Przemyt. Bracia.

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

Osobne miejsce wypadałoby poświęcić kierowcom. Ponieważ sam nie posiadałem prawa jazdy, musiałem korzystać z pomocy innych. Nawet nie potrafiłem prowadzić samochodu
Keny był pierwszym kierowcą z którym regularnie jeździłem do Niemiec. Na samym początku, gdy jeszcze nie pracowałem na własny rachunek. Bardzo go lubiłem. Dobry kolega. Oprócz tego wyróżniał się w tłumie. Był tak chudy, że wcześniej tego sobie nawet nie wyobrażałem. Ja jestem szczupły, ale on był jeszcze ze trzy razy chudszy.
Kiedyś przyszedłem do niego wcześnie rano. Otworzyła mi jego mama. Wpuściła do pokoju w którym spał. Panował tam półmrok. Jak mnie tylko zobaczył, odchylił kołdrę i wstał. Coś mnie wtedy chwyciło za gardło, dlatego nie krzyczałem. A miałem ochotę.
Można sobie wyobrazić co wtedy poczułem. Odchyliła się kołdra i z łóżka podniosła się kupa kości. Czegoś takiego nie widziałem wcześniej. Nie znam się na biologii, czy pod co to podchodzi, ale nie mam pojęcia czym te kości były sklejone razem do kupy. Bo żadnych mięśni i ścięgien tam nie było na pewno.
Dziwne, ale Keny bardzo lubił jeść. Tylko, że były to ilości dozowane przez atomową wagę. Minimalne.
Po wielu godzinach wracamy z Niemiec. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze aby coś przekąsić. Keny już od jakiegoś czasu marudzi, że coś by wziął na ząb. Najlepiej konia z kopytami. Taki był głodny.
Zamawiam duży szaszłyk. On od razu trzy. Z czego zjadł może z jeden plasterek. Odstawił talerz, otarł pot z czoła i powiedział:
- Ale się nażarłem!
Na drugi dzień było to samo. Mówię mu:
- Keny, przecież i tak tego wszystkiego nie zjesz.
- Zjem, zjem.
No i zjadł. Jeden plasterek.
Jak już byłem samodzielny to też zatrudniłem kierowcę. Ponieważ Keny już nie chciał jeździć, to wziąłem sobie pewnego znajomego z miejscowości w której kiedyś mieszkałem. Jednego z dwóch braci. Były jakieś kłopoty z paszportem. W końcu zatrudniłem jego ojca.
Był ode mnie znacznie starszy, dawny kierowca autobusowy. W jego towarzystwie też się czułem dobrze. Miał pracować u mnie na razie, w zastępstwie syna. Został na rok.
Jako dawny kierowca autobusowy nie miał nawyku zapinania pasów. Być może to uratowało mi życie.
Jechaliśmy z przodu kolumny samochodów. Mój kierowca kolejny raz zapomniał zapiąć pasów. Zwróciłem mu na to uwagę. Zwolnił by je zapiąć. Wyprzedził nas inny samochód.
Z na przeciwka bardzo szybko jechał inny pojazd. Jego kierowca stracił na zakręcie nad nim panowanie i zjechał na pas jezdni po którym my się poruszaliśmy. Uderzył czołowo w samochód przed nami. Została z niego tylko kulka złomu.
Co w tym najdziwniejsze, jego pasażerom prawie nic się nie stało. Tylko siła uderzenia wyrzuciła ich daleko, w pole. Chodzili w kółko w jakimś oszołomieniu, a ja starałem się ich zebrać do kupy.
Kierowca drugiego samochodu był nieprzytomny. Lekarze podłączyli mu kroplówkę, a strażacy starali wyciągnąć. Wokół samochodu zebrało się pełno gapiów, komentowali, palili papierosy. Niedopałki gasili obok samochodu, z którego wyciekało paliwo.
Zaniepokoiło mnie to. Podszedłem do strażaka i spytałem:
- To jest ropa?
Gapie zostali natychmiast odgrodzeni od samochodu.
Dużo później, gdy już miałem innego kierowcę, też z tej samej miejscowości, zdarzyła się dziwna rzecz. Kierowca rano siedział na swoim łóżku i powoli dochodził do siebie. Bo było bardzo wcześnie rano:
- Wiesz M? Umarł nasz kolega.
- Jaki?
- Tego to już nie wiem. Śnił mi się zakrwawiony ząb. Zawsze wtedy ktoś ze znajomych umiera.
- O rany! Ale głupoty. Nie żyjemy w średniowieczu.
Niedługo był weekend. Odwiozłem go do miejscowości gdzie mieszkał. A tam już czekała na nas wiadomość: brat zabił brata. Obydwaj dobrze ich znaliśmy. Tym bardziej, że byli to synowie mojego poprzedniego kierowcy. Tego od autobusów.
Zawsze nierozłączni. Ale na alkohol nie ma mocnych.
Jeden pracował, drugi nie. Ten co nie pracował wrócił do domu wypity. I głodny. Zaczął wyjadać zupę z garnka. Co bardzo się nie spodobało temu pracującemu:
- Jak chcesz jeść to sobie zarób.
Wywiązała się kłótnia. W końcu ten z niepracujących braci rozbił butelkę po winie. I poderżnął nią bratu gardło.
Ten mój kierowca od zakrwawionego zęba zwykł mawiać:
- Ja to Marian się w czepku urodziłem. Zawsze spadam na cztery łapy.
Wkrótce urodziło mu się dziecko.
A Sąd uznał mnie za ojca.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Chyba tak to mozna okreslic po przeczytaniu ponieważ, nie moge w żaden sposób doczytac sie zawartego przekazu do jakiego niewątpliwie dążył autor ale to wszystko jak nie kierowca to sędzia pewnie emeryt i do tego dziecko chyba w wieku srednim.Czepek,wódka plus wypadek,opowiadał kiedyś dziadek.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Jeszcze zaświeci słoneczko

#277417