Urzędy, to tam rodzą się przekręty

Obrazek użytkownika Wiktor Smol
Kraj

Wyobraź sobie Czytelniku miejsce, takie upragnione i najpiękniejsze z pięknych. Takie, gdzie chciałbyś postawić swój wymarzony dom a nawet kilka, po jednym dla dzieci. A co, im też się należy. I już masz to wymarzone urocze miejsce i na dodatek prawie w centrum miasta: blisko do dworca kolejowego, do sklepu kilka kroków – wszystko, że tak powiem, pod nosem. Działeczka spora na samym wierzchołku wypiętrzenia skąd widok doskonały. Solidny drzewostan daje poczucie intymności i zapewnia dobrą osłonę przed wścibskim okiem, daje też zupełnie za darmo dobre powietrze i naturalną zasłonę przed piekącym słońcem latem.  

To miejsce znasz doskonale od wielu lat i mimo tego, że spacery za każdym razem dziwnym zbiegiem okoliczności wiodły ciebie w okolice tego wymarzonego miejsca, to jednak było tylko marzeniem. Niejeden jadłeś już obiad, sam i w towarzystwie, niejedną kolację i niejeden wznosiłeś toast „za to” i „za tamto”. I za każdym razem oczyma wyobraźni trafiałeś w to swoje wymarzone miejsce wyobrażając sobie, że oto siedzisz na tarasie swojego domu i wsłuchujesz się w rytm życia mieściny, a z peronowych głośników dobiega informacja o pociągu z Rawicza do Wrocławia, który właśnie ma opóźnienie.

A po co są marzenia? Czy nie po to aby po nie sięgać, nawet po te najśmielsze? Pewnie, że tak.
I kiedy już miałeś dość droczenia się z samym sobą postanowiłeś podzielić się swoimi marzeniami z najbliższymi. Widziałeś te oczy, w których nagle zapłonął ogień namiętności. Słyszałeś te głosy, które wyrwały się z głębin skrytych pragnień. Kiedy doszliście do wniosku, że twoje otwarte przed chwilą marzenie stało się waszym wspólnym ustaliście, że nikomu nie wspomnicie nawet słowem o swoich planach. A plan był prosty – kupić ten dziki porośnięty krzakami kawałek ziemi na wzgórzu i na mim postawić rodzinny dom z dużym tarasem z wystawą południową. Tylko razem jesteście w stanie podołać wyzwaniu. Teren mocno zadrzewiony i dziko porośnięty. Trzeba zezwolenia na wycinkę. Dojazdu brak. Trzeba drogę jakąś wykroić i, co ważne, podciągnąć wodę i prąd. O gazie i kanalizacji nie ma co marzyć. Zatem trzeba solidną oczyszczalnię ścieków zbudować, a to też niemało kosztuje.  

Ustaliliście, by nie wzbudzać żadnego niepożądanego zainteresowania przypadkowych osób, że w temacie rozejrzysz się tylko ty jako pomysłodawca i pierwszy marzyciel. Uważnie czytałeś ogłoszenia gminy dotyczące sprzedaży działek. Ani słowa, żadnej oferty, która dotyczyłaby tego miejsca. Krok po kroku aż do celu. Sprawdziłeś miejscowy plan zagospodarowania. Przejrzałeś plany inwestycji gminy. Sporo tego, ale najmniejszej wzmianki o tym dziko porośniętym kawałku „waszej” ziemi.

Przy wspólnej kolacji – od tamtego spotkania i emocjonalnej rozmowy ten projekt skonsolidował was jak nic nigdy wcześniej – zastanawialiście się nad sposobem złożenia oferty zakupowej. Trudno się wam było zdecydować, czy wpierw pójść i zapytać, czy lepiej nadać tematowi „waszej” działki cech formalnych i ofertę taką złożyć pisemnie. I pierwsza i druga opcja miała swoje „za” i „przeciw”. W pierwszym przypadku obawialiście, że rozpytując podsuniecie komuś pomysł na talerzu. W drugim przypadku liczyliście się, że w razie urzędowej odmowy „nie bo nie” też zostanie wyraźny ślad i to taki, do którego będzie więcej par oczu, a co za tym idzie szybko rozniosą się plotki: wszak tutaj każdy zna każdego. 

W końcu zapadła decyzja. Wpierw podpytasz urzędnika zajmującego się tematem planów inwestycyjnych i jak tylko dojrzysz światełko w tunelu składacie oficjalne pismo mając nadzieję na zablokowanie ruchu ewentualnego kupca.

Umówiłeś się na rozmowę z osobą wyposażoną w pieczęci i stanowisko. Po oficjalnych grzecznościowych słowach wyposażony wcześniej w numer interesującej cię parceli zapytałeś w jaki sposób możesz nabyć ten kawałek „dzikiej ziemi” pod zabudowę domu mieszkalnego dla trzech rodzin.

Urzędnik był uprzejmy i skory do rozmowy. I, co wydało się tobie nieco dziwne, przygotowany do rozmowy.

– Ten teren nie jest ujęty w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego pod budownictwo domu rodzinnego. Tam nie można niczego pobudować. Teren nie jest uzbrojony, a ewentualna inwestycja pochłonęłaby ogromne koszty. Wie pan: pozwolenia, droga, kanalizacja i cała reszta infrastruktury z obowiązującymi normami. Nie, nie opłaca się to raz. A dwa, jak już powiedziałem, gmina nie przewiduje w tamtym „dzikim” miejscu żadnego budownictwa jednorodzinnego tym bardziej, że obok znajdują się ogródki działkowe. Ale może pan złożyć takie zapytanie. Trochę – naprawdę nie wiem ile może to potrwać. To nie ode mnie zależy. Jednak gdybym miał panu coś doradzić, to skorzystanie z innych naszych ofert – jest ich kilka. O. na przykład(…). Pan z pieczęciami i stanowiskiem roztoczył wizje o miejscach, które ciebie i twoich bliskich wcale a wcale nie interesowały.

Po krótkiej naradzie rozważając temat inwestycji waszych marzeń z bólem serca postanowiliście jednak temat odpuścić biorąc pod uwagę rząd przyszłych kosztów; zaczęliście nie wiadomo kiedy i jak, doszukiwać się innych „przeciw”. I tak okazało się, że monotonny odgłos kolejowych megafonów zagłuszający ptasie poranne, czy wieczorne trele wcale nie jest korzystny ani dla was ani dla małych dzieci tym bardziej, że kolejne w drodze. I jeszcze to towarzystwo lokalnych pijaczków i różnej maści kombinatorów, którzy urządzili sobie na tym wzgórzu miejsce swoich biesiad.

(…)

W innym miejscu, w czasie zbliżonym. Ten sam pan od pieczątek i stanowiska przy suto zastawionej kolacji toczył rozmowy o połowie dzikiego łososia w odstępach Alaski. Jego rozmówca był gospodarzem i jak mógł tak gościł swego serdecznego gościa. Żona Stefana J. uwijała się jak tylko mogła, co chwilę podmieniając talerze i półmiski. Starała się bardzo, aby kieliszek serdecznego gościa ani przez chwilę nie pozostawał pusty. Kiedy już syci odeszli od stołu zmieniając niewygodne krzesła ze skórzanym tapicerowanym obiciem na wygodne sofy przed okazałym kominkiem, w którym wesoło trzaskały żywiczne polana buka czerwonego, zmienili też temat rozmów. Przenieśli się z wód, w których żyje czawycza na teren równie ciekawy acz znajdujący się tuż nieopodal zaledwie na wyciągniecie ręki. Tematem ich rozmów był kawałek ziemi na wzgórzu, na tym samym, gdzie „gmina nie przewiduje w tamtym miejscu żadnego budownictwa jednorodzinnego”.

Urzędnik podzielił się ze swoim gospodarzem informacją o odbytej rozmowie z potencjalnym klientem tego kawałka porośniętego bzem czarnym, czeremchą, bluszczem pospolitym, tarniną i dziką różą, a na wąskim kawałku przeciętym dziką ścieżką odgradzającą ogródki działkowe od wzgórza rozłożyły się lilie, konwalie a nawet piwonie nie licząc innych drobnych kwiatów ogrodowych. Kiedy skończył swój wywód dotyczący odbytej rozmowy gospodarz zachichotał i rzekł: Czy on zwariował? Nie wie ile to wszystko kosztuje?

– Nie martw się Stefan – urzędnik wstał i po przyjacielsku poklepał gospodarza po ramieniu – Spuściłem go na drzewo i temat uważam za zamknięty. Ten teren, tak jak ci obiecałem będzie twój. Domu na trzy rodziny się tam nie opłaca budować, ale na trzydzieści… Obaj rubasznie się roześmiali. Urzędnik ubierał się wolno w holu okazałego domu. W tym czasie gospodyni przygotowywała spory pakunek. Wręczając go urzędnikowi rzekła – Co my byśmy bez pana dobrodzieja zrobili. Bóg nam ciebie dobry człowieku zesłał. Po czym wyściskali się i urzędnik przekroczył gościnny próg podążając wolno ku furtce misternie wykonanej z kutej stali.
W progu stał zadowolony gospodarz i rzucił na pożegnanie – Daj znać kiedy mam ci wykupić bilety abyś mógł sobie pojechać na te swoje ryby (śmiech). I pamiętaj. Tym razem zamawiam u ciebie gorbusza, czawycza już mi się przejadła.

Można porzucić tego typu konstatację i przejść bezpośrednio do „działu”: Jak to jest (z)robione.

W przypadku wyżej opisanym – najczystsza fikcja literacka (śmiech) sprawa wyglądała następująco. Jest sobie miejsce, i to miejsce, jak w opisie wyżej, jest faktycznie miejscem idealnym pod inwestycję mieszkaniową. Ale również prawdą było to, co mówił urzędnik w rozmowie z jednym i drugim panem (w rzeczywistości dziś trudno dociec ile takich i podobnych rozmów miało miejsce) wspominając o kosztach. Zatem co, i jak, należało zrobić, aby dotrzymać danego słowa Stefanowi?

Inwestycje miejskie, czy bardziej popularne – publiczne, są jak partia szachów. Tutaj potrzeba wytrawnych graczy, a nie takich, którzy znają tylko ruchy i, jak się im wydaje upoważnia ich ta znajomość do gry w tę królewską grę. Nic podobnego. W tej grze – obrót gruntami pod budownictwo (MW) liczy się transparentność. Wszystko musi zostać dopięte na ostatni guzik, tak że mucha nie siada, nawet taki wypad na ryby czy inna wycieczka, których nijak nie da się podpiąć pod oficjalną działalności pana z pieczątkami i stanowiskiem.  

Zatem w jaki sposób zrobić aby pan Stefan, któremu ten kawałek gruntu idealnie pasuje pod jego działalność: budownictwo wielorodzinne (MW) mógł nabyć ten teren za dosłowny psi grosz i uczynić z tego stałe źródło dochodu i wycisnąć ile się da a nawet więcej?

Tutaj na osiecz przychodzi strategia, taka sama jak w poważnej grze w szachy. Trzeba planować długo na przód i cierpliwie czekać. Teren, o który zabiega Stefan, a który pośrednio dotyczy wielbiciela połowu łososia z dalekiej Alaski trzeba uczynić ziemią niczyją i przez nikogo niechcianą. Odstawić ją jak laufra gdzieś w rogu szachownicy i udawać, że jest to figura bez wartości i zdatności do dalszej gry. Na szachownicy należy podświetlić inne figury, którymi toczy się oficjalnie grę.

Do gry wchodzą kolejne oficjalne inwestycje miejskie. Tablice ogłoszeń i BIP jest szczegółowo opisany ilością i wielkością inwestycji finansowanych ze środków publicznych. I tak zupełnie niepostrzeżenie i nie mającym wiele, jeśli cokolwiek, z „grą” kawałek gruntu „ziemi niechcianej” tuż nieopodal realizuje się inwestycję: „Przebudowa istniejącej kanalizacji miejskiej dla obszaru (tutaj szczegółowe dane)”.

(…)

Wyobraź sobie swoje zdziwienie, kiedy na „twoim” kawałku pojawia się wpierw tabliczka „Teren prywatny”, a potem ogrodzenie z lichej siatki drucianej okalającej teren pierwotnie mający należeć do ciebie, a jeszcze później tablica inwestora.

Przecierasz oczy ze zdziwienia i nim dzielisz się z rodziną – niedoszłymi współwłaścicielami tego urokliwego kawałka ziemi, którzyście raz uznali za idealny, aby potem przekląć go, że drogi, że wcale nie taki jak wpierw się wydawać mogło. I początkowo nie kojarzysz faktów – nie masz zielonego pojęcia, że prace ziemne u podnóża zbocza są li tylko kawałeczkiem sporej jak na małe miasto inwestycji zaatutowanej:
„Budowa kanalizacji wodnej i deszczowej w…” etap I... Wartość projektu: 23 357 477, 19 PLN. Wartość dofinansowania z Unii Europejskiej: 12 229 013, 05 PLN

W głowie się jeszcze tobie nie mieści, że człowiek z pieczątkami i stanowiskiem, którego raczyłeś odwiedzić powiedział ci prawdę, tyle, że tylko jej niewielką część do momentu, że to żmudne i nieopłacalne. Nie dodał, że ten kawałek terenu już dawno przyobiecał, w ramach „przysługa za przysługę”, swojemu dobremu przyjacielowi, pasjonatowi polowań, a komu jak komu przyjacielowi się nie odmawia tym bardziej, że to on pierwszy upatrzył sobie ten skrawek na wzgórzu i pierwszy sobie go upolował. Nie wiedziałeś nawet tego, no bo skąd skoro uznaliście razem i jednogłośnie, że to inwestycja nie na waszą kieszeń, to po pierwsza, a po drugie, nie macie czasu na żmudną drogę administracyjną, że urząd miasta wystawił ową parcelę na sprzedaż w miejscu, którego by się mało kto spodziewał, ustalając tak wysoki pułap, że nie pojawił się ani jeden chętny. Wobec czego urząd chciał nie chciał przyjął ofertę zakupu w formie bezprzetargowej szacownego pana Stefana. I dopiero wtedy laufer z rogu szachownicy nabrał ochoty do gry.

Skoro miasto kończyło swoją inwestycję budowy kanalizacji wodnej i deszczowej, to już nic nie stało na przeszkodzie aby teren wcześniej nieuzbrojony uzbroić podłączając pod przygotowaną w tym właśnie miejscu inwestycję miejską. Stąd zapewne, co mądrzejsi ludzie z sąsiedztwa zachodzili w głowę: po jakie licho miasto buduje tę kanalizację w tym miejscu skoro można było ją pobudować dużo prościej i wiele taniej po drugiej – właściwej – stronie drogi.  Nikt nie skojarzył budowy jednego z drugim tym bardziej, że cała „partia urzędowych szachów” była rozłożona w czasie.

(…)

W nowo wybudowanym budynku wielomieszkaniowym od niedawna mieszkają sobie ludzie ciesząc się z własnego lokum w pięknych okolicznościach przyrody nie mając zielonego pojęcia o historii tworzenia od „a – z” projektu. Mieszkańcy rozwierając swe okna słyszą z peronowych głośników komunikat: Opóźniony pociąg osobowy z Rawicza do Wrocławia wjeżdża na peron drugi …

Inny „komunikat” głosi, że w powiecie robi się duszno i za chwilę tutaj w mieście będzie podobnie. Co niektórzy zachowali się jak szczury na tonącym statku, a innych wiąże strach paraliżując najmniejszy ruch. Czekają na rozwój wydarzeń i doskonale wiedzą, że nadchodzi czas wielkich literek (ABW, CBŚ, WINB, NINB, NUS i kilka innych nie mniej ważnych). Tym, którzy dali dyla nie czekając ani na pierwszy seans w remontowanym kinie ani na pierwszą kąpiel na nowoczesnym obiekcie osiru przestał smakować szampan i kawior: zachodzą w głowę jak wywinąć się z wziętych „darów”, jak odłożyć w czasie pierwsze przesłuchania. I nie będą to przesłuchania do sztuki teatralnej choć swoją „sztukę” wystawili przy kilku inwestycjach w mieście i powiecie. 

(…)

Nad szachownicą usiadło kilku wytrawnych graczy zewnątrz, analizują wcześniej rozegraną partię krok po kroku.

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:18)

Komentarze

Tekst świetny i prawdziwy. Talent do pisania ma Pan dobry. Przenikliwość i znajomość rzeczywistości to też wspaniałe atuty. Gratuluję pięknego opisu, wie Pan również że to co opisane nie powinno wyglądać tak jak wygląda. Nie mam możliwości oceniania, gdybym miał, dałbym zdecydowane i mocne 5.

Ale jest też łyżka dziegciu. Opisany przez Pana, znany nam wszystkim system sprawowania władzy i powiązań biznesowych spi spokojnie, wielkich literek niespecjalnie się boją. Proszę porównać z takim na przykład "Amber Gold". Kozioł ofiarny został poświęcony, ale nie będzie miał krzywdy, biedy raczej nie zazna. Nikomu innemu włos z głowy nie spadł.

Nie piszę tego żeby odczuć satysfakcję. Satysfakcję miałbym, gdybym nie miał racji.

Podoba mi się!
8
Nie podoba mi się!
0
#1614247

Za dobre słowo dziękuję.

W sprawie "wielkich literek" również nie obiecuję sobie za wiele. Ci (służby) jak już to toczą wewnętrzną wojnę o swoje interesy. Taki cdn "Psy" Pasikowskiego.

Wiem, smutne to i czas nie działa na naszą korzyść.

Ukłony

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1614280

której brakuje tylko Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW), utrwalających z trudem przywracany byt Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i jej sitw, mafii i antypolskich agentur oraz ich dwadzieścia jeden zdradzieckich postulatów.

Jak na razie mamy jeszcze demokratyczny Sejm, a oni mają już ludowy Senat, który powoli pozwoli na okrzepnięcie MOCY i TRWAŁOŚCI Polskiej Rzeczypospolitej Oligarchicznej (PRL), która jest kolejnym etapem przywracania ich ukochanej demokracji liberalnej, zapewniającej wolność wszelkich urzędniczych przekrętów pod osłoną NOCY i TRWAŁOŚCI polskiej niesprawiedliwości, która jest ostoją Polskiej Rzeczypospolitej Złodziejskiej (PRL), a której odbudowie służy ich Pan Grodzki wraz z odradzającą się w rewolucyjnej gorączce czarzastą Komunistyczną Partią Polski (PZPR).

Podoba mi się!
10
Nie podoba mi się!
0

michael

#1614260

nasza rzeczywistość tak pokręcona jak bawole rogi. Czy znajdzie się ktoś tak odważny i silny, któremu uda się te rogi raz na zawsze utrącić?

Pozdrawiam

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0
#1614281

o wyzszosci urzednika mianowanego nad wybieralnym.

Z wypowiedzi abakusa wynika, ze wierzy bardziej w dobra wole urzednika przywiezionego " w teczce" do gminy czy powiatu - niz w wybranego glosami wiekszosci spoleczenstwa "lokalsa".

Czy naprawde tak jest?

Otoz moim zdaniem - niewielu urzednikow (niezaleznie od sposobu ich wyboru czy mianowania) jest w stanie oprzec sie pokusie dodatkowych "lewych" zarobkow. Zamiast szukac urzednikow wylacznie uczciwych (co z zalozenia jest nieosiagalne) - lepiej tak zmienic prawo (Senat moze tylko przedluzyc proces legislacyjny- za dobre prawo odpowiada Sejm), zeby urzednik nie mial mozliwosci decydowania (a jedynie stwierzal zgodnosc lub niezgodnosc z prawem).

W sprawie omawianej - wystarczy wprowadzic zasade, ze bez planu zagospodarowania przestrzennego nie da sie wydac pozwolenia na budowe, a tzw. WZ-ki traca waznosc. Za plany zagospodarowania odpowiada wojt czy burmistrz.

Do tego nalezy wprowadzic obowiazek publikowania wszelkich zamierzen inwestycyjnych gminy - z rocznym wyprzedzeniem ( w ramach budzetu). Wtedy zaden urzednik - niezaleznie od sposobu jego mianowania - nie bedzie decydowal, co sie komu nalezy.

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

mikolaj

#1614298