż kilkaset kilometrów i nie komunikowali się z nikim na takie odległości, czas słoneczny w zupełności wystarczał i nadal wystarcza.

       Ten sam problem związany z błędami czasu słonecznego w trakcie podróży rozwiązano wielokroć prościej i taniej ponad sto lat wcześniej: w 1759 roku, gdy wynaleziono chronometr. To rozwiązanie stosowano do podróży morskich. Na oceanach żadne strefy czasowe nie były potrzebne.

       W żegludze operuje się dwoma różnymi czasami: stałym czasem uniwersalnym oraz przestawianym czasem pokładowym (dziś przestawiany jest zgodnie ze strefami czasowymi, dawniej stosując różne inne konwencje), który jest przybliżeniem czasu słonecznego. Mamy chronometr, który pokazuje dokładny czas uniwersalny, którego się nigdy nie przestawia. Pozwala on ustalić długość geograficzną oraz liczyć terminy i różnice w czasie. Mamy też czas pokładowy, który się co jakiś czas przestawia, który przybliża lokalny czas słoneczny i służy do organizowania życia na statku. Ten czas lokalny, pokładowy, jest przybliżonym czasem słonecznym dlatego, że nie przestawia się go w sposób ciągły, ale w pewnych dłuższych odstępach czasu, dawniej raz na dobę, dziś w zależności od strefy czasowej - co zależy od prędkości przemieszczania się statku na wschód lub zachód.

       I to operowanie dwoma czasami jest najlepsze i najbardziej sensowne - nie potrzebne są do tego strefy czasowe. Moja propozycja to przeniesienie tej dawnej praktyki morskiej na ląd.

       Widać, że problemy związane z operowaniem czasem słonecznym można rozwiązać na dwa sposoby: (A) do posługiwania się czasem słonecznym dodać możliwość operowania czasem uniwersalnym, (B) wprowadzić administracyjne strefy czasowe i operować jednym czasem będącym kumulacją obu. Moim zdaniem to morskie, starsze rozwiązanie (A) jest lepsze niż późniejsze lądowe (B). Proponuję rozwiązanie (A) przywrócić wszędzie - i na morzach, i na lądach. Ale niestety wygrało rozwiązanie gorsze (B) i stosuje się je też na morzu.

       Wiem, że moja propozycja to utopia, że to łatwo nie przejdzie - tłumaczę to tylko po to, by uświadomić niektórym fakt, że politycy dzielnie walczą z problemami, które sami stwarzają. Praktyczni żeglarze ten sam problem rozwiązali dużo prościej i taniej niż politycy.

       Strefy czasowe są jeszcze wynikiem tego, że dawniej były tylko zegarki mechaniczne i były one drogie. Dlatego przyjęto takie rozwiązanie by czas uniwersalny i słoneczny połączyć w jeden czas wskazywany przez zegarek - po to by jeden i ten sam czas służył i do ustalania terminów, i do obliczeń, i do ustalania pory dnia.

       Ale dziś już każdy ma smartfon, który może wyświetlać i czas uniwersalny, i czas słoneczny, który w podróży się zmienia automatycznie. Terminy i czas podróży można liczyć w czasie uniwersalnym i taki podawać we wszelkich rozkładach jazdy, a życie lokalne, typu otwieranie sklepów czy szkół, albo terminy posiłków, liczyć w czasie słonecznym tak jak dawniej, przed wprowadzeniem stref czasowych.

       Więc proponuję w ogóle zlikwidować strefy czasowe i operować zawsze dwoma czasami: uniwersalnym oznaczanym skrótem GMT (Greenwich Mean Time) i słonecznym oznaczanym skrótem MCS (Miejscowy Czas Słoneczny). Ten dugi czas MCS w podróży dokładnie poda nam smartfon, który ma GPS.

       Ewentualnie można to rozwiązać tak, że zostawić tylko czas GMT, czyli uczynić całą Ziemię jedną wielką strefą czasową, a ten drugi czas MCS przedstawiać jako liczbę z przedziału (-12, +12), którą należy dodać do czasu uniwersalnego GMT by dostać czas lokalny MCS pozwalający zorientować się w porze dnia. Wystarczy by w wielu miejscach, na lotniskach, dworcach kolejowych, na rynkach, etc.. była gdzieś wywieszona ta liczba. Jedna taka liczba pozwala ustalić lokalny czas słoneczny w polskich szerokościach w promieniu około stu kilometrów by zachować dokładność do 10 minut. By znać porę dnia taka dokładność jest wystarczająca.

       Problemy z kwestiami fizjologicznymi dotyczącymi czasu - tego, kiedy najlepiej się budzić, a kiedy zasypiać, kiedy rozpoczynać pracę, czy lepiej to zmieniać w lato lub zimę, albo jeszcze częściej etc… mogłyby być rozwiązywane lokalnie na poziomie samorządów - na przykład w drodze referendum mieszkańców - albo po prostu przez dyrektora szkoły, albo zakładu pracy. Każda gmina mogłaby ogłosić, że szkoły i urzędy się u nich otwiera o godzinie 07:00 MCS w lato, a o 08:00 MCS w zimę, a inna gmina by ogłosiła, że u nich to będzie cały rok godzina 07:30 GMT. Ale dyrektor jednej ze szkół mógłby ogłosić, że jego szkoła będzie otwarta o 09:00 GMT. Nie ma żadnej potrzeby by to wymuszać globalnie na poziomie całego kraju czy kontynentu.

       Mój postulat można wprowadzić bez żadnej ingerencji politycznej, bez żadnych ustaw czy urzędniczych decyzji. Wystarczy by wielu zaczęło operować takim sposobem podawania czasu i ignorowało to, co ustalają urzędnicy. No i trzeba by jeszcze rozpowszechnić prostą, darmową aplikację na smartfony, która by podawała oba czasy i wyświetlała w obu miarach oficjalne czasy otwarcia urzędów i sklepów w danym miejscu. Gdyby się to upowszechniło, to politycy musieliby do tego dostosować czas oficjalny.

       Istotą mojej propozycji jest to, że można operować czasem niezależnie od jakichkolwiek politycznych ustaleń. Moja propozycja ma tę zaletę, że można operować czasem tak, że zbędni stają się wszelcy politycy i rządy, zbędne są wszelkie ustalenie między nimi, zbędna jest ich praca z tym związana, zbędne są wszelkie ich zarządzenia dotyczące czasu, dotyczące zmieniania tego czasu, zbędne są mapy pokazujące jakiekolwiek strefy czasowe, zbędne są wszelkie kwoty, które są wydawane na pracę ludzi, którzy zajmują się manipulowaniem czasem, zbędne są wszelkie spory dotyczące tego czy lepszy jest czas letni, czy zimowy, czy warto zmieniać ten czas sezonowo, czy nie warto.

Grzegorz GPS Świderski

PS. Notki powiązane:

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:2)

Komentarze

Obawiam się jednak że niewielu zrozumie ideę twojej propozycji.

Myślę że dużo łatwiejsze do strawienia i bardziej realne byłaby zmiana polskiej strefy czasowej. Przesunięcie jej co najmniej o godzinię. 

Połowa Polski, wraz ze stolicą, leży na tej samej długości geograficznej co Grecja, Rumunia. Cała Polska zaś na tej samej długości co Libia. Wszystkie te kraj leżą w innej, "lepszej" strefie czasowej niż Polska. Szczytem absurdu jest fakt że Polska leży w tej samej strefie czasowej co Holandia, Francja, a nawet Hiszpania! Kiedy u nas słońce już dawno zaszło i zapanowały ciemności - tamci jeszcze przez godzinę, dwie, cieszą się jasnym dniem. A na zagarkach mamy dokładnie tą samą godzinę co oni! Co to oznacza? Ano to że idziemy do pracy i wracamy z niej dokładnie o tej samej godzinie co żabojady i Hiszpanie aly przez pół roku wracamy do ciemnicy. Oni mogą po pracy spacerować z pieskiem zanim wogóle zacznie się ściemniać. I gdzie tu jest sprawiedliwość?

Z powodu wrzucenia Polski do tej samej strefy czasowej w jakiej jest zachodnia Europa, żyjemy w srefie smuty i deprechy. Poważnie. To nie jest żaden żart. Mam to szczęście że mieszkam po zachodniej stronie pewnej strefy czasowej i nie jestem w stanie znieść deprechy która zapada nad Polską już od września kiedy jestem w Polsce. Jeszcze nie ma ósmej wieczorem, a na dworze ciemnica! I co tu z sobą zrobić? Jak żyć panie premierze? No jak żyć? Telewizor? Browarek? Jedna wielka smuta. I jak dziwić się że w Polakach nic radości nie ma? A skąd ma ta radość się wziąć? O późniejszych miesiącach nawet nie będę wspominał.

Połowa września, szarówa Polskę ogarnia o ósmej wieczorem, wchodzę do samolotu, ląduję na samym zachodzie Niemiec w Akwizgranie, siadam na zewnątrz hotelowej knajpki i... co się tu u licha dzieje? Dwudziest druga a na dworze wciąż widno! Aż żyć się chcę. Aż żyć się CHCE!

A kiedy spacerując z psem po pracy dzwonię do znajomych którzy mieszkają w tej samej strefie co ja, tylko że po jej drugiej, gorszej stronie, zawsze zaczynają rozmowę od słów: - Tylko nie mów że u ciebie wciąż jest jasno. Tylko nie mów bo się pochlastam.

Dlatego mam do ciebie GPS prośbę: może byś powalczył żeby nie tylko zatrzymać w Polsce czas na letnim, bo to niewiele zmieni. Żabojady wciąż będą mieli dwie godziny dłuższy dzień po pracy ponieważ też go sobie zatrzymają. Powalcz żeby zmienić w Polsce strefę czasową! Przyszły rok będzie tą okazją którą jeśli się przepuści, już nigdy się nie powtórzy. 

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#1583931