Przemyt. Ruszamy!

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog
W zamyśle było to mniej niż zajęcie tymczasowe. Tylko w celu chwilowego podreperowania finansów. Ale tak jak to z prowizorkami już bywa: często są trwalsze od tego co ma działać "wiecznie". Tak było i tym razem. Miał to być jednorazowy incydent, a stał się sposobem na życie. Na kolejne lata. Sprzedażą lewych papierosów w Niemczech zajmowali się przede wszystkim Azjaci. Nie wiem jak teraz, ale w tamtych czasach (połowa lat 90-tych) sztanga papierosów (dziesięć paczek) kosztowała w tym kraju średnio 50 marek, Azjaci sprzedawali po 25-30, a ja dostarczałem w zależności od rodzaju papierosów i rejonu Niemiec po 15-20 marek. Kupowałem po 9-12 DM. Papierosy wędrowały do Polski, z krajów byłego Związku Radzieckiego. Pikanterii dodaje fakt, że papierosy przeważnie były niemieckie. W ramach jakichś rozliczeń były dostarczane przez Niemców za naszą wschodnią granicę, stamtąd przyjeżdżały do Polski, a następnie z powrotem do Niemiec. Takie koło na którym każdy zarabiał. Ryzyko było różne. Dla każdego inne. W zależności w którym miejscu koła człowiek się znajdował. Dla tak zwanych "ruskich" utrata towaru zarekwirowanego przez celników była największą dolegliwością. Dla takich jak ja - różnie. Dla Azjatów to już była "zabawa" na śmierć i życie. Dosłownie. Ludzie tam są ogólnie dobrzy i nie różnią się od nas zbytnio. Ale mentalność, filozofia życia - diametralnie inne. Liczy się ogół, jednostka nic sama w sobie nie znaczy. Ginie. W dawnych Niemczech Wschodnich, dedeerze potrzebowano rąk do pracy. Sięgnięto po Azjatów i sprowadzono do siebie. Gdy czasy się zmieniły starano się ich pozbyć. Ale nie było takich możliwości prawnych. Próbowano więc przekupstwem. Dawano każdemu kto zdecydowałby się na powrót parędziesiąt tysięcy marek tzw odprawy. Widocznie za mało bo chętnych było niewielu. Jak się już ktoś taki zdarzył to robił to w ramach przekrętu: brał pieniądze, jechał do swojego kraju, a następnie wracał nielegalnie. Niemcy nie mogli nic zrobić z tym procederem bo i sprawa tych odpraw nie była tak do końca czysta i legalna. No więc tym Azjatom co pozostali niezbyt uśmiechała się normalna praca za "grosze". Stworzyli nielegalne stryktury które zaspokajały ich ambicje. Wykupywali za tak zdobyte pieniądze całe rejony miast tworząc swoje dzielnice. Nie żeby się tam kisili we własnym sosie, ale wszystko było pod ich kontrolą: lokale, sklepy itp. Zarobione pieniądze wydawali tylko u "siebie". Obieg pieniądza był więc zamknięty. Ja poznałem dwie grupy. Mogą niektórzy powiedzieć: mafie. Obie konkurowały z sobą i zwalczały. Wszystkie chwyty były dozwolone: im drastyczniej tym lepiej. Byleby nastraszyć skutecznie przeciwnika. Obcy dla nas świat i całkowicie różna od naszej mentalność. Ale można się przyzwyczaić. Przez blisko pięć lat przebywania z Azjatami ich filozofia życia stała mi się na tyle bliska, że to co działo się u nas wydawało mi się nienormalne. I dalej tak uważam. Z biegiem lat coraz mocniej. Zasady są bardzo proste i dla każdego zrozumiałe. Oko za oko, ząb za ząb. Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. Jak by nie mówić chodziło o to, że trzeba być uczciwym. I nie chodziło tu bynajmniej o sumienie. Ludzie którzy decydowali się wykiwać wspólników w interesie musieli zdawać sobie sprawę z wykrycia i konsekwencji. Nie było mowy o jakimś długotrwałym dochodzeniu. Złapany na oszustwie delikwent wiedział, że kara go nie ominie. A była tylko jedna. My, Polacy byliśmy traktowani oczywiście inaczej. Z oszustami po prostu nie robiło się więcej interesów. I to wszystko. I to tylko ze względu na interesy: gdy zginął jakiś Azjata to policja się tym za bardzo nie interesowała. Co innego gdy sprawa dotyczyła europejczyka. Potrafili być wtedy upierdliwi. A nikt nie lubi gdy się mu patrzy na ręce. Zwłaszcza gdy się je ma nie do końca czyste. Po przekroczeniu granicy wcale człowiek nie był taki pewny, że już całe niebezpieczeństwo jest poza nim. To znaczy nie powinien być, gdyż kontrole były nie tylko na granicy. Lotne patrole graniczne można napotkać do około 50 kilometrów od granicy. Przeważnie na autostradzie zatrzymywano i kontrolowano samochody z polską rejestracją. Pojazdy tych lotnych celników nie były oznaczone. W Berlinie urządzano łapanki na przemytników. Gdzieś niepozornie, na poboczu stał nieoznakowany samochód osobowy. Miał za zadanie sprawdzać numery rejestracyjne przejeżdżających samochodów. Gdy były Polskie informował o tym centralę. Ci już szli na pewniaka i wyłuskiwali taki samochód ze sznuru innych. Jak to wyglądało w praktyce? Zbliżam się do Berlina. Moim celem jet najbliższa dzielnica - Grunau. Pisze się "u" z dwoma kropeczkami. Czyta jak "i". No więc jadę. Wokoło lasy. Jak w województwie Lubuskim. Lekki łuk drogi. Przed samym łukiem na poboczu stoi biały samochód osobowy. Może się zepsuł? Jadę dalej. Przed samym Grunau jest przejazd kolejowy. Za nim często stoi policja czekając na Polaków. Taki komitet powitalny. Wiem o tym. Jadę bardzo blisko za wyprzedzającym mnie samochodem z białymi niemieckimi tablicami rejestracyjnymi. Polskie były wtedy rzucające się w oczy. Czarne. Jadę niebezpiecznie blisko. Prawie zderzak w zderzak. Mam nadzieję ukryć polskie tablice. By ich nie zauważono. Na daremnie. Za torami niemiecki policjant ze specjalnej brygady w czarnych mundurach wychodzi prawie na ulicę. Bezbłędnie trafia na mnie z pośród wielu innych samochodów jadących tą drogą. Nakazuje mi zjechać na pobocze. Nie mam dokąd uciec: z tyłu i z przodu samochody. Zjeżdżam. Zdziwiony, że tak łatwo mnie namierzono. Jakby wiedzieli o mnie wcześniej. W pobliżu jest parking. Stoi tam już sporo samochodów z polskimi rejestracjami. Dołączam do nich. Czekam gdyż łapanka trwa w najlepsze i dołącza do nas jeszcze wiele samochodów. Policjantów jest sporo. Co najmniej z dwudziestu. Są bardzo skrupulatni i w czarnych mundurach wyglądają groźnie. Stoję na tym parkingu wśród innych Polaków i obserwuję. Schemat się powtarza: sygnał w radiotelefonie, wyjście na pewniaka na ulicę, kolejny polski samochód na parkingu. Jestem już pewny, że to nie przypadek. Po skończeniu akcji Niemcy wrócili do nas ustawiając w szeregu. Niemiecki oficer, może dowódca policjantów, zwrócił się do nas łamaną polszczyzną: - Będę się pytał po kolei każdego czy ma nielegalne papierosy. Kto się nie przyzna, a papierosy znajdziemy to zabierzemy też samochód. Nie żartuję. Mówić więc prawdę. W myślach kalkulowałem: papierosy drogie ale samochód jeszcze droższy. Z drugiej strony gdy się im już raz pokaże gdzie się je ukrywa...kombinowałem gorączkowo. Niemiec zbliżał się do mnie. Słyszałem już to co mówi do tych co stali obok mnie: - Papierosy są? - Nie ma. - niepewna odpowiedź. - Zobaczymy. Po zaledwie paru minutach pojawiły się pierwsze sztangi. Zrozpaczony Polak obserwował jak wyciągają resztę. Potem zgodnie z obietnicą zarekwirowano też samochód. Nic nie pomogły protesty i prośby. Samochód zabrano by pokazać reszcie, że to nie żarty. Ja też tego Polaka nie żałowałem: mógł się przyznać lub odpowiadać bez wahania. A tak ja już wcześniej wiedziałem, że kłamie, a tym bardziej wiedzieli o tym Niemcy. Nadeszła kolej na mnie. Podszedł ten niemiecki oficer. Stanął przede mną tak, że widziałem go z bliska: twarz zdecydowana lecz mimo sytuacji sympatyczna. Taki zawód: - Papierosy są? - Nie ma. - odpowiedziałem szybko, zdecydowanie i bez zastanowienia. - Nie ma? - wyraził zdziwienie podnosząc wyżej brwi. - Jak znajdziemy to zabierzemy samochód. - straszył dalej. - OK. Zabierajcie. Nic nie mam. Tym razem widziałem, że Niemiec nie był pewny swego. Mimo tego posłał swoich ludzi do mojego samochodu. By tą pewność uzyskać. W ciągu lat spędzonych na pograniczu zyskałem zdolność rozszyfrowywania tego co ludzie zamierzali ukryć: po zachowaniu, gestach i nawet zapachu. Nie na 99%, lecz na 100% byłem pewien tego, że ktoś coś ukrywa. Gdy ukrywał. Nie były to jakieś nadprzyrodzone zdolności tylko nabyte przez lata doświadczeń. Zmysły się wyostrzały na pewne rzeczy które były niezauważalne i nieistotne dla laika. Niemieccy celnicy, policjancie z co najmniej kilkuletnim doświadczeniem też to mieli. Potrafili wyczuć przestępcę na odległość. To byli profesorowie w tym co robili i żeby wyprowadzić ich w pole trzeba było przede wszystkim o tym wiedzieć. Śmieszyły mnie przechwałki co niektórych jaki to mają genialny patent na oszukanie głupich Niemieckich celników. A już zupełnie można włożyć w bajki, że im się to udało. Jednorazowo mogło. Ale nigdy permanentnie. Policjanci nic nie znaleźli. Oficer jeszcze raz podszedł do mnie: - Po co w takim razie Pan przyjechał do Berlina? - Na zakupy. - Nie mógł Pan ich zrobić gdzieś bliżej? - Mogłem, ale mam urlop i chciałem zobaczyć na własne oczy stolicę Niemiec. Duże miasto. Kiwał głową ciągle ważąc w ręku mój paszport i patrząc uważnie w moje oczy. Ciągle nie był przekonany czy czegoś nie ukrywam. W końcu mi go oddał: - Tym razem Pana puszczę wolno. Jedyny i ostatni raz. Tu w Berlinie mamy ciężkie więzienie i następnym razem coś znajdę. Niech się Pan dobrze zastanowi nim przyjedzie następnym razem. Do widzenia. Dostałem paszport. Chociaż dzień był ciepły te słowa mnie zmroziły i miałem o czym myśleć przez wiele następnych dni. Wiedziałem, że nie żartuje, a to więzienie o którym napomknął cieszyło się naprawdę złą sławą. Suma sumarum nie odpuściłem. On również. Przez kilka następnych lat spotkaliśmy się jeszcze wielokrotnie. Często na terenie Niemiec, raz w Polsce. Mówił wskazując na mnie palcem: - Kiedyś jeszcze Cię złapię. Odpowiadałem: - Nigdy! Kiedyś spotkałem go w Polsce. Z rodziną. Mimo ograniczenia językowego rozmawialiśmy długo. I było o czym. Kiedyś, już jako "stary" przemytnik jechałem zdać papierosy. Miałem je już wypakowane ze skrytek. W bagażniku. Dużą ilość. Jedna z ulic Berlina była w remoncie. Postawiono przenośną sygnalizację. Jedną stronę ulicy remontowano. Zwężenie było naprawdę niewielkie. Czekałem na czerwonym świetle. Trzy metry dalej, naprzeciwko stanął mój "kumpel" z policji. Z tyłu zajechał mi drogę inny policyjny wóz. Wreszcie miał mnie. Widzieliśmy się dokładnie. Nic więcej nie mogłem zrobić. Zrezygnowany czekałem na bieg zdarzeń. Światło zmieniło się na zielone. Ciągle czekaliśmy. Widziałem wyraźnie jak się mi uważnie przypatrywał nad czymś jakby się zastanawiając. W końcu pokazał gestem dłoni bym jechał dalej. Oszołomiony ruszyłem przed siebie. Przejeżdżając obok jego policyjnego radiowozu podziękowałem. Też gestem. Więcej już się nie spotkaliśmy. Nigdy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem: nie ważne jakiej jesteśmy narodowości, ale jakimi jesteśmy ludźmi. ....................................................................................................................................... Rozpadają mi się neurony. Z dnia na dzień coraz trudniej skupić mi myśli. Pieniądze w całości będą przeznaczone na rehabilitację. Nie potrzeba mi miionów. Będę szczęśliwy gdy pieniędzy starczy raz w tygodniu na zabieg rezonansem stochastycznym (około 100zł z dojazdem). Darowizny: Fundacja Avalon - Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym, Michała Kajki 80/82 lok. 1, 04-620 Warszawa nr rachunku odbiorcy: 62 1600 1286 0003 0031 8642 6001 Prowadzone przez: BNP Paribas Bank Polska SA Tytuł wpłaty: 1297 Marian Stefaniak Przelewy zagraniczne: International Bank Account Number IBAN: PL62 1600 1286 0003 0031 8642 6001 SWIFT/BIC: PPAB PLPK JAK PRZEKAZAĆ 1% Wypełniając zeznanie PIT, należy obliczyć podatek należny wobec Urzędu Skarbowego. W rubryce WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZACJI POŻYTKU PUBLICZNEGO (OPP) * Wpisać numer KRS: 0000270809 * Obliczyć kwotę 1% W rubryce INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE (bardzo ważne!) * Marian Stefaniak 1297
Brak głosów