O Bogu, szczęściu i starości jak młodość

Obrazek użytkownika Wiktor Smol
Idee

Tytuł dość zobowiązujący, zatem i treść powinna być adekwatnie dostrojona poziomem odpowiedniego brzmienia, tym bardziej, że będzie to ostatni wpis jaki dodam na moim blogu. Najbliższy czas mam zamiar poświecić tylko literaturze pięknej i poezji. Koszmarny świat przeplotu polityki z niemalże wszystkimi dziedzinami życia, pozostawiam wytrawnym poszukiwaczom prawdy, tropicielom nieprawidłowości i korupcji, zwolennikom teorii spiskowych, wszelkim wyznawcom bohomazów i fałszywym autorytetom, oraz ludziom wyzutym z wiary (…).

Wraz z wiekiem horyzont czasu się zawęża, zmieniają się cele. Kiedy rozumiemy, że czas jest skończony, ustalamy nowe priorytety. Nie przejmujemy się głupotami. Cenimy życie. Mamy więcej zrozumienia, łatwiej się godzimy. Poświęcamy się uczuciowym aspektom życia i staje się ono lepsze, jesteśmy szczęśliwsi.”

Tak przynajmniej postrzega to Laura Carstersen z Centrum Badań nad Długowiecznością. I nie sposób nie przyznać jej racji.

Myślę, że w dobie ogólnego zgiełku i pozornie totalnego chaosu – pozornie, albowiem w tym całym zamęcie jednak myśl ludzka, a co za tym idzie postęp, mają się dobrze – gdzie harmider i ogólne zamieszanie znajdują się na cyzelowanym ciszy można poszukać w miejscach odludnych, albo w samym sobie.

W swoim życiu(55l) bywałem w wielu miejscach, w wielu miejscach też pracowałem; poznałem wielu ludzi w różnych sytuacjach. Dziś pisząc te słowa śmiało mogę powiedzieć, że miałem niezwykłe szczęście uczyć się od mądrych ludzi. Ta nauka głównie polegała na uważnej obserwacji i umiejętności słuchania. Wielu z tych ludzi, których poznałem już nie ma pośród nas. A mimo to o nich pamiętam – są w moim sercu, w mojej pamięci pozostaną dopóty, dopóki ta nie zacznie się chylić w stronę zatartych ścieżek.

Wspominając poznanych ludzi przypominam sobie pewne zdarzania – zmiany jakie zachodziły w podejściu poznanych. I tutaj to, co napisała Laura Carstersen w pełni znajduje pokrycie. A jeszcze bardziej przekonują mnie jej obserwacje, kiedy dokonuję wiwisekcji. Mój stosunek do wielu spraw tego świata, do życia i sposobu jego obierania jest zgoła inny niż, dajmy na to, dekadę temu. Inaczej niż wtedy dziś pojmuję szczęście i jeszcze inaczej nagłe załamanie się pewnego utrwalonego porządku, który zachwiał się na wskutek choroby, niepowodzenia życiowego, czy odejścia bliskich.

Do bycia szczęśliwym nie jest potrzebny podziw milinów, wystarczą bliscy, do takiego wniosku dochodzi Cameron Anderson z University of California zauważając po drodze, że głód sukcesu potrzebuje szczególnego paliwa jakim jest potrzeba porównywania się z innymi i podziw tych innych.

A przecież czasu nie zatrzymamy nawet, kiedy uda się nam znacząco odmłodzić nasze ciało sięgając po odżywki, kremy czy botoks. Oszem skutecznie udaje się uciekać od niechcianego efektu starości, a nawet znacząco przedłużać życie. I w pewnych okolicznościach ten wizualny efekt może być nawet przyjemny w odbiorze, oczywiście, kiedy nie przesadzimy z kuracją odmładzającą, kiedy matka nie stanie się młodsza od swojej dorosłej córki i nie przesadzi w tej kobiecej rywalizacji o prym wiecznej młodości.

A przecież wystarczy tylko normalnie żyć i starość przeżywać jak młodość nie przeciągając struny długowieczności: dłuższe życie wcale nie czyni nas szczęśliwymi. Naturalnym „środkiem” na dłuższe życie (nie nazbyt długie, w którym kumulują się choroby i zniedołężnienie – normalny proces starości) jest szczęście, które sprawia, że osoby szczęśliwe żyją dłużej. W tym starzeniu się jest pewna przewrotność. Otóż, jak zauważają Ed Diener i Micaela Chan z Uniwersytetu Teksańskiego w Dallas, po analizie 160 publikacji naukowych poświęconych zdrowiu i szczęściu, kobiety, które są zasadniczo szczęśliwsze w życiu od mężczyzn, z upływem lat stają się mniej szczęśliwe, a mężczyźni starzejąc się – szczęśliwieją. Ot, taka dziwna prawidłowość, która bilansuje produkt szczęścia rozłożony w czasie na linii życia.

Życia w samotności do szczęśliwego zaliczyć nie można. Uczeni dostrzegają pewne prawidłowości, które regulują procesami decydującymi o jakości i długości życia osób samotnych. Z moich obserwacji, wiedzy i doświadczenia życiowego wynika, że samotność dość często dotyka również ludzi będących w parach. I nie mam tutaj bynajmniej na myśli pewnego sposobu na wyciszenie i chwilowe oddalenie się w samotniczność, w której człowiek sam ze sobą rozprawia się na swój osobisty sposób. Są pary, które mimo tego, że żyją obok siebie łączy ich wspólny dach i kiedyś czerpali przyjemność z uprawiania seksu, który dał im potomstwo gwarantując tym samym ciągłość ich rodu, to mimo tego są wypaleni emocjonalnie. Okazuje się również, że przynależność do wspólnoty religijnej znacząco podnosi poziom szczęścia, i ludziom samotnym i o słabym zdrowiu, pozwala łagodniej znosić mitręgę życia. Jak twierdzą prof. Andrew Clark z Paris School of Economics i dr Orsolya Lelkes z European Centre for Social Welfare Policy and Research: religia jest swoistym buforem chroniącym ludzi przed życiowymi rozczarowaniami – pozwala np. łagodniej przechodzić bezrobocie czy rozstanie z partnerem. Religia jest balsamem dla duszy, wspiera w stresie, chroni przed osamotnieniem i zwątpieniem.

PS

Inspiracją i źródłem zaczerpnięcia informacji jest obszerny artykuł, pod wielce wymownym tytułem: „Pułapki na szczęście” autorstwa Dariusza Rynia, dziennikarza, redaktora i sekretarza redakcji magazynu „Charaktery”.

Ocena wpisu: 
Brak głosów