W imieniu narodu... Bufetowa Hanka (5).

Obrazek użytkownika Wiktor Smol
Kraj

 

Przygotowania do balu szły całą parą. Zewsząd napływały gratulacje od dobrych znajomych – tymi mniej dobrymi znajomymi Hanka nie przejmowała się wcale. W jej zwyczaju bowiem było usuwanie tego co niewygodne, nieprzydatne i – jak to sama często określała – przenoszone. Do „przenoszonych” zaliczała tych, którzy podpadli jej osobiście, tych, którzy choćby na moment zawahali się w sprawach lojalności, i tych, którzy podpadli premierowi i jego świcie. Bufetowa Hanka również zaliczała się do świty pana premiera.

 

W sprawach lojalności u bufetowej Hanki i premiera obowiązywały identyczne standardy. Tylko głupcy i ignoranci mogli nie przypuszczać, że pozostają poza bystrym okiem chłopców ze służb, tylko idiotom mogło wydawać się że skoro już należą do bliskiego grona znajomych to pozostają poza jakąkolwiek kontrolą. Standardy to rzecz święta, i tych standardów bufetowa broniła jak niepodległości stosując często prowokację i podstęp.

 

Na tego rodzaju pułapki zazwyczaj łapali się ci, którym choćby przez myśl przeszło nie podzielać poglądów bufetowej i jej premiera i mieć swoje własne zdanie.

Podpuszczanie polegało między innymi na zachęcaniu, aby działacze z bliskiego otoczenia zechcieli podzielić się własnymi przemyśleniami i opiniami na temat kontrowersyjnych spraw, które były przedmiotem spekulacji w mediach. Szefowa, bo tak prywatnie zwracali się do Hanki ludzie z jej bliskiego otoczenia, miała nosa do ludzi i miała wiernych jej szpiegów. Często powtarzała: „Zaufanie to dobra rzecz, ale jeszcze lepsza kontrola”.

 

Kontroli jej szpiegów poddawany był każdy z jej otoczenia, każdy podwładny i podwładny podwładnego, ich kochankowie i partnerzy, a nawet rodzice i dzieci.

W każdy poniedziałek i w każdy czwartek – oprócz Bożego Ciała – w gabinecie Szefowej odbywała się solidna odprawa.

W czwartki były relacje z trzech minionych dni i podnoszony był problem zabezpieczania na zbliżający się weekend.

 

Tutaj trzeba z obowiązku wspomnieć, że Hanka nie cierpiała dni wolnych – twierdziła, że jeśli już coś się ma zdarzyć, to stanie się to właśnie w czasie weekendu.

 

Zatem w czwartki po południu ludzie służb odpowiedzialni za bezpieczeństwo jej i premiera – prezydentem nie bardzo się przejmowała, nawet go nie lubiła, uważała go za potajemnego wroga premiera, który tylko czeka na zdarzającą się sposobność, aby pozbyć się premiera, a co za tym idzie większość bliskich premierowi ludzi – robili prawdziwą burzę mózgów.

Przyjmowano wszelkie warianty jakie mogą zaistnieć, włącznie z zamachem na legalną demokratyczną władzę.

 

Hanka wiedziała, że z tą <<demokratyczną władzą>>, to gruba przesada.

Wiedziała również i to, że w wyborach na terenach jej podległych, demokrację jej ugrupowania i koalicjanta zapewniły dodatkowe krzyżyki stawiane na listach wyborczych.

Po co fałszować listy – wystarczy unieważnić te, które zagrażają zwycięstwu.

I co z tego, że kilku zapaleńców analizuje sobie wyniki wyborów wskazując, że największy odsetek nieważnych głosów przypada właśnie na terenie jurysdykcji bufetowej.

Co z tego, że procentowo liczba głosów nieważnych w stosunku do innych rejonów kraju jest wyższa o kilkadziesiąt procent.

Media, i tu z obowiązku też trzeba dodać, głównego nurtu akceptują linię rządu, a wszystko inne określają mianem oszołomstwa.

 

Mając takie poparcie i takie gwarancje, nad którymi pieczołowicie kontrolę sprawują podległe bufetowej służby, Hanka mogła spać spokojnie.

Ale nie, Szefowa była czujna niczym ważka. Często stając przed lustrem zadawała sobie głośno pytanie.

– Co oni mogą knuć? Co zechcą zrobić, aby przejąć władzę? Że zechcą, nie mam żadnych wątpliwości.

I tak rozważając w myślach rozdzielała kolejne zadania, planowała nad podniesieniem poziomu bezpieczeństwa.

 

Kiedy mijał weekend odczuwała ulgę podobną do tej jaką odczuwa koń, kiedy z obładowanego wozu woźnica zrzuca towar i udaje się w drogę powrotną.

 

Poniedziałek i poranna odprawa. W skupieniu przysłuchuje się zdawanym raportom. Uważnie przygląda się meldującym – sprawdza, czy ich słowa pokrywają się z mową ciała. Chce mieć całkowitą pewność, że w tym wolnym czasie nie doszło do spisku. Nabiera wigoru i zaczyna, jak ma to w zwyczaju, zasypywać seriami pytań swoich rozmówców i nie czekając na ich odpowiedzi sama sobie ich udziela. „ Jestem boska i naprawdę nie ma lepszej ode mnie, nawet nie ma lepszego ode mnie – rozmyślała – gdyby nie moje starania już wszystko dawno wyszłoby na jaw, a ci wszyscy ludzie wraz ze mną gniliby gdzieś w ciemnych lochach tej żądnej krwi bandy oszołomów, których zapewne ciasne berety uwierają, tak mocno, że ich nienawiść jest tak samo wielka, jak wielka jest siła spadającej wody Niagary”.

– Nie! Nigdy do tego nie dopuszczę – krzyknęła, a jej twarz przybrała niesamowity grymas bólu. Zebrani byli tak bardzo zdziwieni tym nagłym okrzykiem Szefowej, że zamilkli na dobre. Zapanowała dziwna cisza. Bufetowa szybko zdała sobie sprawę z tego, co przed momentem zaszło.

– Przepraszam, zamyśliłam się. Ale nie ma to już znaczenia. Zatem panie pułkowniku – ciągnęła już w swoim rytmie – twardzi pan, że jest bezpiecznie? Uzyskawszy potwierdzenie uspokoiła się i uśmiechnęła życzliwie, a nawet zaczęła żartować z szefa opozycyjnego ugrupowania, że musi się źle czuć w tym uszytym nie na jego miarę garniturze...

 

(…)

Zbliżała się północ. Wielki zegar zawieszony nad głowami bawiących powoli odliczał sekundy do północy. Dookoła panował wielka radość. Strzelały korki prawdziwych szampanów, sypało się konfetti i leciały zewsząd kolorowe serpentyny. Życzeniom nie było końca. Wytworny wodzirej podniósł butelkę do góry i zaczął odliczać: „ Dziesięć, dziewięć, osiem...”

 

Wreszcie padło magiczne <<zero>> rozległ się świst odpalanych rac i petard. Huk zmieszał się z niesamowitą kaskadą roztańczonych, wirujących i spadających kolorowych ogni. Wszyscy wkoło obściskiwali się, całowali i gratulowali sobie życząc czego tylko dusza zapragnie. W tym tłumie znajdowała się również bufetowa Hanka. To wokół niej skupiło się najwięcej osób – była w centrum uwagi i to najbardziej jej odpowiadało.

Na ten moment była szczęśliwa. Nie bardzo zwracała uwagę na słowa życzeń, które zewsząd składali jej znajomi. Upajała się swoją wielkością i kolejnymi łykami szampana. Kiedy wystrzały zaczęły cichnąć, a ludzie bawili się dalej, Hanka lekko zamroczona wypitym alkoholem udała się w kierunku toalet: przedzierała się przez niezliczony tłum tańczących i już dobrze podpitego miejscami towarzystwa.
Dwóch jej osobistych ochroniarzy lekko, ale zdecydowanie, odpycha tych natrętów, którzy mieli zamiar uścisnąć rękę Szefowej i ją obcałować.
Wreszcie dotarła do celu. Wpierw do toalety wszedł jeden z ochroniarzy – wyszedł z niej, po chwili wyprowadzając pod ręce dwie mocno zaprawione damy.
– Bezpiecznie – rzekł i wskazał ręką drogę do środka.

 

Kiedy Hanka zamykała drzwi wydawało się jej, że pośród dźwięków orkiestry, pojedynczych wystrzałów, salw śmiechu i kolejnych toastów usłyszała toast: „Za Smoleńsk!”.
Wzdrygnęła się niczym diabeł przed święconą wodą.

– Jestem pijana – mamrotała sama do siebie i spojrzała w kierunku ściany luster – ot i wszystko. Tutaj nikt nie ma prawa, nikt by się nie odważył wnieść takiego toastu. Tutaj są moi najlepsi z najlepszych...

 

Bufetowa Hanka, do której najbardziej zaufani zwracali się <<szefowo>> otworzyła torebkę i sięgnęła po telefon. – Muszę do niego zadzwonić – spojrzała na ekran wyświetlacza swojego smart-fona i zdziwiła się bardzo, że nie ma żadnej koperty świadczącej o wiadomościach i nieodebranym połączeniu. – Trudno – wymamrotała – w tym roku ja będę pierwsza. Z listy znajomych wybrała ikonkę z opisem <<płemieł>> i nacisnęła przycisk połączenia. Czynność tę powtórzyła raz jeszcze i jeszcze. Bezskutecznie. Telefon milczał jak zaklęty. „No, cóż pewnie się zawiesił, pewnie linia jest przeciążona. Na całe szczęście mam jeszcze drugi telefon”.

Bardzo się zdziwiła, kiedy wkrótce okazało się, że drugi telefon też milczy, że nie może wykonać żadnego połączenia, że nie otrzymała żadnej wiadomości tekstowej ani nikt do niej nie dzwonił.

 

– Coś się dzieje! – szeptała zaskoczona. – Coś się wydarzy! Coś się musi wydarzyć, nic nie może trwać wiecznie. Te telefony to znak. Muszę szybko stąd się wynieść. Muszę poinformować premiera! Tylko jak, skoro telefony...

Otworzyła drzwi i poprosiła swoich ochroniarzy, aby ją szybko i dyskretnie stąd zabrali. Już po chwili znajdowała się na tyłach bankietowej sali, która bawiła się na całego nie wiedząc o tym, że Szefowa ich opuszcza na dobre. – Tomku chcę się napić – zwróciła się do szatyna siedzącego obok. Ten bez mrugnięcia okiem wyjął ze schowka niewielką butelkę rodzimej wódeczki i podał Szefowej. – Dziękuję. Jesteś kochany. – Czy wiesz może dlaczego nie działa żaden z moich telefonów? – zapytała ochroniarza o imieniu, którym zwróciła się prosząc o alkohol i zasnęła.

Kiedy otworzyła oczy zrozumiała, że jest w obcym miejscu, że niewielki pokój nie jest jej pokojem, że łóżko – dwuosobowa wersalka – nie jest jej łóżkiem. – Gdzie ja jestem? – zapytała przestraszona. – Co się dzieje? – Halo! Jest tu ktoś?

Zamiast odpowiedzi usłyszała słowa znanej piosenki:

 

U Senatora wielki bal/ Tańczą wszyscy i znają się wszyscy/ Jest już ponad tysiąc par/ Pięknie gra znajoma melodia/ Na sali od nas jest tu trzech - Łysy, ja i Anka/ Mamy ukrytą dobrze broń/ Mamy zaciśnięte gardła// My nie mówimy nic/ My nie mówimy nic// Ogromnie tłuste panie/ Tasują panom posłom/ Nikt do powiedzenia nie ma tu nic/ Choć wszyscy krzyczą głośno/ O nas zapomniała historia/ Po imieniu nam woła bieda/ Choć już sprzedaliśmy wszystko/ Co można było sprzedać// My nie mówimy nic/ My nie mówimy nic...”

Bufetowa Hanka, do której najbardziej zaufani zwracali się <<szefowo>> zaczęła popłakiwać. Zdała sobie sprawę, że znalazła się w beznadziejnej sytuacji. I choć jeszcze nie wiedziała w jak bardzo beznadziejnej, zaczęła szlochać.

W jej głowie mieszały się okrzyki radości, huk petard, toasty i słowa piosenki, która płynęła nie wiadomo skąd i dlaczego – uporczywie rozbrzmiewał toast, który ją dopadł wtedy, kiedy już miała zamknąć drzwi toalety: „Za Smoleńsk!”
Przez zaciśnięte gardło zdławione płaczem i strachem wydobywały się z gardła bufetowej słowa: „Smoleńsk, to nie moja sprawka! Nie miałam z tym nic wspólnego. Owszem dałam później robotę Grabiarce, bo to kochanka tego gnoja Sławka. Kazali! Mówili, że nikt się nie połapie kto będzie chował tamtych... Że pieniędzy wystarczy, że da się wszystko ukryć! Że najmniejszego śladu nie będzie... Kim jesteście? Nie róbcie mi krzywdy, proszę. Wiem dużo – mogę się przydać... Powiem czyj był pomysł o prowokacji na jedenastego listopada. Wiem kto stoi za … Tylko dajcie mi ochronę! Proszę...
 

(…)

 

W salonie, na stoliku przed premierem, Jerzy położył pokaźnej objętości album ze zdjęciami. Otworzył go i zachęcił, aby jego gość zapoznał się z zawartością.

Wraz z odsłoną kolejnych kart człowiek, który jeszcze wczoraj był premierem, bladł i czerwienił się na przemian. W pewnym momencie odwrócił głowę w kierunku okna i tępym wzrokiem zatopił się bez słowa w nim.
 

Ocena wpisu: 
Brak głosów