Jola, Marzena, Ewelina

Obrazek użytkownika Humpty Dumpty
Idee

Wyszłam za mąż, zaraz wracam. Nietrwałość małżeństw to znak naszych czasów. Jednak twierdzenie, że to kobieta przede wszystkim niepoważnie podchodzi do małżeństwa budzi mój głęboki sprzeciw.

O niepoważnym stosunku do małżeństwa ma świadczyć to, że głównie kobiety występują do sądów o rozwiązanie małżeństwa.

Przeczytajcie, proszę, trzy historie poniżej.

 

Jola

 

Jak zwykle wstała o 6 rano. Mąż od dwóch dni w delegacji, więc nie ma kto odwieźć dzieci do szkoły. Musi więc tylko zrobić śniadanie, obudzić Jacka, potem Marzenę, podać śniadanie, zrobić makijaż, sprawdzić dzieciom teczki, zapytać raz jeszcze na którą mają, odprowadzić na autobus, wrócić do domu, zjeść śniadanie, ubrać się i wyjść.

Mniej więcej do śniadania wszystko przebiegało według planu.

Ustalony rytm przerwał dzwonek.

Otworzyła drzwi.

- Pani T.? – zapytała ciut niższa i więcej niż ciut młodsza kobieta.

- Tak, a o co chodzi?

- Zostaw mojego Krisa w spokoju! On jest mój, a ciebie nigdy nie kochał i nie kocha!

 

Ten „jej Kris” tak naprawdę na imię ma Krzysztof i wtedy od prawie 15 lat był mężem Joli.

Zamknęła drzwi. W pierwszej chwili pomyślała, ze to pomyłka. Nie widziała nigdy wcześniej tamtej na oczy.

Nic nie wskazywało też, by cokolwiek między nią a Krisem miało się zepsuć.

Chwyciła za telefon.

 

- Kris? Słuchaj, jest taka sprawa. Przed chwilą była u mnie jakaś pani i powiedziała, że ty już mnie nie kochasz. I że mam ciebie zostawić.

 

Chwila milczenia w słuchawce wydawała się Joli wiecznością.

 

- Hmmm…. Skoro już wiesz…No, załatwmy to na spokojnie, przecież są dzieci.

 

Jola nie pamięta, przynajmniej dokładnie, co działo się później.

W każdym razie przeszukała rzeczy swojego męża, weszła na komputer, udało się zajrzeć do jego poczty. Odkryła z przerażeniem, że pod jej bokiem od ponad roku trwał romans.

Kris pracował w banku, i wcale nie przesiadywał w nim po godzinach.

Tzn. nie w banku.

Pani, która tak obcesowo poinformowała ją, że ma się odczepić od swojego męża, jest natomiast kierowniczką działu, w którym Kris pracuje.

 

Kiedy mąż wrócił następnego dnia z delegacji zobaczył na wycieraczce dwie walizki ze swoimi rzeczami. Próbował otworzyć drzwi, ale od środka był włożony klucz i mieszkanie było niedostępne.

Zza drzwi usłyszał głos Joli.

- Oddaj mi klucze. Jak oddasz klucze dam ci kosmetyki, które żeś zostawił.

 

Kris po chwili milczenia sięgnął do kieszeni. Pęk kluczy położył na wycieraczce. Oraz obrączkę.

- Możesz je wylać- burknął.

 

Wziął walizki i odszedł.

Już za dwa tygodnie Jola złożyła pozew rozwodowy.

Rozwód bez orzekania o winie orzeczono po niespełna roku. Apelacji nie wniesiono.

W tej chwili trwa postępowanie przed sądem biskupim o unieważnienie małżeństwa.

Ze skargi Joli oczywiście.

 

Marzena

 

Na studiach była zawsze na końcu. Ostatnia na egzaminie (ale nie ze względu na wynik), ostatnia wychodziła z szatni po wuefie. Nawet w akademiku mieszkała na ostatnim piętrze.

Co prawda część z powyższych wynikała z racji noszonego nazwiska.

Zaczynało się bowiem na Z.

Na imprezach siadywała cicho w kąciku, a kiedy ktoś do niej zagadał, wydawała się przestraszona. Najczęściej odpowiadała półsłówkami.

Studia ukończyła w terminie.

Nie chcąc być ciężarem dla rodziców od drugiego roku studiów pobierała tzw. stypendium fundowane (w czasach PRL firma inwestowała w taki sposób w przyszłego pracownika. Po dyplomie była zobowiązana do podjęcia pracy w takim zakładzie przez kilka lat).

 

Musiała wyjechać na drugi koniec Polski.

Do D.

 

Trochę się bała, ale po przyjeździe okazało się, że trafiła w przysłowiową „10”.

Raz, że była jedną z kilkorga osób z dyplomem, dwa – nagle okazało się, że wiedza, co do której połowa studentów była przekonana, że jest zbędna, tutaj procentuje.

Bardzo szybko wpadła w oko samego dyrektora.

Zaproszona przez niego na niedzielny obiad poznała jego syna.

 

Był nieco starszy od niej.. Nie miał co prawda studiów, ale po ukończonym technikum agrorolniczym zajmował się hodowlą byków.

 

Już za pół roku stali oboje na ślubnym kobiercu.

Problemy zaczęły się, kiedy Jola zaszła w ciążę.

Mąż coraz ostrzej zaczął zaglądać do kieliszka. I to tak ostro, że po kilku tygodniach zamiast dna kieliszka widać było dno butelki.

Codziennie.

Potem już nawet od rana.

 

Narodziny dziecka na trochę go wyciszyły.

Tymczasem nadeszło nowe.

Wielki kombinat z dnia na dzień upadł, maszyny zakupione dosłownie rok przed krachem za, jak to się wtedy mówiło, „ciężkie dewizy”, trafiły za 15% ich realnej wartości w ręce jakiegoś Holendra. Mąż zlikwidował hodowlę.

Teść wraz z komendantem powiatowym MO zajęli się naprawdę wielkim biznesem.

Obaj trafili do słynnego wtedy banku Posnania. Mąż Joli zaś został wicedyrektorem lokalnej hurtowni Elektromisu, gdzie nader aktywnie działał w Ochotniczej Straży Pożarnej.

Miał więcej obowiązków, spotykał się więc z innymi ludźmi.

Zdecydowanie mniej pił.

 

I znowu Marzena zaszła w ciążę.

Mniej więcej miesiąc przed porodem wyjechała do matki.

Raz, że mama – emerytka i ma sporo czasu, a dwa – opieka zdrowotna w ponad 300-tysięcznym mieście stała wyżej, niż w D.

 

Mimo obietnic mąż ani razu jej nie odwiedził. Często dzwonił jedynie.

Nie wytrzymała. Wsiadła do swojego passata i pojechała do D. Razem z dzieckiem.

 

W domu zastała teścia. Pijanego.

 

- A ty tu czego? - usłyszała na powitanie.

- Przecież wróciłam do siebie!

- Do siebie? Tu nie ma nic twojego, biedna dziwko!

 

Za teściem stanął jej mąż.

Uśmiechnął się.

- Tato ma rację.

 

Marzena wpadła we wściekłość. W końcu to ona prowadziła dom i ona zaprojektowała jego wnętrze.

To ona ustalała z miejscowymi stolarzami, jak będzie wyglądała kuchnia.

Wreszcie to ona na żądanie męża, poparte przez teścia, wyrzekła się pracy zawodowej.

Niestety, mąż stanął po stronie ojca. I to na trzeźwo.

 

Wieczorem raz jeszcze doszło do ostrej rozmowy. Co prawda nie mieli wspólności majątkowej (intercyzę zawarli w dniu ślubu), ale dom był ich wspólną własnością. W częściach równych.

Nie wiedzieć czemu za takim rozwiązaniem odstawał Teść.

 

Po dwóch dniach kłótni Marzena zdecydowała się wrócić do matki.

Razem z dziećmi.

Mąż nie stawiał przeszkód.

 

Przez następny rok konsekwentnie odrzucał wszystkie telefony, jakie Marzena wykonywała do niego.

Małżeństwo, już tylko na papierze, przetrwało jeszcze dwa lata.

Krach banku Posnania stanowił zaskoczenie nie tylko dla zwykłych ludzi. Także dla samych bankowców.

Fama niosła, że był to odwet wszechwładnego kapciowego* na Świtalskim, którego obwiniano o spowodowanie bankructwa cukrowni w Raciborzu. Kapciowy miał natomiast żądać wyrównania strat.

 

Były komendant powiatowy MO, a obecnie bankowiec, przypłacił bankructwo wylewem. Zmarł po niespełna roku, leżąc przez cały ten czas niczym warzywo.

 

Teść Marzeny otrząsnął się, i przeszedł do Łódzkiego Banku Rozwoju. Opuścił w końcu D. i przeniósł się do Lubonia pod Poznaniem. Tam dał się poznać jako jeden z najwybitniejszych specjalistów handlu wierzytelnościami końca lat 1990-tych.

 

Tymczasem mąż Marzeny zniknął na dobre. Przestał również przesyłać alimenty na dzieci. Poszukiwania przez policję nie dały rezultatu.

 

W końcu zmuszona życiem Marzena wystąpiła o rozwód.

Inaczej nie dostałaby środków z Funduszu Alimentacyjnego.

 

O dziwo, na rozprawie rozwodowej mąż się pojawił.

Okazało się, że policja nie mogła ustalić miejsca jego pobytu, bowiem on…. ukrył się w Zakładzie Karnym w Uhercach Mineralnych. Jeszcze w Polsce, choć pod ukraińską granicą.

Tak wtedy działała policja.

Marzena zmieniła treść pozwu. Zażądała orzeczenia o winie.

Mąż bowiem podczas odbywania kary zapoznał inną kobietę, z którą po wyjściu zamieszkał.

Pomimo karania znalazł pracę. U tego samego pracodawcy, występującego jednak już pod inną nazwą.

Tylko zapomniał o alimentach.

Podczas procesu okazało się, że połowa domu w D. należąca do męża jest zajęta przez komornika.

Marzena nie miała o tym pojęcia, choć powinna uzyskać informację o podjętych czynnościach.

Po rozpoznaniu wszystkich argumentów sąd przychylił się do zmienionego żądania pozwu.

Nikt nie wnosił apelacji.

 

Marzena wróciła do swojego panieńskiego nazwiska.

Przejścia dały jej w końcu pewność siebie.

By nie siedzieć w domu została nauczycielką.

Z powodzeniem, gdyż aktualnie jest dyrektorem szkoły.

 

Starsze córka po osiągnięciu pełnoletności zmieniła nazwisko na panieńskie matki.

Młodszy syn zapowiada, ze zrobi to w przyszłym roku. Na swoją osiemnastkę.

Co do alimentów natomiast zgodnie uchwalili, że od ojca nic nie chcą.

Wycofali wniosek od komornika, wyrok leży schowany głęboko w szufladzie.

Połowa domu w D. należąca do byłego męża zajęta była na rzecz osób trzecich. Marzena działając w imieniu wtedy małoletnich jeszcze dzieci doprowadziła do licytacji. Z braku chętnych na obu terminach połowa b. męża została przejęta za długi alimentacyjne. Cały dom jest więc własnością Marzeny i jej dzieci.

Planują sprzedaż, kiedy tylko najmłodszy osiągnie pełnoletność.

A może się tam osiedlą?

Marzenie do emerytury pozostał bowiem niecały rok.

A poza tym nauczycieli brakuje, szczególnie w małych miejscowościach.

Więc się zastanawia.

 

Ewelina

 

Ewelina wyszła za mąż za skromnego elektryka.

I pewnie do tej pory byłaby przykładną żoną, gdyby nie rok 1989.

Mirosław bardzo szybko odnalazł się w tej nowej rzeczywistości.

Z elektryka przedzierzgnął się w rzutkiego biznesmana.

 

W połowie lat 1990-tych widać już było jego sukces – biuro w prestiżowym biurowcu, na ścianie akwarium z piraniami.

Ewelina pracowała z mężem, choć raczej powinienem napisać – u męża.

W czerwcu 2000 roku Mirek pojechał na wycieczkę życia.

Na Mauritius.

Ewelina widziała go wtedy po raz ostatni.

 

Nagle gruchnęła wieść. Mirek poszedł się kąpać i już nie wrócił na plażę.

Ciała nie odnaleziono.

 

Wtedy okazało się, że Mirek był złym duchem firmy.

Ponoć razem z nim wyparowały pieniądze z konta (całe 10.000.000,- $ - tak pisały swego czasu gazety), a on sam zaczął być ścigany listem gończym po całej Europie.

Okazało się po niewczasie, że był także winien prawie 200.000,- zł swojemu niepozornemu pracownikowi.

Ten bardzo szybko uzyskał nakaz zapłaty, a komornik ochoczo wyegzekwował należące do Mirka udziały w pewnej spółce.

 

Ewelina z dnia na dzień została sama.

Bez męża i bez kasy, za to z dwójką dorastających dzieci.

Poszła do opieki społecznej, zastukała do funduszu alimentacyjnego – ale pomoc przysługiwała wyłącznie samotnej matce.

 

Więc w kwietniu 2006 roku uzyskała rozwód z nieznanym z miejsca pobytu Mirkiem.

Czas płynął powoli.

Po Mirku został tylko list gończy i pozostawione w czerwcu 2000 roku na dalekim Mauritiusie rzeczy

26 października 2012 roku Sąd Rejonowy w G. wydał postanowienie (I Ns 964/11) uznające Mirka za zmarłego.

O godzinie 24 dnia 16 czerwca 2000 roku.

 

Kiedy orzeczenie uprawomocniło się, Ewelina z rozwódki stała się nagle wdową.

I to na całe 6 (sześć) lat przed wyrokiem rozwodowym.

 

Trzy kobiety, trzy pozwy rozwodowe z ich inicjatywy.

Czy można powiedzieć, że niepoważnie podchodziły do małżeństwa?

 

26.09 2019

______________________

* Wachowski

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.7 (głosów:6)

Komentarze

Mnie też to dobiło. Są konkretne ludzkie przypadki, nieraz tragedie a taka jedna to wini kobiety. Samo-nienawidząca się kobita :) ciekawość, czy jest takie pojęcie

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
-2

„Od rewolucji światowej dzieli nas tylko Chrystus” J. Stalin

#1604007