Przemyt. Porwanie.

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

Kolegę zostawiłem na odwyku i wróciłem do domu. Do Niemiec przez ten czas nie jeździłem. Bo nie miałem prawa jazdy. Po kraju poruszałem się samochodem. Mimo tego, że prawa jazdy nie posiadałem.
Miałem za to pewien patent, który sprawdzał się przez lata. Po pierwsze zawsze jeździłem zgodnie z przepisami. Po drugie, gdy widziałem policję, nigdy nie czekałem aż oni sami mnie zatrzymają. Wcześniej włączałem migacz i sam do nich podjeżdżałem. O coś się ich pytałem. Np. o drogę. Nigdy się nie zdarzyło, aby mnie sprawdzali. Dawali tylko odpowiedzi na zadawane pytania.
Na oddział odwykowy zajeżdżałem codziennie. Mimo sporej odległości. Każdemu może przecież zdarzyć się jakaś wpadka.
Kiedyś przyjeżdżam, a kolegi nie ma. Został przeniesiony do innego szpitala. Na oddział kardiologiczny. Na szczęście nic poważnego. Obiecał wszystko nadrobić jak wróci.
I nadrobił. Przez jakiś czas po jego powrocie wydawało się, że wszystko jest dobrze.
Hotel, niedzielny ranek. Puka do drzwi recepcjonistka. Ktoś do mnie dzwoni. Zwlekam się zaspany z łóżka. Kie licho? Nie mogę sobie przypomnieć nikogo kto by wiedział gdzie jestem. Odbieram.
Dzwonił kolega – alkoholik. Z wiadomością, że rozbił samochód. W pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć. Przecież spał w tym samym pokoju co ja. Okazało się jednak, że to wszystko prawda.
Kolega już nie wrócił. Nigdy. Za bardzo się wstydził.
Zadzwoniłem do wspólnego znajomego. Wiedział gdzie był. Pojechałem.
Duże miasto. Jakiś obskurny hotel. Wchodzę do pokoju. Kolega leży na łóżku pijany. Przebywają z nim jacyś obcy ludzie. Nie wiem czy udaje. Nie obchodzi to mnie. Jestem wściekły.
Zajmował się naszymi finansami. Zabrał wszystkie pieniądze. Ja nie miałem nic. Nawet na opłacenie hotelu.
Przeszukałem mu kieszenie. Z kilkunastu tysięcy marek pozostało kilkaset. Dore i to. Zabrałem je. Zapytałem się recepcjonisty ile jest winny. Zapłaciłem i wyszedłem.
Po wielu tygodniach od tej sprawy mnie nachodził. Ale nie chciałem z nim mieć nic do czynienia.
Nie wiem czym się przez następne lata zajmował. Mogę się tylko domyślać, że nie były to zbyt legalne sprawy. Bo jest niezwykle trudno powrócić na tzw. uczciwe szlaki.
W międzyczasie ktoś mu odstrzelił kawałek głowy. Przeżył. Mało co pamiętał, ale mnie owszem. Ubzdurał sobie nawet, że to ja jestem winny wszystkich jego kłopotów. Z postrzałem włącznie.
Kiedyś mnie odwiedził z prośbą. Kupił samochód. Nie był na chodzie. Czy mu go odholuję? Dlaczego nie?
Musieliśmy jechać przez las. W moich stronach jest ich dużo. Praktycznie każda, nawet najmniejsza, miejscowość leżała w lesie.
W którymś momencie poprosił mnie, abym się na chwilę zatrzymał. Zrobiłem to. Oczywiście w lesie. Do samochodu wskoczyło paru gości. Na siedzenia z tyłu za mną. Pili coś w szklanych butelkach. Znajomy odezwał się do mnie:
- Oddasz klucze po dobroci?
Oddałem. Nie powiedziałem słowa. Myślałem w jakiej znalazłem się sytuacji. Zbliżał się wieczór. Wkoło gęsty las. Wychodziło, że mnie zabije. Bo jak by inaczej? Wiadomo przecież było, że zaraz pójdę na policję. I o wszystkim im powiem.
To były jedne z najgorszych chwil w moim życiu. Ciągle czekałem aż któryś z nieproszonych gości walnie mnie butelką w głowę.
Samochód na chwilę zwolnił. Bo wjeżdżał akurat na główną drogę. Wyskoczyłem i pobiegłem przed siebie ile sił w nogach. Nikt mnie gonił.
Po jakimś czasie dowlokłem się do telefonicznej budki. Zadzwoniłem na policję. Mówiłem trochę nieskładnie więc trudno było zrozumieć o co mi chodzi. Zrozumieli tylko, że ktoś mi zabrał samochód. Jaki numer rejestracji? Nie wiedziałem. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek wiedziałem. Marka, kolor? To akurat wiedziałem.
Kolega akurat wyjeżdżał z miasta. Trochę za szybko. Zatrzymał go patrol policji. Za przekroczenie prędkości. Już go mieli wypuścić gdy nadszedł komunikat: poszukujemy samochodu. Marka i kolor się zgadzały. Więc go zatrzymano.
Szedłem na policję gdy minęła mnie kawalkada aut. Z przodu radiowóz, z tyłu radiowóz. Po środku jechał mój samochód. C.d.n…

Brak głosów