Przemyt. Sztab.

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

Mieszkając dłuższy czas w jednym miejscu miało się jakichś znajomych. No, i w końcu padało pytanie „co robisz?”. Nie mogłem przecież powiedzieć, że zajmuję się przemytem. Tym bardziej, że jak pisałem wcześniej, miasteczko było niewielkie i każde wieści rozchodziły się w nim szybko. Do tego połowa mieszkańców była celnikami.
Więc każdemu mówiłem coś innego. Po krótkim czasie mogłem powiedzieć co tylko chciałem. Prawdę też. I tak nikt mi w nic nie wierzył:
- Z M. jest w porządku gość. Tylko tak nieporadnie kłamie…
Przyjaźniłem się z wysokiej rangi oficerem. Naprawdę wysokiej. Chyba najwyższej w tej miejscowości. Kiedyś się mnie zapytał czym się zajmuję. Powiedziałem mu prawdę. Do tematu już nigdy nie wracaliśmy.
Wiele czasu i imprez później miał do mnie sprawę:
- M. ty często jeździsz do Niemiec. Zawiózł byś mnie? Chciałbym synowi kupić na urodziny komputer. Tam jest taniej.
To była druga połowa lat 90-tych. Komputery były jeszcze bardzo drogie. Mało kogo było na nie stać. Chwilę się zastanowiłem:
- Mógłbyś pojechać ze mną, ale najpierw wyładuję faje. Potem będę do twojej dyspozycji.
- Dobrze.
Umówiliśmy się na konkretny dzień. Zbliżał się wieczór. Tak jak to wcześniej powiedziałem, najpierw pojechałem wypakować papierosy. Razem z tym wojskowym.
Było już całkowicie ciemno gdy dotarliśmy do celu mojej podróży. Czterdzieści kilometrów od granicy. Las. Wypakowywanie przebiegło szybko i bez kłopotów.
Dowódca stał nade mną i nic nie mówił. Tylko się przyglądał. Myślałem, że mu zaimponowałem swoją sprawnością. W drodze powrotnej też nic nie powiedział. Komputera nie kupił.
Spotkaliśmy się wiele, wiele później. W hotelu przy piwie. Długo milczał, wreszcie się odezwał:
- Gdybym wtedy, w tym lesie, miał broń to chyba bym Cię zastrzelił. Pierwszy raz byłem naprawdę przerażony. Całe życie przemknęło mi przed oczyma. Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego co by to było gdyby złapali nas Niemcy? Skandal to mało. Kto by w to uwierzy, że byłem tam tylko obserwatorem? Już widziałem nagłówki niemieckich gazet: „Oficerowie w Polsce zarabiają tak mało, że trudnią się przemytem”. I moje nazwisko.
- Ale mówiłem…
- Owszem, mówiłeś. Ale ja nie uwierzyłem. Różne rzeczy mówiłeś. Niektóre sobie nawzajem przeczyły. Myślałem, że to tylko twoja bujna wyobraźnia. Fakt. Było w tym dużo mojej winy. W końcu mnie ostrzegłeś. Trudno mieć do Ciebie pretensje.
Rozstaliśmy się w zgodzie. Urządziliśmy nawet wspólną imprezę. Ponieważ S. nie miał mocnej głowy do picia, szybko się skończyła. Tak się ululał, że wpadł do wanny. Na szczęście pustej. Zawiozłem go swoim samochodem na kwaterę.
Minęło parę tygodni. O incydencie prawie już zapomniałem. Kiedyś spotkałem jakiegoś kapitana, jego podwładnego. Zapytał:
- Nie znalazłeś w samochodzie jakiegoś portfela, bo zgubił?
- Nie.
Ale gdy potem zajrzałem na tył samochodu, ten portfel znalazłem. Nie zaglądałem do środka, ale widziałem, że nie jest pusty. Wręcz przeciwnie. Od gotówki aż go rozsadzało. Ledwo się go dało domknąć.
Postanowiłem ten portfel mu jak najszybciej oddać. Podjechałem pod budynek sztabu dywizji. Ponieważ byłem tam częstym gościem, nikt już mnie nie zatrzymywał. Tym razem było inaczej.
Wbiegłem na schody gdy usłyszałem głos:
- Chwileczkę! Pan do kogo?
Jakiś sierżant z biura przepustek mnie cofnął. Wytłumaczyłem mu nie wchodząc w szczegóły, do kogo.
- Nie tak łatwo. Niech Pan nie będzie śmieszny, że wpuszczę Pana ot tak sobie do dowódcy. Poza tym go nie ma. Jest w terenie. Proszę czekać.
Mus to mus. Wyszedłem przed budynek, na parking. Wszedłem do samochodu i cierpliwie czekałem.
Wyszedł ze swojego terenowego mercedesa w towarzystwie innych oficerów. Jak go ujrzałem to też wyszedłem ze swojego samochodu. Zobaczył mnie. Z daleka pomachałem mu portfelem i wsadziłem go do tylnej kieszeni spodni. Zobaczył to i widać było, że się bardzo ucieszył. Widocznie już się zdążył pogodzić z myślą, że nigdy go więcej nie zobaczy.
Podszedłem bliżej. Zrobił w moim kierunku kilka kroków. Krokiem defiladowym. I z radości mi zasalutował. Sierżant całkowicie zbaraniał. Nie wiem czy kiedykolwiek widział swojego dowódcę aby komukolwiek salutował.
W każdym bądź razie już mnie nie zatrzymywał gdy wchodziłem do budynku dywizji.

Ocena wpisu: 
Brak głosów