Obrona Częstochowy

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

Ostrzegam osoby wrażliwe przed czytaniem. Może być drastyczne.
Niedawno odbyła się jakaś kombatancka uroczystość. Oprócz weteranów było obecne kierownictwo Domu Kombatanta. Widziałem i słyszałem tylko tyle ile zdążyłem zobaczyć i usłyszeć przejeżdżając w pobliżu swoim wózkiem inwalidzkim. Ale charakterystyczny głos Pana Henryka poznałem. O Panu Henryku już wspominałem. Krótko. Jedna notka jednak nie wystarczy do opisania tak barwnego życia. Pan Henryk jest oficerem lotnictwa. Walczył na froncie wschodnim. Ma 13 medali.
- Do prawie osiemdziesiątki właściwie nie chorowałem. Zdrowie miałem z żelaza. Alejak już zacząłem chorować to na wszystko.
Pan Henryk ma chorą nogę. Codziennie zmienia bandaż i czymś smaruje. Ale niewiele to pomaga. Do Rosjan nic nie ma. Za to do Ukraińców i owszem. Niezbyt za nimi przepada:
- Esesowców i Ukraińców nie brano do niewoli. Ale kiedyś, chyba w Częstochowie, zrobiono wyjątek. Miasta broniły oddziały ukraińskie. Wie Pan, oni nosili takie eleganckie mundury. I broń krótką oraz maszynową.
Padł rozkaz byśmy ich wzięli żywcem. Ale jak to zrobić? Bo oni się bronili w takiej jakby wieżyczce. I dobrze wiedzieli co ich czeka. My na ich wieżyczkę, a oni kręcili nią dookoła tak, że wszyscy z niej spadali. Ale "ruscy" mieli i na to sposób. Przynieśli butelki z jakimś płynem. Jak to wlaliśmy, Ukraińcy zaczęli się dusić. I wyszli na wierzch. Tam już zostali bez trudności schwytani i powiązani. Dwudziestu czterech oficerów. Radziecki dowódca do nas, młodych, powiedział:
- Patrzcie, bo oni by wam na pewno nie darowali.
Więc patrzyliśmy. A oni po nich przejechali czołgiem. Tam i nazad. Nie wiem ile razy.
Powiedziałem raczej bez sensu:
- Chyba śmierć pod gąsienicami takiego metalowego kolosa jest szybka?
- Tak. Zwłaszcza gdy się najpierw przejedzie takim czołgiem po nogach. Od tamtego zdarzenia minęło sporo lat, silnik czołgu hałasował, delikatnie mówiąc za Ukraińcami nie przepadam, a mimo to do dziśiaj mi się to śni. I nadal słyszę dźwięk miażdżonych kości. Dlaczego?
Pan Henryk wychował się na Wołyniu. Jak to określił w samym jego sercu. Cokolwiek to znaczy. Kiedyś go zapytałem:
- Został Pan pilotem bo lubił latać?
- A gdzie tam. Namówił mnie kolega. Powiedział, że kurs pilotów jest najdłuższy i zanim go zakończymy to i wojna zdąży się zakończyc. Ale kurs przeszliśmy, a wojna trwała jeszcze długo. Jakoś nigdzie jej się nie spieszyło. Kolega też jeszcze zdążył zginąć. A teraz niby człowiek nigdzie się nie spieszy, lecz czasu ciągle brakuje. Jakoś tak przecieka między palcami.
Fakt. Zawsze zostajemy z pustymi rękoma.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Ja rozumiem Stefan, że temat nóg jest dla Ciebie (i zapewne dla każdego jeżdżącego na wózku) arcy ważny ale czy naprawdę musisz takimi dramatycznymi i bestialskimi opowiadaniami o łamanych gąsienicami nogach pocieszać się, że Ty jednak nogi masz, że twoje choć chore, rokują nadzieję na "rozchodzenie" ?
"Pocieszanie się" nieszczęściami innych, to chyba jednak nie najlepsza droga do poczucia się szczęśliwym.

A gdybyś tak zamiast o nogach( miażdżonych )napisał o goloneczkach albo kształcie tyłeczka i kolorze majteczek wolontariuszki, która nachyliła się nad łóżkiem kolegi i słała je, i słała je, i słała je długo i dokładnie.
Albo rozmiarze staniczka jakiejś siostrzyczki, która "pochyliła się" nad Twoim łożem (i losem) by poprawić poduszeczkę.

NIEPOPRAWNY INACZEJ

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

NIEPOPRAWNY INACZEJ

#376536