Wesela i zabawy.

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

Kiedyś szykowałem się do wyjścia na wesele. Żeby tam zagrać. Dzień był sierpniowy, ciepły, ale nie za gorący. Stałem przed lustrem i się szykowałem.
Lustro było takie z sześciokątną drewnianą ramką i obejmowało swoim zasięgiem połowę ciała. Górną.
Założyłem białą koszulę, do tego ciemny krawat, z którym jak zwykle miałem nieco kłopotów. Chociaż krawat wiązałem praktycznie co tydzień to i tak nigdy nie doszedłem do wprawy.
Potem była marynarka. Też ciemna. Wyszukiwałem jakichś jasnych paprochów i je strzepywałem.
Najwięcej czasu, jak zwykle, zajęło mi przygotowanie do transportu gitary. Ponieważ było to moje narzędzie pracy bardzo o nią dbałem. Mówiąc szczerze - przesadnie. Po raz setny sprawdziłem futerał, wszystkie zapięcia.
Gdy jako tako byłem już zadowolony, ostatni raz przeglądnąłem się w lustrze, ostatni raz poprawiłem krawat i wyszedłem. Jak już wspominałem dzień był ciepły (popołudnie) i wszystko powinno nastrajać mnie optymistycznie to jednak miałem silne acz niejasne uczucie, że czegoś nie dopatrzyłem.
Wyszedłem z domu i skierowałem się niespiesznie w kierunku samochodu, który miał mnie zabrać na imprezę. Przechodziłem przez centrum miasta. Ludzie, których mijałem spoglądali na mnie jakoś dziwnie i natarczywie. "Wydaje mi się" - uspokajałem sam siebie.
Gdy dochodziłem do celu swojej wędrówki, zatrzymałem się przed jakąś wystawą by w szybie dokonać ostatniej lustracji swojej osoby. Muszę skromnie przyznać, że prezentowałem się znakomicie. Ale faktycznie czegoś zapomniałem. Spodni.
Stałem przed tą wystawową szybą w eleganckiej koszuli, marynarce i krawacie, w błyszczących lakierkach, ale bez spodni. Wiatr mi smętnie rozwiewał poły koszuli i schładzał ciepłą bryzą moje gołe i chude, jak dopiero teraz zauważyłem, nogi. Z wysoko podniesioną głową szedłem na wesele, z taką też teraz wracałem do domu.
Nic się nie stało. Ooo! Nic się nie stałooo!
Wracałem do domu. Pociągiem. Była sobota. Zaraz po przyjeździe musiałem się szykować na kolejne wesele, na którym miałem zagrać. Dzień był upalny.
Ponieważ pociąg, którym zamierzałem wracać odjechał mi sprzed samego nosa nie miałem, co robić. Do odjazdu następnego pociągu zostało mi sporo czasu. Trochę powałęsałem się po peronach, zajrzałem do kolejowego bufetu. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyłem, że prowadzą tam sprzedaż piwa. Było, co prawda tylko puszkowe, ale było. Postanowiłem jedno wypić. Nie zaszkodzi. Nawet będzie się lepiej grało.
Ponieważ jak wspominałem upał był niemiłosierny, jedno piwo narobiło mi tylko smaku. Myślę sobie:, „Co to dwa piwa dla dorosłego człowieka?" Wypiłem.
Po drugim przyszła kolej na trzecie. Zdążę dojść do siebie zanim dojadę. Trochę, co prawda już odczuwałem jego skutki, ale co tam!
Po wypiciu czwartego pomyślałem: "Nie ma żartów. Czas przystopować”, ale zamówiłem już piąte.
Piąte trochę mnie już sponiewierało, niedużo, ale na tyle, że zacząłem się martwić graniem. Czułem, że przesadziłem.
Gdy tak siedziałem nad piątym piwem gryziony przez robaka winy podszedł do mnie kolega. Po wymianie uprzejmości spojrzał na mnie, potem na piwo, które piłem. Wziął do ręki puszkę, po czym stwierdził: "Nigdy bym nie przypuszczał, że pijesz bezalkoholowe". Wyrwałem mu puszkę z ręki. Faktycznie. Bezalkoholowe. Natychmiast wytrzeźwiałem.
Na weselach zdarzały się różne rzeczy. Wspomnę tylko o paru. Raz mieliśmy grać w czasie Bożego Narodzenia. W drugi dzień świąt. Przed udaniem się do domu Państwa Młodych wstąpiliśmy jak zwykle na jedno piwo do pobliskiego baru.
Barmanka stwierdziła: "To wy mieliście grać u tego, co się powiesił?". Myśleliśmy, że żartuje. Nie żartowała. Pan Młody powiesił się parę dni przed swoim weselem. Na wózku akumulatorowym w zakładzie, w którym pracował. Ponieważ już przyjechaliśmy zagraliśmy na stypie.
Kiedyś przyjeżdżamy na wesele a tam Panna Młoda płacze. I to mocno. Myślę, ze szczęścia. Nic podobnego. Pan Młody zniknął kilka dni wcześniej i się nie pojawił do czasu tego ślubu.
Sprawa o tyle była skomplikowana, że płacz Panny Młodej nie był zdefiniowany: czy płakać z wściekłości, że nie przyszedł, bo się rozmyślił, czy z żałości, że coś mu się stało. Ponieważ goście już przybyli i to z różnych stron Polski, wesele się odbyło. Bez Pana Młodego. Muszę przyznać, że grałem na weselszych stypach.
Chyba to jest prawda z tym, że jak człowiek traci jakiś zmysł to zastępuje go innym i jeszcze go wyostrza. Ja zawsze byłem gadułą. I to wielkim. Przez chorobę moja mowa jest niewyraźna. Jak u pijaka. W sumie różnica niewielka: kiedyś mało kto mnie słuchał, a dzisiaj mało, kto mnie rozumie.
Nie tak dawno wracałem do domu. Byłem już niedaleko, gdy poczułem pragnienie. Wstąpiłem do pobliskiego sklepiku osiedlowego.
- Poproszę colę.
Pani przyniosła mi cukier. Nie szkodzi - przyda się.
- Colę - próbuję wyraźniej.
Tym razem dostałem kurczaka. Też się przyda. Jestem uparty i niezrażony dotychczasowymi niepowodzeniami. Kontynuuję rozpoczęty temat.
- Colę! - wydzieram się na pół osiedla. Pani pokazuje jeden palec. Jestem w siódmym niebie.
- Tak. Jedną. - też pokazuję jeden palec. Z ekscytacji pokazuję nie ten palec, co chciałem. Pani na szczęście nie rozumie albo nie zauważa gestu i z uśmiechem na twarzy przynosi mi ziemniaki. Jeden kilogram.
Patrzę przerażony na swoje zakupy: więcej nie udźwignę. Na szczęście pić już mi się ode chciało. Napiję się po powrocie do domu.
Herbaty.
...................................................
Choruję na chorobę neurologiczną. O pracy nawet nie ma mowy. Napisałem wspomnienia o swoich przeżyciach w więzieniach. Niemieckich i polskich. http://wydaje.pl/e/wiezienia5
.................................................

Brak głosów