Więzienia w Polsce. Jeszcze jedno.

Obrazek użytkownika Marian Stefaniak
Blog

Po około dwóch tygodniach zabrano mnie z aresztu i przetransportowano do więzienia. Przewieziono mnie tam policyjnym busem. Wraz z kilkoma innymi.
Ten stary typ, który za kolaborację z policją dostał lanie pod prysznicem, mi także się naraził. Zdążył już zapomnieć o tamtych batach. Mocno się starał by mnie wkurzyć.
Długi czas zachowywałem spokój. W końcu nie wytrzymałem:
- Jak tylko dojedziemy do tego nowego więzienia to zaraz powiem wszystkim jaki z Ciebie sk…..yn. I kapuś.
Zamilkł.
Jeśli miałem nadzieję, że trafię do pobliskiego więzienia, to szybko ją straciłem. Jechaliśmy długo. Bardzo długo. Przejechaliśmy w tym czasie co najmniej paręset kilometrów. Wreszcie dojechaliśmy.
Więzienie było stosunkowo niewielkie i położone w górach. W moich stronach panowała letnia, gorąca pogoda. Mimo wiosny. Tutaj spływało chłodne powietrze. Niczym z klimatyzatora.
Poszliśmy wszyscy do magazynu. Aby pobrać niezbędne nam rzeczy, takie jak pościel i ubrania. Musieliśmy dobrać się po dwóch, aby unieść drewniane nosze, które dostaliśmy. Na te nosze położyliśmy otrzymane wyposarzenie. Było to bardzo ciężkie, ledwo niosłem. Ręce omdlewały.
Z magazynowego radia leciała muzyczka. W pewnej chwili zamilkła. Podali wiadomość, że zginął znany korespondent wojenny. Było to chyba 7 maja 2004 roku. Słonecznie.
Więc, tak jak już wcześniej wspominałem, nieśliśmy te ciężkie, drewniane nosze, a zza siatki obserwowały nas oczy „tubylców”. Zawsze to jakieś urozmaicenie codziennej nudy.
Potem był przydział i zakwaterowanie.
Trafiłem do 8 osobowej celi. Siedzieli tam przeważnie tacy z małymi wyrokami. Ale były też wyjątki. O tym później.
Pierwszą rzeczą którą zrobiłem po przyjeździe do tego więzienia było zadzwonienie telefonem. Do rodziny, aby wiedzieli co się ze mną dzieje. Na szczęście miałem przy sobie kartę telefoniczną.
W przedsionku więziennego korytarza wisiał automat telefoniczny. Chętnych do dzwonienia było więcej. Stanąłem w kolejce. Po upływie około pół godziny przyszła kolei na mnie. Włożyłem kartę telefoniczną, zacząłem wybierać numer.
Nagle ktoś mi przerwał, nacisnął widełki, wyciągnął kartę telefoniczną. Jakiś typ z pod ciemnej gwiazdy spojrzał na mnie i się zapytał:
- Grypsujesz?
- Nie.
- To sp......aj!
Krótką chwilę się zastanawiałem i odszedłem jak nie pyszny od telefonu. Nie wiedziałem jak mam się w takiej sytuacji zachować. Nie znałem jakie panują w tym więzieniu zwyczaje.
Chodziłem więc tam i z powrotem po korytarzu. Złość mną trzęsła, ale nie chciałem się wychylać. Po jakimś czasie wróciłem z powrotem do tego telefonu. Prawie nikogo już przy nim nie było. Tylko jedna osoba. Właśnie wykręcała numer. Był to wysoki dryblas. Po niepewnym wzroku wnioskowałem, że też jest nowy.
Nacisnąłem widełki, wyciągnąłem jego kartę telefoniczną. Spojrzałem w górę i zapytałem:
- Grypsujesz?
- Nie.
- To sp......aj!

Ocena wpisu: 
Brak głosów