Uniwersytet Śląski: odgrzewana afera

Obrazek użytkownika Humpty Dumpty
Kraj

Wolność słowa na uczelniach wyższych (nie tylko w Polsce!) jest największym wyzwaniem dla społeczności w całych zachodnim świecie.

 

Konia z rzędem temu, kto potrafiłby wyjaśnić na podstawie ogólnodostępnych materiałów prasowych, kiedy doszło do najważniejszego wg Polsatu incydentu na polskich uczelniach wyższych – skierowania wniosku o naganę dla dr hab. Ewy Budzyńskiej, wykładowcy socjologii na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach.

Pierwszy, który ujawnił aferę w 2020 roku był Polsat.

Studenci napisali skargę do władz uczelni zarzucając wykładowczyni poglądy homofobiczne, dyskryminację wyznaniową, wypowiedzi krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży oraz przekazywanie informacji niezgodnych ze współczesną wiedzą naukową.

Studenci w piśmie do rektora argumentowali, że są wśród nich osoby nieheteronormatywne, które poczuły się mocno dotknięte zaistniałą sytuacją.

8 stycznia skarga została przekazana prof. Budzyńskiej, a uniwersytecki rzecznik dyscyplinarny prof. Wojciech Popiołek skierował do komisji dyscyplinarnej wniosek o ukaranie jej naganą. Zarzucił jej m.in., że "formułowała wypowiedzi w oparciu o własny, narzucany studentom, światopogląd o charakterze wartościującym, stanowiące przejaw braku tolerancji wobec grup społecznych i ludzi o odmiennym światopoglądzie, nacechowane wobec nich co najmniej niechęcią, w szczególności wypowiedzi homofobiczne, wyrażające dyskryminację wyznaniową, krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży".

- Jeszcze zarzucili mi, że propaguję radykalny katolicyzm - przypomniała prof. Budzyńska na antenie Polsat News.

- Dochodzimy do absurdalnej sytuacji, kiedy uprawiając naukę, gdzie trzeba wyjść od jakiejś podstawowej definicji, nagle okazuje się, że ta obiektywna definicja jest odbierana w sposób negatywny, jest odbierana jako stygmatyzowanie. Otwiera się ogromne pole do ograniczania wolności wypowiedzi akademickich - argumentowała socjolog.

]]>https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2020-01-17/powiedziala-ze-dziecko-w-lonie-matki-to-dziecko-prof-budzynska-odchodzi-po-skardze-studentow/]]>

Trudno nie zgodzić się z panią dr hab. Budzyńską. Pole do ograniczania wolności wypowiedzi akademickich nie tyle, że się otwiera, ale już dawno jest otwarte. Zanim jednak przejdziemy do tego tematu próbujmy dalej ustalić, kiedy to miał faktycznie miejsce „incydent homofobiczny” na wykładzie Pani Doktor.

Mający siedzibę o wiele bliżej Uniwersytetu Śląskiego polskojęzyczny Dziennik Zachodni widzi sprawę podobnie.

Prof. Ewa Budzyńska pracuje na UŚ od ponad 28 lat. Kontrowersyjny wykład poprowadziła w grudniu 2019 roku, tuż przed świętami Bożego Narodzenia.

]]>https://dziennikzachodni.pl/prof-ewa-budzynska-odchodzi-z-uniwersytetu-s...]]>

Zdecydowanie inny horyzont zdarzeń zakreśla PCh24.pl:

W połowie listopada, mając w ręku wniosek o postępowanie dyscyplinarne, zdecydowałam się złożyć na ręce rektora UŚ wypowiedzenie umowy o pracę. Ta decyzja wynika z protestu przeciwko narzucaniu wykładowcom akademickim języka poprawności politycznej. Uważam to za przejaw współczesnej formy totalitarnej cenzury – skomentowała swoją decyzję o odejściu z Uniwersytetu Śląskiego prof. Ewa Budzyńska prześladowana po anonimowym donosie grupki studentów.

]]>http://www.pch24.pl/prof--budzynska--odejscie-z-pracy-na-us-to-protest-przeciw-wspolczesnej-formie-totalitarnej-cenzury,73548,i.html#ixzz6C2SQtGvz]]>

 

Tak więc osadzenie przez Polsat „incydentu homofobicznego” na okres przedświąteczny (a zatem grudzień!) 2019 roku oznacza, że albo Polsat nie wie, co przekazuje, albo też na Uniwersytecie Śląskim rzecznik dyscyplinarny opanował podróże w czasie i może się cofać w dowolny moment przeszłości, by móc składać wnioski dyscyplinarne jeszcze przed wystąpieniem casusu.

Z kolei PCh24.pl prawidłowo sytuuje wydarzenia w czasie, jednak nie ustrzega się manipulacji, mającej już na wstępie zohydzić studentów donoszących na dr hab. Ewę Budzyńską. Prócz słowach w zabawce o „anonimowym donosie grupki studentów” raz jeszcze podkreśla ohydę donosu – „anonimowi donosiciele z legitymacjami studenckimi Uniwersytetu Śląskiego mieli zastrzeżenia do zajęć”.

Tymczasem jakby ww. słów nie było w dalszej części artykułu dowiadujemy się, że:

Ponadto prof. Budzyńska zauważyła, że w sprawie donosu podpisanego przez 12 osób, rzecznik dyscyplinarny ds. nauczycieli akademickich UŚ prof. Wojciech Popiołek przesłuchał zaledwie 4, zaś „dwojgu studentom okazano zeznania wcześniej zeznającego i oni je potwierdzili”.


(op. cit.)

 

Nowy wynalazek – donos podpisany anonimowo.

 

Kolejna informacja za Stefczyk.info:

Profesor Ewa Budzyńska spotkała się z falą krytyki ze strony środowisk LGBT i lewicy z powodu przytoczenia klasycznej definicji rodziny. Teraz odchodzi z pracy na znak protestu.

Profesor socjologii Ewa Budzyńska od niemal trzech dekad pracuje na Uniwersytecie Śląskim. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia podczas jednego z wykładów powiedziała, że według klasycznej definicji rodzina składa się z „męża, żony, ojca, matki, dzieci, krewnych i powinowatych”. Nazwała również płód w łonie matki „dzieckiem”.

Słowa profesor nie spodobały się lewicującym studentom UŚ. Szybko napisali więc wniosek do rzecznika dyscyplinarnego UŚ o jej ukaranie, zarzucając profesor homofobię i nietolerancję.

(…)

Na znak protestu złożyła [dr hab. Ewa Budzyńska – przyp. HD] już wypowiedzenie z pracy i odejdzie z uczelni 23 lutego. „Zrezygnowałam w geście protestu, nie może powrócić cenzurowanie zajęć, ograniczanie wolności prowadzenia badań czy interpretacji” – powiedziała w telewizji Polsat – „Ja mam prawo do krytycznego omawiania. Tu interpretuję sytuację jako formę nacisku, cenzurowania”.

]]>https://www.stefczyk.info/2020/01/20/szykanowana-przez-lgbt-profesor-odc...]]>

Naczelna zasada, jaką powinien kierować się dziennikarz obojętnie, z jak bardzo lewicowej lub prawicowej prasy – audiatur et altera pars.

Przede wszystkim spróbujmy spojrzeć na sprawę oczami drugiej strony. Ukazujący się w Bielsku-Białej lewicowy kwartalnik Równość cytuje wypowiedzi studentów pani dr Budzyńskiej, niezadowolonych z jej wykładów:


 

Na zajęciach wykładowczyni zamiast realizować materiał, bardzo często uciekała w dygresje, gdzie narzucała nam swoje konserwatywne poglądy i mówiła o rzeczach zaprzeczających nie tylko logice, ale też wiedzy naukowej – mówi Sylwia Kwaśniewska, studentka socjologii UŚ.


 

Legendarne są plastikowe modele płodów w różnych fazach rozwoju, które od lat przynosi na wykłady. Mamy sobie podawać te modele z ławki do ławki a wykładowczyni opowiada, że aborcja jest morderstwem, niezależnie od przyczyny – opowiada Dominik Sęczkowski, jeden ze studentów socjologii UŚ.

(…)

Notorycznie wracała do tematów przerywania ciąży i antykoncepcji. Jedynymi akceptowanymi przez nią metodami kontroli płodności, są metody naturalne. Antykoncepcja hormonalna była porównywana do zabiegu przerywania ciąży, a jej stosowanie uznane za zachowanie antyspołeczne. Prowadząca nie odróżniała antykoncepcji awaryjnej od środków poronnych – mówi Sylwia Kwaśniewska.

(…)

Wykładowczyni twierdzi również, że wysłanie dziecka do żłobka krzywdzi dziecko, a matka powinna zajmować się dzieckiem w domu – mówi Dominik Sęczkowski.

(…)

Jeśli ktoś nie był katolikiem i ujawnił to przed wykładowczynią, mógł spotkać się ze złośliwościami – mówi Dominik Sęczkowski.


 

Każda religia była przedstawiana jako gorsza od katolicyzmu. Profesorka straszyła nas „hordami muzułmanów”, którzy rzekomo przyjeżdżają do Europy po to, by gwałcić i rabować – dodaje Sylwia Kwaśniewska.


 

(za: ]]>https://rownosc.eu/plastikowe-plody-na-wykladach-z-socjologii-czyli-kogo...]]> )

Mała dygresja – pamiętacie sprawę prof. Aleksandra Nalaskowskiego z Torunia? Za zamieszczony w ukazującym się na rynku tygodniku został „nagrodzony” 3-miesiącami zawieszenia oraz wszczęciem postępowania dyscyplinarnego.

Powodem była „homofobiczność” felietonu przejawiająca się m. in. w określeniu uczestników wielu tzw. marszy równości „nieszczęśnikami, których dopadła tęczowa zaraza, zniewieściałymi gogusiami, wesołkami na utrzymaniu mamusi, facecikami, chcącymi się wiecznie bawić, obleśnymi, grubymi, wytatuowanymi babami, które ostentacyjnie się całują jak na wyuzdanych filmach, i osobnikami, którym trudno przypisać jakąś płeć”.

Tymczasem dr hab. Ewa Budzyńska mimo skargi skierowanej do władz śląskiej Alma Mater (ongiś lokalnie – Alma Muter) mogła bez przeszkód kontynuować swoje wykłady. Wieść niesie, że ani o jotę nie zmieniła ich treści. A przecież w nich pojawiała się ta sama nuta krytyki LGBT+, co u prof. Nalaskowskiego.

Można by przytoczyć jeszcze kilka innych przykładów, jak ostro zostali potraktowani ci, których środowisko postępowe uznało za ideologicznego wroga.

Tymczasem Rektor prof. Andrzej Kowalczyk sprawę skierował do rozpoznania przez rzecznika dyscyplinarnego nie podejmując innych kroków, jak choćby zawieszenie dr Budzyńskiej do czasu wyjaśnienia sprawy i wydania orzeczenia.

Wg standardów wymaganych przez tęczowych postępowców od władz uczelni jawi się więc kimś w rodzaju czarnosecinnego katonazisty. J

Wg standardów wyznawanych przez niżej podpisanego postąpił roztropnie.

Z jednej strony trzeba mocno akcentować prawo wolności wypowiedzi oraz posiadania własnych poglądów.

Z drugiej – trzeba pamiętać o istniejących ograniczeniach. Najkrócej – wolność twojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność mojego nosa.

Polska nie jest państwem w 100% katolickim. Jest konsensusem ludzi o różnych ideach, różnych wierzeniach, a więc różnych systemach wartości.

Dlatego nie wyobrażam sobie, by o zakresie wolności mógł zdecydować jednoosobowo jakikolwiek rektor jakiejkolwiek uczelni KUL-u nie wyłączając.

Oddanie sprawy dr hab. Ewy Budzyńskiej pod rozstrzygnięcie Komisji Dyscyplinarnej tak naprawdę powinno otworzyć dyskusję. W Komisji zasiadają bowiem osoby reprezentujące całą społeczność akademicką.

Są studenci, doktoranci, przedstawiciele pracowników technicznych, pracowników nauki, związków zawodowych działających na uczelni.

I z całą pewnością nie są to ludzie reprezentujący tylko jedną opcję.

Chcemy czy nie musimy pogodzić się na inne postrzeganie świata reprezentowane przez jakąś część społeczeństwa. I musimy to uszanować.

Kiedy demonstrowałem na ulicy w latach 1980-tych, kiedy, bywało, udało mi się trafić zomowca kawałkiem cegły czy też zwykłą kostką brukową albo też sam oberwałem końcem pały po plecach – wiedziałem jedno. Nigdy więcej państwa, które będzie hołubiło tylko jeden światopogląd.

I to mi zostało do dzisiaj.

Katolik może i powinien przekonywać do swoich racji nie ustawą, ale własną postawą, swoimi czynami.

Z drugiej strony tak samo.

Tymczasem ultrasi z prawej strony krzyczą głośno o wprowadzeniu „prawa naturalnego” (choć 99% nie ma pojęcia, co to takiego) i zawieszeniu krzyży w każdym urzędzie i każdej sali publicznej; ci z lewej chcieliby natomiast karać nawet za cień drwiącego uśmiechu skierowanego w stronę tęczowej flagi.

I dlatego dobrze się stało, że sprawa trafiła do Komisji.

Jest szansa, że wreszcie poznamy granice konsensusu.

A z komentarzami poczekajmy do 31 stycznia, kiedy to Komisja dyscyplinarna wyda orzeczenie.

 

25.01 2020


 

Twoja ocena: Brak Średnia: 3.6 (8 głosów)