Kolaboracja 39-41

Obrazek użytkownika Humpty Dumpty
Świat

Mój poprzedni artykuł wzbudził emocje osób od lat słynących ze swojej filorosyjskości. Niestety, przybrała ona już tak groteskowy wymiar, że za chwilę Stalin będzie przedstawiany jako zbawca Rosji i Cerkwi Prawosławnej w szczególności. Byłoby to konsekwentne dopełnienie głoszonych dzisiaj poglądów.

 

Ta tendencja wybielania stalinowskiego Mordoru pozornie daje się wytłumaczyć latami edukacji w PRL i wdrukowaniem pewnych szablonów.

Jednak po 1989 roku wydano tyle publikacji na ten temat, że ktoś, kto nadal uważa, iż Związek Sowiecki był cacy, a zła była wyłącznie III Rzesza, jest po prostu zwykłym leniem umysłowym.

Albo emerytowanym funkcjonariuszem czy to komunistycznych służb specjalnych, czy też kompartii (PZPR) bezmyślnie powtarzającym slogany zasłyszane na szkoleniu partyjnym.

Ludzie, którym dane było zaznać okupacji po obu stronach granicy wiedzą doskonale, czym była rzeczywistość „raju proletariackiego dla zwykłego człowieka.

Niżej fragment wywiadu, jaki z p. Adamem Macedońskim przeprowadziła Anna Zechenter.

… We wrześniu 1939 roku Sowieci rozwiesili ogłoszenia, żeby wszyscy policjanci i urzędnicy policyjni zgłosili się na Zieloną Rogatkę, gdzie dostaną pracę i nowe dokumenty. Mój ojciec postanowił tam pójść, ale po drodze rozglądał się, czy nie ma jakiejś pułapki. No i zauważył, że ulica, która tam prowadziła, była zastawiona, ślepa bez odwrotu, a za parkanami z obu stron dojrzał poukrywane stanowiska karabinów maszynowych. Odskoczył gdzieś w bok przez płot i udało mu się zawiadomić kolegów, żeby tam nie szli. Ale niektórzy jego znajomi zginęli. Tych, co przyszli, Sowieci rozstrzelali na miejscu. Od tego czasu ojciec się ukrywał.

Kiedy zaczęły się wywózki polskich rodzin w głąb Sowietów, rodzice zdecydowali, że trzeba uciekać pod niemiecką okupację.

Zechenter: To było już po dwóch pierwszych deportacjach z lutego i kwietnia 1940 roku?

Macedoński: Tak, zdążyliśmy przed trzecią wywózką w czerwcu 1940 roku.

Zechenter: W marcu 1940 roku, między pierwszą a drugą deportacją, Biuro Polityczne WKP(b) podjęło decyzję o wymordowaniu około 25,7 tys. Polaków z obozów dla jeńców wojennych i więzień.

Macedoński: Wówczas nie znaliśmy losów polskich oficerów. Byliśmy świadkami dantejskich scen w samym Lwowie: enkawudziści zabierali Polaków z domów po nocach, wywlekali ludzi na śnieg i mróz, słychać było płacz i krzyki. Niektórzy się ukrywali w samym mieście, na przykład do nas przeniosła się żona policjanta – kolegi mojego ojca, Stanisława Chodora. Jego wywieźli, bo się nie ukrywał, a pani Chodorowa z córką w moim wieku, Romą, znalazły schronienie u nas. Ojca ta dziewczynka już nigdy nie zobaczyła. Najpotrzebniejsze rzeczy mieliśmy spakowane. W dzień spaliśmy, w nocy siedzieliśmy na walizkach, bo wtedy chodziło NKWD. Matka sprzedała fortepian. Spodziewaliśmy się, że nas wywiozą, bo przecież brali wszystkich policjantów z rodzinami – takie wieści krążyły. Ludzie mówili, że policjantów albo od razu na miejscu zabijają, albo gdzieś wywożą. Czekaliśmy tylko na odpowiedni moment, żeby uciekać.

Kilka razy Sowieci przyjeżdżali pod naszą kamienicę, wykrzykiwali nazwisko „Macedoński”, ale do nas nie trafili. Mieliśmy szczęście, bo dom stał przy Łyczakowskiej, więc we wszystkich dokumentach było zapisane „Łyczakowska”, tymczasem wejście do naszego mieszkania znajdowało się przy bocznej ulicy Dobrzańskiego. Dwa razy nas szukali i dwa razy nie trafili. Kiedy wreszcie wpadli na to, żeby wejść z drugiej strony, nas już nie było. Wzięli wtedy kuzyna mojej matki, nazywał się Grabiec – tak jak matka z domu – z narzeczoną na Syberię, potem pognali ich do Kazachstanu. W drodze ona zmarła, on zaś przeżył i wyszedł z armią Andersa. Żył do niedawna w Ameryce.

W 1940 roku uciekliśmy ze Lwowa. Zgodnie z porozumieniem sowiecko- niemieckim, Polacy urodzeni na ziemiach, które po 17 września 1939 roku znalazły się pod okupacją niemiecką, mieli prawo wrócić na te tereny – jeżeli mieli dokumenty poświadczające, że tam się rzeczywiście urodzili. Kiedy się o tym dowiedziała moja matka, która urodziła się w Mielcu, zaczęła natychmiast starać się o zgodę na wyjazd pod niemiecką okupację.

Pojechaliśmy do Przemyśla z panią Chodorową, jej córką Romą i naszym sąsiadem urodzonym na Pomorzu. W Przemyślu, w willi otoczonej wysokim parkanem, znajdował się ten główny urząd niemiecko-sowiecki. Dookoła ogrodzenia krążyli kozacy w czapach, przeważnie pijani, strzelali w powietrze i nie można było wejść. A tu czekają tłumy, ktoś robi listę kolejności, ale wszystko na nic – tych ludzi były tysiące. Chcieli do Niemców, woleli do Niemców. Andrzej Wajda tego w filmie „Katyń” nie pokazał.

Matka – inteligentna i sprytna – zaczęła próbować, jak by tam można wejść. No i zauważyła, że jeden z tych kozaków za butelkę wódki odchyla deskę w wysokim ogrodzeniu i pozwala się przemknąć. Matka, przystojna kobieta, podeszła więc do niego, pogadała, dała mu butelkę wódki, on odsunął deskę w parkanie i przeszliśmy do tej willi – wszyscy: pani Chodorowa z dzieckiem i ten mężczyzna z Pomorza. Wewnątrz Niemcy i Rosjanie spisywali wszystkie dane. Byliśmy strasznie objuczeni: ja miałem dwie teczki i plecak, siostra niosła walizkę, matka też, pani Chodorowa plecak. Matka pokazała jakieś dokumenty z Mielca, i dostała bilety jako „mieszkanka Generalnego Gubernatorstwa”. To było z początkiem maja 1940 roku.

Przeszliśmy rewizję, podczas której Sowieci ograbili nas z pieniędzy. Za sprzedany fortepian matka dostała mnóstwo przedwojennych srebrnych monet, które zatopiła w rynienkach ze smalcem. Sowiecki żołnierz od razu włożył do środka palce, pogrzebał bagnetem i wszystko wydłubał. Dobrze, że smalcu nam nie zabrali, bo się potem bardzo przydał.

Czekało nas jeszcze tylko przejście przez most na niemiecką stronę. Pamiętam jakąś kobietę ciągnącą po podkładach kolejowych siennik, na którym leżało maleńkie dziecko. Co siennik podskoczył, to ono spadało. Pomogli jej Niemcy, zresztą do nas też podeszli, wzięli cięższe rzeczy. Mnie jako dzieciaka najbardziej uderzył obraz Niemców: czystych, ogolonych i trzeźwych. Nie klęli, tylko taszczyli nasze toboły. Niektórzy mówili dziwną dla mnie wówczas polszczyzną – może byli Ślązakami… Kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie, spytałem matkę: „Czy jesteśmy już w Raju?” Naprawdę myślałem, że umarliśmy i trafiliśmy do Raju.

http://www.portal.arcana.pl/Sowiecka-apokalipsa-czyli-adama-macedonskiego-wspomnienia-z-pierwszej-sowieckiej-okupacji,1326.html

Podobnie pisała w swoich wojennych wspomnieniach Karolina hr. Lanckorońska.

Dzisiaj jesteśmy mądrzejsi od żyjących w tamtym czasie ludzi. Znamy bowiem historię i wiemy, że tereny, które miały być sowieckie „po wsze czasy” raptem 22 miesiące później trafiły pod niemiecką okupację.

Na kolejne tysiąclecie. ;)

Nadchodzący Wehrmacht witany był z radością przez uciemiężoną ludność. Nie tylko ukraińską.

Również polską.

Łzy radości wywołali żołnierze sprzymierzonej z Hitlerem Słowacji. Ich mundury bowiem przypominały polskie z 1939 r. I w odróżnieniu od ruskich sołdatów nie gardzili „polskimi panami”.

Nawet Rosjanie witali nadciągające pułki niemieckie kwiatami. I to nawet pod samą Moskwą.

Imperium Zła, państwo, w którym normalne życie było niemożliwe, bowiem wszystko, każda dziedzina życia, podporządkowana została zewnętrznej agresji pomiędzy październikiem 1939 a 22 czerwca 1941 r. wydawało się potęgą, której nikt i nic nie powstrzyma.

Dzisiaj okres ten nazywamy sowiecką okupacją.

Ale to nie była okupacja.

To była aneksja.

„Spontanicznie” wyrażona wola ludu ziem zachodniej Białorusi i zachodniej Ukrainy czyniła z mieszkających tam od pokoleń Polaków obywateli sowieckich, same zaś tereny zgodnie z tą wolą – wcielone zostały do Związku Sowieckiego

Podobnie postąpili i Niemcy, ale jedynie z fragmentami Polski przedwrześniowej.

Tylko tzw. Generalna Gubernia miała status ziem okupowanych.

Dr hab. Sławomir Kalbarczyk z IPN przedstawia sytuację sowieckiej strefy następująco:

 

Jaką politykę prowadził sowiecki okupant na zagarniętej połowie państwa polskiego? Była to polityka „sowietyzacji”, której celem było zaprowadzenie na ziemiach okupowanych sowieckiego ustroju i sowieckich porządków. Podstawowym celem „pierwszego etapu” sowieckich rządów na Kresach musiało stać się zatem radykalne wykorzenienie polskiej państwowości i uderzenie w ludzi, którzy się z nią utożsamiali. Stalin, choć trudno w to z dzisiejszej perspektywy uwierzyć, uważał Polskę za państwo „faszystowskie”. Likwidując polską państwowość, nie tylko niszczono instytucje państwowe, ale także znacjonalizowano większe zakłady przemysłowe i banki, zniesiono polską walutę, zlikwidowano prywatne rzemiosło i handel, niepaństwowe szkoły itd. – wszystko to bowiem nie pasowało do nowej, sowieckiej rzeczywistości. Antypolskie działania miały jednak nie tylko wymiar administracyjny. Ludzi związanych z polskością zwalczano przede wszystkim metodami policyjnymi.

Osławiona policja polityczna – NKWD – prowadziła już od 17 września 1939 roku masowe aresztowania urzędników państwowych, policjantów, oficerów, ziemian, członków takich partii politycznych jak Polska Partia Socjalistyczna czy Stronnictwo Narodowe.

W więzieniach osadzono m.in. tak znane postaci jak byli premierzy Leopold Skulski i Leon Kozłowski, byłych ministrów wyznań religijnych i oświecenia publicznego oraz parlamentarzystów, a przy tym wybitnych uczonych: Stanisława Głąbińskiego i Stanisława Grabskiego oraz generałów: Władysława Andersa, Mariusza Zaruskiego, Władysława Jędrzejowskiego, Mariana Żegotę-Januszajtisa i Mieczysława Borutę-Spiechowicza.

Los aresztowanych był tragiczny, sowieckie śledztwo polegało bowiem przede wszystkim na wymuszaniu przyznania się do „winy” za pomocą bicia. Więźniów dręczono także bezsennością i pobytem w karcerze. Z reguły nie było żadnych rozpraw sądowych. Skazywano zaocznie, nie dając żadnych możliwości obrony. Najczęściej ferowano karę osadzenia w obozach pracy przymusowej, tzw. łagrach. Miejsca te, położone na ogół na bezludnych terenach rosyjskiej północy, dawały nikłą szansę przeżycia. Mróz, mordercza praca – przeważnie przy wyrębie lasu – i nędzne wyżywienie dziesiątkowały więźniów.

Aresztowani, którzy trafili do obozów, mieli choć szansę na to, by przetrwać.

Nie mieli jej ci, których skazano na karę śmierci.

Biuro Polityczne partii bolszewickiej 5 marca 1940 roku podjęło decyzję o rozstrzelaniu 11 tys. więźniów, przetrzymywanych w więzieniach NKWD na okupowanym polskim terytorium (jednocześnie zadecydowano o rozstrzelaniu jeńców obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie).

W więzieniach tych przebywało wówczas łącznie ponad 18 tys. więźniów. Ostatecznie zdecydowano się rozstrzelać 7305 więźniów, których wywieziono w tym celu do Mińska na Białorusi oraz Kijowa, Chersonia i Charkowa na Ukrainie. „Zaprawiona” w mordowaniu ludzi sowiecka policja polityczna przeprowadziła akcję w sposób perfekcyjny. Tysiące ludzi zabito strzałami w tył głowy i pogrzebano w absolutnej tajemnicy, tak że prawda o dokonanej zbrodni wyszła na jaw dopiero po pół wieku. Zresztą – nie do końca. Wiemy bowiem, gdzie pochowano zamordowanych w Kijowie – były to lasy w okolicach podkijowskiej wsi Bykownia (dziś teren ten znajduje się w granicach Kijowa). Jednak miejsca pochówku tych, których zamordowano w pozostałych więzieniach, są nieznane.

Pewne znaki wskazują, że rozstrzelanych w białoruskim Mińsku pogrzebano na terenie pobliskiego uroczyska Kuropaty, ale nie jest to wiedza pewna.

https://ipn.gov.pl/ftp/pamiecpl/pamiecpl_6_caly.pdf

 

Kolejna luka w naszej zbiorowej świadomości to akcje wysiedleńcze.

Zamiast martyrologii Wschodu przez całe dekady słyszeliśmy jedynie o „Aktion Zamość”.

Tymczasem zarówno pod względem skali, jak i liczby ofiar śmiertelnych, była zdecydowanie mniejsza od wysiedleń czynionych przez sowietów na byłych ziemiach II RP.

W lutym 1940 roku deportowano w głąb Związku Sowieckiego blisko 140 tys. osadników wojskowych i leśników wraz z rodzinami, uznając, że z powodu przywiązania do „burżuazyjnej” Polski nie mogą pozostać na miejscu (w dokumentach NKWD osadników określano mianem „wojskowo-policyjnej agentury rządu polskiego”).

O barbarzyństwie tej wywózki niech świadczy fakt, że wśród deportowanych było około 50 tys. dzieci. To właśnie one najczęściej umierały w drodze do miejsc zesłania i już na miejscu – w tzw. osiedlach specjalnych.

W kwietniu tego samego roku ich los podzieliło około 61 tys. członków rodzin oficerów i policjantów przetrzymywanych w obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku oraz osób osadzonych w więzieniach. (…)

Represjami na Kresach kierowało dwóch ludzi, których nazwiska na trwałe związały się z historią Polski: Ławrientij Canawa, szef NKWD Białorusi, i jego ukraiński odpowiednik – Iwan Sierow. Ten ostatni dopiero stał u progu oszałamiającej kariery w „organach”. W przyszłości zdobędzie „sławę” jako pogromca Armii Krajowej w Wilnie, organizator porwania szesnastu Przywódców Polski Podziemnej, pierwszy szef KGB i „pacyfikator” Węgier w 1956 roku.

(op. cit.)

Iwan Sierow na pewno zasługuje na miano czerwonego zbrodniarza. Co prawda nie w takim stopniu, jak późniejszy gensek (sekretarz generalny) KPZR Nikita S. Chruszczow, niemniej zasługi w zniewalaniu Narodów Europy Srodkowej położył spore.

Kto jednak wie, że prawdopodobnie zawdzięczamy mu życie?

Nie tylko Polacy. Ale nawet mieszkańcy Sydney czy Buenos Aires.

Sierow bowiem stał za postacią najważniejszego szpiega zimnej wojny - Olegiem Władymirowiczem Pieńkowskim, pułkownikiem sowieckiego wywiadu wojskowego (GRU).

Pieńkowski przekazał Amerykanom plany urządzeń rakietowych ZSRS niezbicie wskazujących, że tak naprawdę „kryzysu kubańskiego” nie ma.

Sowieckie rakiety na Kubie nie były w stanie realnie zagrozić nawet najmniejszym skrawkom terytorium USA.

Być może uratował w ten sposób świat przed nuklearną katastrofą.

Zginął męczeńską śmiercią. Wg jednych żywcem spalony w krematorium, wg innych zaś – wrzucony do kadzi z roztopionym metalem w którejś sowieckiej hucie.

Film z egzekucji miał ponoć być pokazywany adeptom GRU. Tak na wszelki wypadek.

To jednak początek lat 1960-tych, kiedy dorastało już pokolenie urodzone po wojnie.

Przenieśmy się z powrotem do ciężkich miesięcy sowieckiej okupacji terenów wschodniej Polski.

Wykorzenienie polskości było priorytetem. Prócz opisanego wyżej terroru wysadzano pomniki nawet luźno związane z historią Polski. Zmieniano masowo nazwy ulic. I tak najczęściej Piłsudski stawał się… Karolem Marksem.

.

Na niepamięć skazani zostali również inni walczący z caratem. W Brześciu nad Bugiem zniknęła ul. Jana Kilińskiego a pojawiła się ul. Karola Marksa.

Jednocześnie od połowy 1940 roku można było odczuć rosnącą militaryzację okupowanych terenów. Budowano lotniska czasem w niewielkiej odległości od ówczesnej granicy z Niemcami.

Pojawiały się zapowiedzi kolejnej wojny wyzwoleńczej.

Polacy, szczególnie ci, którzy walczyli we Wrześniu, doskonale zdawali sobie sprawę z potęgi Imperium.

Niemieckie uzbrojenie, zwłaszcza czołgi, wyglądały na zabawki przy sowieckich.

Tymczasem znalazła się grupa polskich przedwojennych intelektualistów, która poszła na pełną współpracę z kałmuckim najeźdźcą.

 

Bajki opowiadane dzisiaj przez tych, których wstępni (rodzice czy też dziadkowie) byli związani z reżimem komunistycznym są mniej więcej takie – owszem, oni służyli Stalinowi, ale zachowali „czystość moralną”.

Bo tak naprawdę nie służyli.

A poza tym Stalin „wyzwolił” Europę, pokonując złego faszystę Hitlera.

Za cholerę nie są w stanie wytłumaczyć, dlaczego odmienne traktowanie wielokrotnego premiera polskiego rządu Kazimierza Bartla i premiera tegoż rządu Leopolda Skulskiego? Ten pierwszy wyszedł z więzienia po kilkunastu godzinach i to z honorami, drugi zaś został najprawdopodobniej rozstrzelany przez NKWD.

 

Jednych profesorów NKWD zamykało do więzień, gdzie umierali, innych natomiast hołubiono.

Dlaczego?

Pytanie retoryczne.

Nazwijmy rzecz po imieniu. W październiku – listopadzie 1939 r. dokonało się to, czego byliśmy świadkami w 1945 i n.

To była sprzedaż duszy czerwonemu diabłu za ułudną gwarancję życia w warunkach niedostępnych dla przeciętnego Polaka mieszkającego na ziemiach zajętych przez sowietów.

W każdej chwili można było wypaść z łask i zarobić kulkę w potylicę.

Historia potoczyła się tak, że wschodnia despotia znalazła się w obozie zwycięzców mimo tego, że do ataku na Francję była… większym agresorem niż Niemcy kanclerza Hitlera.

Gdyby jednak Niemcy zdecydowali się na radykalną rozprawę z (Inter)nazizmem stalinowskim i zlikwidowali kołchozy obdarzając chłopów ziemią prawdopodobnie nie musieliby nawet walczyć. Największa i najlepiej uzbrojona armia świata po prostu złożyłaby broń, przedtem tylko wieszając Stalina i jego kamarylę bądź też wsadziła żywych do klatki i oddała żywcem Hitlerowi.

Ale do tego nie doszło, bowiem socjalizm brunatny starł się z socjalizmem czerwonym.

Na podbitych ziemiach nie likwidowano kołchozów, a jedynie zmieniano ich zarządy.

Czerwonych komisarzy zastąpili brunatni.

Tymczasem jakiś zbiorowy obłęd umiejętnie podsycany przez potomków „Paliakow” przywiezionych na ruskich tankach w 1944 i 1945 roku każe nam widzieć jedynie kolaborację o odcieniu brunatnym.

O innej cichosza.

Zupełnie tak, jakby życie na Kresach po 17 września 1939 r. stanowiło kontynuację dotychczasowego i na tych samych warunkach.

Tymczasem Oni zdawali sobie sprawę, z kim tańczą czerwonego kazaczoka.

Wyraźną poszlaką są ostatnie dni Boya, który widząc stojący pod jego domem samochód NKWD uciekł przekonany, że oto przyjechali go zastrzelić.

Tymczasem miał być wywieziony w głąb ZSRS i tam, w odpowiedniej chwili użyty tak, jak Borejsza czy też Putrament.

Generalnie elity intelektualne zawiodły na terenach Polski zajętych przez Armię Czerwoną i wcielonych do ZSRS.

Fragment wspomnień Michała Borowicza, polskiego dziennikarza, krytyka i literata wywodzącego się z żydowskiej rodziny - a więc kogoś, kto wg powszechnej w niektórych kręgach opinii powinien cieszyć się z nowych porządków:

Już w pierwszych tygodniach po wejściu Czerwonej Armii do Lwowa, władze sowieckie zwoływały zebrania informacyjne, m.in. według zawodów. Pamiętam dwa takie, odbyte w dużej sali magistratu: pierwsze dla dziennikarzy, drugie dla literatów.

Z zebrania dla dziennikarzy utkwiło mi głównie w pamięci nagłe i zupełnie dla nas nowe zdyscyplinowanie audytorium. Przemówienia, wygłaszane przeważnie w języku ukraińskim i rosyjskim, były tanio wiecowe. Za to publiczność (złożona co najmniej w osiemdziesięciu procentach z przeciwników komunizmu, przy tym ludzi przywykłych do lepszego poziomu) zrywała się co kilka minut, jak jeden mąż i biła huczne brawa ilekroć tylko padało nazwisko Stalina. Chociaż nikomu nikt o tym nie powiedział, wszyscy wyczuwali na sobie wzrok donosicieli, nie wiadomo jak i nie wiadomo gdzie zaczajonych. Któryś z sowieckich mówców (pamiętam dotąd na jego twarzy zadowolony z siebie uśmiech zdobywcy) postawił kropkę nad i. Mówił o NKWD (tajnej policji) i, tytułem konkluzji obwieścił: „Naród kocha swój NKWD". Spojrzałem bez słowa na stojącego ze mną Adama Ciołkosza, potem na całe audytorium: tłum trupio bladych twarzy i hucznie oklaskujących rąk.

(Adam Ciołkosz miał szczęście. Udało mu się zbiec do Rumunii i przedostać do Francji. Inaczej skończyłby podobnie jak premier Leopold Skulski, zagłodzony bądź zastrzelony w sowieckich kazamatach.- HD)

Zebranie pisarzy odbyło się już pod odmiennymi auspicjami: bez gróźb, przeciwnie, w tonie uwodzenia. Za stołem prezydialnym, obok sowieckich gości, zasiedli (z wolą czy po niewoli) przedstawiciele działającego jeszcze wówczas „starego" Związku Literatów: prezes Ostap Ortwin i sekretarz Teodor Parnicki. Na zadawane pytania, pisarz sowiecki Pawlenko gwarantował pełną wolność pracy twórczej i zapewniał, że nie tylko można, ale nawet należy, i to koniecznie, zachować organiczną łączność oraz kontynuować tradycyjne w polskiej literaturze tematy i style. Tyle jedynie, że w dziedzinie idei społecznych w ogóle, a marksizmu w szczególności, goście wydawali się traktować „tubylców" jako skończonych ignorantów. Zapowiadali też dobrotliwie wypełnienie tej luki dzięki rychłemu dostępowi do odnośnych dzieł.1

Teodor Parnicki, władający świetnie językiem rosyjskim, wygłosił przemówienie, w którym postawił gościom kilka pytań. Goście odpowiedzieli na nie twierdząco i z pochwałami dla mówcy. Gdy kilka tygodni później Parnicki został aresztowany, panowało zdanie, że został „zauważony" przez nowe wladze i wpisany „na listę" dzięki tej tak bardzo życzliwie przez sowieckich gości ocenionej interwencji.

Wspominam te dwa wstępne zebrania, ponieważ sumują one tendencje, które kierowały odtąd literackim życiem: u podstawy terror i widmo wszechobecnego NKWD, w zewnętrznej praktyce — ton uwodzenia i udanego zachwytu, ale pod warunkiem, że wiedza i dociekliwość społeczna polegają na ślepym stosowaniu instrukcji.

https://lwow.home.pl/boy2.html

Nie zamierzam cytować całych wspomnień. Warto jednak pamiętać, że nie wszyscy poparli nowe, odcinając się od polskiego przedwojennego ciemnogrodu.

Władysław Broniewski, człowiek – symbol zaangażowanego komunistycznego poety, i to jeszcze przed wojną, nie wszedł w układ z czerwonymi (inter)nazistami.

Wspomniany wyżej Brochwicz cytuje z pamięci fragment wiersza, jaki Broniewski popełnił w tamtym okresie:

I byłby nowy Grunwald,
byłyby nowe Płowce,
gdyby nie te bombowce
i gdyby nie te czołgi
znad Wołgi.

Za to (choć nie tylko) trafił do GUŁAG-u, skąd wyzwolił go dopiero wybuch wojny niemiecko-sowieckiej.

Poeta, zaangażowany ideowo komunista, kiedy tylko mógł opuścił wraz z armią Andersa proletariacki raj.

O tym, jak bardzo przygnębiająco na polskie społeczeństwo zadziałała współpraca z czerwonym okupantem przedwojennych elit pisze we wspomnieniach Janusz Kowalewski, przed wojną mocno komunizujący poeta, we Lwowie zaś pod okupacją sowiecką jeden z pierwszych redaktorów „czerwonego sztandaru”. Aresztowany i zesłany w głąb ZSRS wyszedł wraz z armią Andersa.

Podpis Boya pod rezolucją, potwierdzającą bądź co bądź fakt zaboru i najazdu, wywołał uczucie wielkiego żalu w społeczeństwie polskim.

Niebawem przyszły fakty, które wstrząsnęły Boyem tak, że chciał wycofać swój podpis. Były one wstrząsem i dla wielu z nas, starych komunistów. Ciągłe aresztowania, fakt szczerej zupełnie i coraz bardziej pogłębiającej się współpracy z Hitlerem, rabunek miasta, głód i wyzysk. Pomyliliśmy się wszyscy. Oszukali nas — mówił Boy z głębokim, rozdzierającym smutkiem w szarej twarzy. — To jest zwyczajny imperializm, goniący za podbojem i operujący oszukańczą, zwodniczą frazeologią. Fanatyzm Mahometa krył się za puklerzem raju niebieskiego, ich imperializm kryje się za puklerzem socjalizmu, który w ich ustach jest niczym więcej jak tylko cynizmem. Te ponure, zacięte fanatyzmem lub strachem twarze... Korniejczuk mówił, że Pilniak był szpiegiem japońskim, Trocki jest agentem hitlerowskim, Wandurski — polskim, dywersantem... To kłamstwo. Prawdą jest tylko, że w tym systemie nie może żyć człowiek, który by chciał choćby w najniklejszym stopniu wyrazić jakiś pogląd krytyczny. To najstraszniejsza niewola myśli, jaką znają dzieje. Tym razem wysłuchałem i usłyszałem stówa Boya. Działy się dookoła rzeczy, których mógł nie widzieć tylko kliniczny fanatyk lub podlec. Głód celowo, moim zdaniem, organizowany przez władze okupacji bolszewickiej, aby robotnik skazany był tylko na chleb z łaski władzy. Strach. Terror. Delatorstwo pod pretekstem „dyscypliny bolszewickiej".

https://lwow.home.pl/boy.html#1

Cóż…. Jeśli nawet Boy przejrzał… Jeśli nawet inni również otworzyli oczy i dostrzegli wreszcie to, co było udziałem zwykłych ludzi praktycznie już od kapitulacji Lwowa, to jaki wpływ ma na to, co uczynili wcześniej Narodowi?

Cytowany wyżej Janusz Kowalewski 10 lat później wiedział już, na czym polega sowiecka strategia zniewalanie Narodów.

Jeden z podstawowych przepisów taktyki bolszewickiej w walce o umocnienie władzy nakazuje „neutralizację klas nieproletariackich w okresie przejściowym". Jednym z instrumentów tej neutralizacji jest instytucja tzw. poputczyków. Na poputczyków wybiera się wielkie indywidualności o wielkich nazwiskach, działających na masy urokiem autorytetu. Z chwilą gdy albo autorytet poputczyka spełznie, albo proces przejściowy jest już zakończony, albo poputczyk zaczyna iść pod prąd autorytetu proroków - system pozbywa się go bez cienia żalu i bez obowiązku wdzięczności. Wielu kończy samobójstwem jak Jesienin lub Majakowski.

(op. cit.)

Społeczeństwo w swojej masie uważa bowiem, że wielcy mylić się nie mogą. Nawet wtedy, gdy plotą bzdury.

Stąd bierze się ustawiczne wskazywanie nowych autorytetów przez czerską gadzinówkę.

George Orwell nazywał rzeczy po imieniu.

Raz się skurwisz - kurwą zostaniesz.

Oni zabili nadzieję w setkach tysięcy osób. Udało im się dokonać więcej, niż stalinowskim oprawcom w katowniach NKWD.

Historii nie interesują wewnętrzne dramaty moralne głównych bohaterów.

Liczą się fakty.

I stało się dokładnie tak, jak przewidywał polski minister Józef Beck:.

Jeśli napadną na nas Niemcy, zabiorą nam tylko wolność, ale jeśli wejdą do nas Rosjanie, zabiorą nam dusze.

 

Dzisiaj wielu z nas patrzy na tamte lata poprzez pryzmat wydarzeń późniejszych.

Lata wklepywania nam do głów komunistycznej mantry: sowieci przynieśli nam wolność zrobiły swoje.

Wydarzenia we Lwowie z lat 1939-41 postrzegamy przez pryzmat Auschwitz oraz czerwonej flagi zatkniętej na gruzach Berlina.

A przede wszystkim 45 lat bolszewickiego zniewolenia Polski.

 

Homo sovieticus nie ma pojęcia, co to takiego jest honor.

Nie rozumie więc w ogóle słów, wypowiedzianych przez Becka 5 maja 1939 roku:

Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor!

Dlatego za autorytety obiera sobie takich, jak on sam.

 

15.07 2019

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.1 (głosów:13)

Komentarze

Popieram w calej rozciaglosci na dzien dzisiejszy przeszly i przyszly.a tak na serio bez komuszej nowomowy;

Racje przyznaje,szkoda tylko ze Pana tekst pozostanie tu  naNieporawnych.smutna prawda jest ze niezlomni dostali kulke a kurwie zyja,nawet te nawrocone,pozostana niestey kurwiami choc sie nawrocily

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
-1

marekpolo

#1596987

niską akceptacją tekstu który według mnie jest bardzo wartościowy. 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-1
#1597000

Dzięki HD.

Faktycznie to nie tylko wstydliwa karta, rozjuszająca hurrapatriotów z pokracznej alt-prawicy ale i rzecz ważna do zrozumienia tu i teraz. A łączy się z wieloma podobnymi rzeczami, wypieranymi z powszechnej świadomości. A tak swoją drogą. Dlaczego onuce nadają ton ruchom "kresowym" i jakoś nie widać, by to tam komu przeszkadzało?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-2

„Od rewolucji światowej dzieli nas tylko Chrystus” J. Stalin

#1597046

Poważnie. Takie zjawisko jak rusofil z własnej woli w Polsce nie istnieje. Rosja zbyt długo pracowała na to by coś takiego nie mogło mieć miejsca. No przecież tej oczywistości nie trzeba tłumaczyć... Polakowi?

Jeśli ktoś taką postawę publicznie przejawia, to nawet nie ma sensu z nim dyskutować bo o to mu właśnie chodzi.

90% to są rosyjskie trole robiące dywersję na rosyjskie polecenie lub za rosyjskie pieniądze. Pozostałe 10% to ludzie trzymani przez Rosję za jaja. Część z nich to karierowicze i sprzedawczyki z minionej epoki którzy boją się że w tej czy innej formie zostaną rozliczeni lub pozbawieni czegoś. 

Może promil z tego to zwykli niedoinformowani idionci, ale ich jest zbyt mało by się liczyli.

Innymi słowy - w Polsce nie ma rusofili więc każdego kto taką postawę przejawia można w ciemno traktować jak przestępcę lub co groźniejsze - dywersanta. Nie oznacza to broń Boże że Polacy pałają nienawiścią do zwykłych Rosjan. Takiego zjawiska też w Polsce nie ma.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0
#1597169

Oto jeden z wielu dowodów, że to zwykły kłamca:

http://niepoprawni.pl/blog/rebeliantka/o-tym-jak-humpty-dumpty-notorycznie-klamie-na-temat-mojego-wyksztalcenia-0

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1597522