Przemyt. Koty i mysz.

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

To się wydarzyło po paru miesiącach przemycania papierosów. Gdy już byłem na własnym garnuszku.
Berlin. Dzielnica, która się znajdowała na skraju miasta. Z tego co wiedziałem cały okoliczny teren, wraz z tym co się tam znajdowało, należał do Wietnamców. Była tam jakby taka niewielka obwodnica, rondo, nie wiem jak to nazwać. Na środku tego czegoś znajdowała się kawiarnia. Pod nią stali skośnoocy i odbierali towar.
Miałem swoje miejsce w którym zostawiałem samochód. Taka boczna droga obok tego ronda. Z papierosami szedłem już na piechotę. Transakcja przeważnie przebiegała szybko i sprawnie. Wracałem po paru minutach bez towaru, ale za to z pieniędzmi. Aż do pewnej soboty.
Wjeżdżam w swoją boczną drogę, a tam stoi niemiecka policja.
Policjanci byli w busie. Kierowca jak ich zobaczył to zbaraniał. Kompletnie stracił głowę. Spokojnie powiedziałem:
- Jedź na nich.
Ale kierowca był tak przejęty, że niczego nie słyszał. Powtórzyłem. Znowu nic. Nie było czasu na tłumaczenie.
Przełożyłem nogę i dodałem gazu. Lewa ręką nakierowałem auto na Niemców. Żeby przejechać jak najbliżej obok nich. Miałem nadzieję, że nie zauważą naszych czarnych tablic rejestracyjnych. Na szczęście nie zauważyli.
To był dla mnie obcy teren. Nigdy tu nie byłem. Jakaś kolejowa rampa i tory na których stały towarowe wagony. Wjechałem samochodem na te tory i się zatrzymałem. Niebezpiecznie, ale potrzebowałem nieco czasu, aby się zastanowić.
Zaraz po wyjściu pozbyłem się kluczy od samochodu. Schowałem je pod podkład kolejowy. Jak nas złapią wszystkiego się wyprę.
Kierowca marudził. Coś o zabawie na której był z kimś umówiony. Mało go słuchałem, ale mnie denerwował. Zagłuszał mi myśli. W końcu mu powiedziałem by się zamknął. Jak nie pomaga niech przynajmniej nie przeszkadza.
Poszedłem do Wietnamczyków. Ponieważ to była sobota, też wcześnie kończyli. Powiedziałem im w czym problem. Obiecali nieco poczekać.
Po godzinie pobiegłem do swojego samochodu. Miałem nadzieję, że policja już sobie pojechała. Faktycznie, ich busa nigdzie nie zauważyłem. Biegłem dalej.
Nagle zakopałem się prawie w ziemię. Tak gwałtownie hamowałem. Wokół mojego samochodu stali policjanci i zaglądali przez szyby do środka. A w środku był torba z fajami. Na wierzchu.
Zrobiło mi się tych papierosów strasznie żal. 99 sztang i do tego tych najdroższych. O, nie! Łatwo się nie poddam. Kierowca znowu zaczął marudzić. Myślałem, że oszaleję. W końcu wybuchłem:
- Jak chcesz to wyp…j na piechotę!
Na jakiś czas poskutkowało.
Wietnamczycy powiedzieli, że poczekają najwyżej pół godziny. Co robić?
Poszedłem na to miejsce dookoła. Z daleka obserwowałem swój samochód i niemieckich policjantów. Sytuacja przedstawiała się nieciekawie. Kilka policyjnych busów, kilka zwykłych radiowozów. I jak tu się nie załamać?
Zaobserwowałem kolejowego urzędnika jak wielokrotnie przechodził obok policjantów. W garniturze. Postanowiłem zaryzykować. Nic już przecież nie miałem do stracenia.
Podszedłem do tego urzędnika i się mu przedstawiłem. Wysiliłem się przy okazji by mój język niemiecki nie brzmiał tak fatalnie jak zazwyczaj. Miałem sporo szczęścia. Nie wydał mnie.
Powiedział mi, że policjanci nie zajrzą do samochodu. Nie mogą. Ale odholują go na policyjny parking. Odpowiedni wóz już jedzie. Właśnie na niego czekają.
Zapytałem się czy mogę iść razem z nim. Zgodził się.
Mówił coś po Niemiecku, a ja dreptałem obok i kiwałem potakująco głową. Od czasu do czasu dodawałem „ja”. Zatrzymałem się tylko na chwilę by wyciągnąć samochodowy klucz, który tu schowałem.
Przechodząc obok policjantów powiedziałem im „dzień dobry”. Oczywiście w ich języku. Potem ukryłem się za wagonami.
Stali swobodnie oparci o swoje auta. O czymś żartowali. Słyszałem ich śmiech. Między nimi była luka. Tak na moje oko samochód powinien się zmieścić. Ale pewny nie byłem.
Mój samochód stał do nich tyłem. Poza tym czasami nie odpalał. A ja daleki byłem od miana mistrza kierownicy. Jednak postanowiłem zaryzykować.
Jak mogłem najciszej otworzyłem drzwi. Zanim przekręciłem klucz w stacyjce, wzniosłem modlitwę. Aby zapalił. I zapalił. Spojrzałem w lusterko. Za chiny tyłem nie przejadę. Na rampie zawróciłem.
Policjanci byli tak zaskoczeni, że w ogóle nie zareagowali. Tylko stali zdziwieni i się gapili. A ja powoli manewrowałem samochodem. Przejeżdżając obok kiwnąłem im jeszcze głową. Odpowiedzieli.
Byłem daleko gdy zareagowali. Widziałem w lusterku. Wszyscy na raz rzucili się do samochodów. Powstał bałagan. Nawzajem się blokowali.
Ja w tym czasie spokojnie wjechałem na rondo. Było czerwone światło. Pustka. Wszyscy czekali na zielone by wjechać. Zanim to nastąpiło zdążyłem się już pozbyć papierosów. Potem było światło zielone i rondo zapełniło się pędzącymi samochodami. Policjanci musieli poczekać. Bo nie było jak wjechać.
Gdy już wjechali było za późno. Stałem wyluzowany przy aucie. Jeden z policyjnych samochodów się obok mnie zatrzymał. Ale nikt nawet nie wyszedł. Tylko pogrozili mi palcem.
I odjechali.

Ocena wpisu: 
Brak głosów