Z wielu wagonów wyrzucali zamarznięte na śmierć dzieci i jechali dalej

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

To był już 21 dzień katorgi Kresowian w bydlęcych wagonach, zesłanych tysiącami przez Sowietów na b. mroźną Syberię 10 lutego 1940 r.. Najsłabsi nie wytrzymywali nieludźkich warunków, umierali najbardziej wiekowi, schorowani, słabi, zamarzały na śmierć malutkie dzieci. Nie było w tamtych dniach taryfy ulgowej dla nikogo, wszyscy dzielili ten sam los syberyjskich zesłańców, pozostawała wiara i żarliwa modlitwa o wyratowanie z tej losowej gehenny. A przed nimi wciąż była jeszcze b. daleka droga do raju.....

 

Nazywam się Jadwiga Grusiewicz z d. Rusiecka, mam 80 lat i mieszkam w Mrągowie na Mazurach. Urodziłam się 22 grudnia 1928 r. w kolonii Czesnówka, ok. 10 km na wschód od Swojczowa na Wołyniu. Mój tata miał na imię Stanisław Rusiecki, jego rodzice to Karol Rusiecki i Karolina z d. Bedychaj. Moja mama miała na imię Stefania i była z d. Antoniuk, jej rodzice mieszkali we wsi Twerdynie.

Nasz dom stał w środku kolonii Czesnówka, sąsiadami była rodzina Łachowskich, pamiętam jeszcze dzieckiem Stanisława. Dom był drewniany, dość obszerny, jak na tamte czasy, były dwie stodoły. Tato uchodził za bogatego rolnika, mieliśmy 22 ha ziemi, a na tamte czasy, było to dość dużo. Tato trudnił się także handlem, przeważnie odwoził świnie na targ do miasta Włodzimierz Wołyński. W domu naszym było dużo dzieci, zatem moje dzieciństwo było radosne, miałam pięć sióstr. Tuż za sadem przepływała rzeka Turia, woda była czysta i zdrowa i tam jako dzieci, lubiliśmy często przebywać. Piękne tam były oczerety i gęste wikliny, po prostu wymarzony raj dla rozbrykanych podrostków. Blisko były dębowe i brzozowe lasy, a za Turią świerkowe, pięknych grzybów była u nas moc. Po prostu ładna było to okolica, spokojna i cicha.

Moim najlepszym kolegą z okresu dzieciństwa, byli dla mnie Stasio Łachowski oraz Józio Sienkiewicz, razem chodziliśmy do szkoły do Tumina. Chodziliśmy tam na piechotę, a było około 4,5 km do przejścia. Po dziś dzień pamiętam te wszystkie nasze harce w sadach wiśniowych i jak się nawzajem przemawialiśmy. Śmieję się nawet dziś, gdy wracają we wspomnieniach tamte urocze dni i gdy wołali na mnie: „bocian”. Mieli do tego zresztą pewne prawo, gdyż na tamten czas, byłam dość wysoka i szczupła.

 

Pobożność promieniowała na Ziemi Swojczowskiej

 

W środku naszej kolonii stała figura, jak mawiało się na krzyż, który ustawiony był na rozdrożu do wsi Swojczów i w drugą stronę do wsi Twerdyń. Każdego roku przy tym krzyżu organizowane były majówki. Sprawnym organizatorem tych religijnych spotkań była znana z pobożności Polka, którą zwano Stefanicha. Schodziło się w tych dniach pod krzyż wielu ludzi, niemal cała wieś. Nasza wieś miała na ten czas około 20 numerów i były to rodziny wyłącznie polskie. Pamiętam także, że na majówkach było b. dużo młodzieży i dzieci.

Pobożność ludzi promieniowała w całej naszej okolicy, ludzie kochali modlitwę i na tamten czas modlitwa, była ważną częścią naszego życia, tamte pokolenia, po prostu żyły modlitwą i pracą. Nie inaczej było w moim domu. Rano i wieczorem mieliśmy wspólny pacierz i to obowiązkowo całą rodziną. Moi rodzice byli pobożni, byli mocno religijni. Tatuś zawsze pięknie przyjmował księdza. Podobnie nasza rodzina w Swojczowie, jak mogła tak starała się usłużyć kościołowi katolickiemu, począwszy od właściwego, religijnego wychowania dzieci. Dla przykładu najmłodszy brat Mariancio pięknie śpiewał i po temu służył na chórze w kościele w Swojczowie. Miałam może 10 latek, jak raz tam poszłam i zobaczyłam ten chór, złożony z chłopców i dziewcząt ok. 15 osób, po prawej chłopcy, a po lewej dziewczyny. Kościół stał na wzgórku, było około pięciu stopni wysokich, wysoki parkan i dwanaście stacji krzyżowych. Lipy pięknie otaczały kościół i na dziedzińcu i poza parkanem. Ołtarz główny był piękny, złocony i zasłaniany, a wielkim nabożeństwem otaczany był nasz Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. W świątyni było dużo miejsca, mogło się pomieścić wielu ludzi, stały ławki drewniane.

Pamiętam swoją I Komunię Świętą, była wielka radość w sercach i w duchu, dość dużo dzieci, około 40-ści. Przeżywałam ją b. osobiście, poza tym naturlanie z mamusią i tatusiem oraz z dziadkami Karolem i Karoliną. Podobało mi się dosłownie wszystko, od oprawy kościelnej i mszy świętej z ks. Franciszkiem Jaworskim, przez piękne śpiewy naszego chóru, aż po przyjęcie rodzinne. Był to cały zjazd rodzinny, u babci Karoliny i dziadka Karola. Mieli bowiem duży dom, było to b. blisko kościoła i tam się wszyscy lubili zjechać, by razem poucztować. Natomiast Andrzej Rusiecki mieszkał nieco dalej, tuż przed cmentarzem swojczowskim, który był dość duży, ale dziś nie pozostał po nim nawet ślad. Andrzej miał restaurację i dość bogate gospodarstwo oraz wielodzietną rodzinę.

Pamiętam, że zaraz po mojej I Komunii świętej, była już straszna wojna, może to było zaledwie dwa, trzy miesiące, gdy wybuchła demoniczna w swych rozmiarach i owocach II wojna światowa. Zamieszkałam u dziadków Rusieckich i wychowywałam się wtedy z Piotrunią i Jadwigą, córkami stryja Andrzeja Rusieckiego. Nie było szkoły, były wakacje więc harcowałyśmy po całym Swojczowie i naturlanie na posesji u Andrzeja. Ciocia Bronia nie żałowała nam niczego, a szczególnie słodyczy, ale ja najbardziej przepadałam za pieczonymi pierogami z nadzieniem z wiśni, które wypiekała babcia Karolina. Najwięcej hasałyśmy jednak po łące babci Karoliny, gdyż był tam niedaleko las. Zażyłam tam jako dziecko mnóstwo radości i życzliwości, czego nie mogę po dziś dzień zapomnieć.

Pragnę także dodać, że jako dziecko nie pamiętam żadnych, ale to żadnych złych wspomnień wobec miejscowych Ukraińców. Na tamten czas żyliśmy z nimi w najlepszej zgodzie. I wiele razy karmiona przez moją dziecięcą ciekawość, szłam sama do cerkwi, aby zobaczyć jak oni się modlą i jak pięknie śpiewają. Podobały mi się nawet ich obrazy i religijne śpiewy, jako dziecko nie wiedziałam nawet, co to uprzedzenia. Przed wojną rodzice nigdy nie mówili źle o Ukraińcach, nikt by na tamten czas nie uwierzył, że będą niedługo tak bestialsko mordować niewinnych Polaków i to na tak masową skalę.

 

Wywózka na mroźną Syberię a potem uroki sowieckiego raju

 

W końcu września 1939 r. pojechałam jednego dnia z rodzicami na targ do Włodzimierza Wołyńskiego. W drodze spotkaliśmy Polaka Władysława Uleryka, który brał udział w przegranej Kampanii Wrześniowej i teraz wracał z frontu do rodzinnego domu. Mieszkał także na Czesnówce, a niedługo potem tak jak i my podzielił los zesłania na mroźną Syberię. Wiem także, że trafił potem do polskiego wojska, organizowanego na wschodzie przez Gen. Władysława Andersa. Walczył potem w I Dywizji i ostatecznie osiadł w Kanadzie. Zmarł około 5 lat temu, ale wiem także że żyje tam wciąż jego dwóch synów.

Bardzo przeżyłam tę noc, kiedy Sowieci przyszli do naszego domu, by wywieźć nas na straszną Syberię. Kolbami załomotali do drzwi i gdy tylko weszli do izby, zaraz postawili nas wszystkich pod ścianą w samej bieliźnie, a mamie nakazali zbierać rzeczy. Byli z nimi Ukraińcy, ale jacyś nam nieznani. Sowieci byli dla nas „dobrzy”, mama b. dobrze mówiła po rosyjsku, podobnież tata. Radzili nam byśmy brali ciepłą pościel na drogę i tak dzięki tamu przeżyliśmy.

Było nie więcej niż dwie godziny czasu. Potem wsadzili nas wszystkich na sanie i nocą przewieźli aż do Horochowa, gdzie czekały już podstawione wagony. Wieźli nas na wschód przez Wilno, widzieliśmy po napisach przez małe okienko. Pamiętam, że było strasznie zimno. To był koniec stycznia, początek lutego 1940 r. i duże śniegi. Droga do Archangielska trwała 3 miesiące, a najtrudniejsze były te długie postoje w szczerym polu przy siarczystym mrozie. Z naszej rodziny przeżyli wszyscy, Bóg dał nam siły. Osobiście widziałam jednak, że z wielu wagonów wyrzucali na śnieg, zamarznięte na śmierć dzieci, potem jechali po prostu dalej i nikt nawet tych dzieci nie grzebał. Nie wolno było się oddalać, ani opuszczać wagonów. Chodzili i pukali kolbami w drzwi, pytając: „Wsie żywy?” , albo: „Nie lizja”.

W Archangielsku byliśmy dwa lata, mieszkaliśmy w barakach z drzewa, gdzie sami musieliśmy poutykać dziury w ścianach. Była tam b. duża śmiertelność i już w pierwszym roku wymarło prawie 50 % populacji łagierników. Bogu dziękować trzeba na kolanach, że z naszej rodziny, ten trudny czas przeżyli wszyscy. Już na tamten czas postrzegaliśmy to, jako znak Bożej Opatrzności nad naszą rodziną. W Archangielsku chodziłam do szkoły rok czasu, a następnie wywieźli nas do Saratowa nad Wołgą. To był środek Rosji. Tam pracowałam już w kołchozie, przerzucałam zboże i podkradałam sprytnie, by było co jeść. Tymczasem z naszym tatem Stanisławem nie było dobrze, już w Archangielsku chorował poważnie na płuca, podobnie w Saratowie. Dbaliśmy o niego w tym trudnym dla niego doświadczeniu, a b. chciał jeszcze żyć, by móc wrócić do ojczyzny i umrzeć, już na polskiej ziemi. I rzeczywiście dotrwał do naszego powrotu do Przemyśla w roku 1946. Niedługo później, może to było jedynie rok czasu, jak tatuś pomarł w Hrubieszowie i tam na cmentarzu jest pochowany.

W Saratowie po raz pierwszy dowiedzieliśmy ze zgrozą, że wszystkie wsie polskie na Wołyniu zostały spalone przez ukraińskich rezunów, a ludność w dużej części, przeważnie b. bestialsko wymordowana. Wieść przywieziona przez jednego z Polaków, lotem błyskawicy rozeszła się wśrod naszych ludzi. Byliśmy tym dosłownie zdruzgotani, czego jak czego, ale tego nikt się z nas nie spodziewał. Z Saratowa po roku czasu znowu wywieźli nas wszystkich do Ałma – Aty do kołchozu „Bolszewik”. Dziś po tak wielu latach, na starość sama sobie już nie wierzę, że człowiek to wszystko mógł kiedyś rzeczywiście przeżyć. Trudno to naprawdę dziś pojąć, tak zwyczajnie po ludzku, że my wszyscy przeżyliśmy, tę syberyjską katorgę i nawet nasz tata, spoczął na polskiej ziemi.

W kołchozie „Bolszewik” w Ałma – Acie ja i moje siostry znowu poszłyśmy do sowieckiej szkoły. W tym kołchozie pracowali ludzie z wielu narodów, byli tam: Kazachy, Japońcy, Czeczeni, a nawet Rosjanie z Odessy i rosyjscy Żydzi. Polacy byli rozsypani na wielkich odległościach, tak że nie mieliśmy z nimi kantaktu. Tatuś Stanisław i mamusia Stefania ciężko pracowali na polu, były tam duże plantacje buraków. Bardzo było tam ciężko, głuchy step, susza i mocno doskwierały nam wielkie, stepowe upały. I poza niepotwierdzoną wieścią od Polaka, którego zesłano do Saratowa w środkowej Rosji, nie mieliśmy żadnych wieści, co dzieje się na naszym rodzinnym Wołyniu. Okrutna prawda o ludobójstwie ukraińskim na Kresach, została nam obnażona po przybyciu w 1946 r. do Przemyśla, gdy ukraińska ludność powitała nas dość wrogo. Ukraińcy mówili do nas już na stacji kolejowej: „Po co wy tu wróciliście, tu już nie ma co tu szukać!”. Mój tato odpowiedział wtedy: „My stamtąd wrócili, ale wy tam dopiero jedziecie i nie wiadomo, czy wrócicie!”.

Tak oto poznaliśmy i osobiście przekonaliśmy się, że już nie jest tak, jak to dawniej między nami było. Już w Przemyślu tato dowiedział się znacznie więcej, jak ukraińscy nacjonaliści na potęgę mordowali Polaków. Zaraz i my wiedzieliśmy, gdyż ludzie ze zgrozą opowiadali sobie o tym, co tu się pod naszą nieobecność działo, a działy się rzeczy straszne, po prostu nieludzkie. Krótko potem do Przemyśla przyjechał stryj Marianko i zabrał nas wszystkich do Hrubieszowa.

Tatuś otrzymał ledwie 2 ha ziemi i spalony dom w Czerniczynie i niedługo już żył, szybko pomarł. Niestety niedługo po tacie zmarła i nasza kochana mama Stefania i tam jest również pochowana. Zostałyśmy same i jak te sieroty, rozpierzchłyśmy się po całej Polsce. Ja trafiłam do Olsztyna na Mazury i tam wyszłam za mąż za Mieczysława Grusiewicza. Zamieszkaliśmy razem w Kętrzynie, a ostatecznie osiedliśmy w Mrągowie, gdzie mieszkam do dziś.

 

Umarli zobowiązują żywych! Testament Sybiraczki.....

 

Wydarzenia na Syberii, w środkowej Rosji i w Kazachstanie odcisnęły wyraźne ślady na całym moim życiu, a potem jeszcze cała ta tragedia naszej rodziny na Wołyniu. To zbyt wiele dla tak młodej dziewczyny, jaką w tamtych latach byłam, ale bynajmniej nie załamałam się. Cały naród się dźwigał po tych bolesnych doświadczeniach i ja się dźwigałam. Nie chciałam żyć tylko przeszłością, byłam młoda i chciałam żyć pełnią własnego życia, a nie tylko wspomnieniami i to tak tragicznymi. Nigdy jednak nie wyrzuciłm ze swego serca tamtych, tak drogich mi osób, tamtych wspomnień, one często do mnie wracały. Pamiętałam o rodzicach, którzy zostali na Zamojskiej Ziemi, pamiętałam o Tych wszystkich, którzy już na zawsze zostali na naszej rodzinnej ziemi na Wołyniu. Na ile potrafiłam zawsze byli obecni w moim sercu i w mojej modlitwie, mieli Oni tam swoje szczególne miejsce, wydaje się, że po ludzku inaczej, po prostu nie można. Człowiek nie może ot tak uciec od swoich przeżyć, które w nim żyją. Trzeba się z tym pogodzić, że to jakby cząstka nas samych, która ma swoje szczególne, niejako nawet arbitralne prawa. Może to i dobrze, nie byłabym sobą, gdybym ot tak wszystko zapomniała. Nie na pewno nie byłabym sobą i w gruncie rzeczy, źle bym się z tym czuła.

Po temu i dziś pragnę, by trwała ta pamięć o tamtych latach, by następne pokolenia Polaków miały tę świadomość, czym tak naprawdę były stalinowskie wywózki na Syberię. Jestem także przekonana, że nie będzie prawdziwego pojednania Polaków i Ukraińców, póki nie będzie znana cała prawda o tamtym ludobójstwie. Trudno jest przebaczyć, ale jeszcze trudniej jest powiedzieć prawdę o tym, co tam na Wołyniu i na całych Kresach się naprawdę wydarzyło. Przy czym przebaczenie jest nie tylko potrzebne, ale nawet konieczne, wcześniej jednak ktoś musi powiedzieć, co tam się stało. Naturalnie dobrze by było także, gdyby Ukraińcy o takie przebaczenie poprosili, a nie zasłaniali się tezami, że z ich strony też ginęli ludzie. Każdy kto przeczytał choćby jedno uczciwe opracowanie o tamtych wydarzeniach nie ma wątpliwości, kto przede wszystkim powinien prosić o przebaczenie. I ja ze swojej strony wybaczam zbrodnie dokonane na tak nam bliskich Karolu i Karolinie Rusieckich z Swojczowa oraz na innych członkach naszej rodziny.

Przebaczyć nie znaczy jednak zapomnieć, pamieć o Tych osobach, tak nam drogich powinna przetrwać w następnych pokoleniach.

Jadwiga Grusiewicz

 

[fragmenty Wspomnień Jadwigi Grusiewicz z d. Rusiecka z kolonii Czesnówka w pow. Horochów na Wołyniu 1935-1945, wysłuchanych, spisanych 24 lipca 2009 r., opracowanych i opublikownych 29 sierpnia 2012 r. w Glasgow, Scotland przez S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:18)

Komentarze

Tego ciągle nie da się spokojnie czytać. Cześć Ich Pamięci.

Podoba mi się!
12
Nie podoba mi się!
0
#1620730

Dziękuję hela61. Dziękuję za Twój komentarz. Zerknąłem na Twojego bloga i poznałem, iż jesteś tu na forum, już od 10 lat! Piszezsz o sobie: patriotka! Pięknie!

Zesłań na straszną Syberię nasz waleczny naród doświadczał, już od pokoleń, tak było po wszystkich Powstaniach Narodowych. Takie są nasze ojczyste dzieje, ale każde z tamtych pokoleń Polaków rozumiało, że pamięci o Nich wszystkich trzeba strzec i nie wolno zarzucić, zapomnieć, oby nasze i następne pokolenia Polaków nie okazały się gorsze, tym bardziej wyrodne. Ponadczasowo zapisał to wieszcz narodowy Adam Mickiewicz w Dziadach w Scenie 1, gdy w usta Jana Sobolewskiego łożył te piękne słowa:

 

„[...] Uważałem na więźnia postawę i ruchy: -

On postrzegł, że lud płacze patrząc na łańcuchy,

Wstrząsł nogą łańcuch, na znak, że mu niezbyt ciężył.

A wtem zacięto konia, - kibitka runęła –

On zdjął z głowy kapelusz, wstał i głos natężył,

I trzykroć krzyknął: „Jeszcze Polska nie zginęła”, -

Wpadli w tłum; - ale długo ta ręka ku niebu,

Kapelusz czarny jako chorągiew pogrzebu,

Głowa, z której włos przemoc odarła bezwstydna,

Głowa niezawstydzona, dumna, z dala widna,

Co wszystkim swą niewinność i hańbę obwieszcza

I wystaje z czarnego tyłu głów natłoku,

Jak z morza łeb delfina, nawałnicy wieszcza,

Ta ręka i ta głowa zostały mi w oku,

I zostaną w mej myśli, - i w drodze żywota

Jak kompas pokaża mi, powiodą, gdzie cnota:

Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie,

Zapomnij o mnie. – [...]”

 

Raz jeszcze pozdrawiam hela61. Patriotyzm to wielka cnota. Slaw

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1620811

O losach Polaków zesłanych w lutym 1940 r. opowiada także Pani Genowefa Krystyna Czepiel z domu Lesgold jeszcze jedna bohaterka tamtych nieludzkich czasów. Genowefa była córką osadnika wojskowego z Reduty koło Grodna. Jej ojciec został aresztowany we wrześniu 1939 i nigdy nie wrócił do domu, ona z mamą i rodzeństwem została zesłana za Ural 10 lutego 1940. Co ciekawe, że również wspomina o ludzkim, choć zdecydowanym podejściu funkcjonariuszy NKWD, którzy przyszli aresztować jej rodzinę. Najważniejsze jednak jest Jej świadectwo o samym dwutygodniowym transporcie i pierwszych dniach na mroźnej Syberii. Wspaniały dokument filmowy opublikowany 3 stycznia 2019 r. przez Świadkowie Epoki, a zatem:

 

Historię swego zesłania na Syberię opowiada także Pani Helena Świderska, autorka książki "Drogi i bezdroża", w której barwnie opisała straszną drogę z Podola na Syberię. Filmik opublikowany 11 lipca 2013 r. przez regionalnatv, a zatem:

 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1620812

Bardzo ciekawe i dziękuję Ci za Twoją pracę.

Straszne losy Polaków - powinni ci wszyscy oprawcy ogromne odszkodowania dla Polski/Polaków płacić. Nikt takich strat % nie miał jak Polacy.

Podoba mi się!
6
Nie podoba mi się!
0
#1620739

Dzięki SolidarnyX za wpis, za czas, za miłość do Kresowian. To prawda! Rosja jest teraz bogata i z każdym rokiem bogatsza, dlatego naturalnym jest zwrócenie się Rządu RP o takie odszkodowania. Niewolnicza praca milionów polskich obywateli domaga się godnego zadośćuczynienia, nieprzeliczone pozostają ofiary tamtego diabolicznego systemu gułagów. Rosja ma b. bogate złoża ropy i gazu, niech raczy nam zatem spłacić na tej drodze, owe gigantyczne zaległości.

Powyższe fragmenty wspomnień Pani Jadwigi Grusiewicz z d. Rusiecka zostały opracowane już w 2012 r. na użytek internetu. Zdaję sobie sprawę, że i ten wpis nie jest w pełni profesjonalny, ale na pewno bardziej dostępny dla potencjalnego czytelnika, a przez to, więcej użyteczny. Pragnę tym samym gorąco zachęcić po raz enty wszystkich, żyjących jeszcze parafian ze Swojczowa, także z całego Wołynia i Kresów do spisania swoich wspomnień, przeżyć i doświadczeń z tamtych jakże pięknych, a potem jakże dramatycznych lat. Raz dlatego, by dziedzictwo i ciężka praca naszych przodków, nigdy nie była puszczona w niepamięć, a dwa by Ci wszyscy, którzy pozostali tam już na zawsze, w końcu doczekali się choćby, prostego krzyża katolickiego na swojej, jakże często zapomnianej już dziś mogile.

Raz jeszcze dzięki SolidarnyX za komentarz. Slaw

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1620827

W szkołach to powinni czytać nauczyciele. Moja rodzina uniknęła wywózki ale nie Katynia. A "I powraca wiatr" Bukowskiego winna być lektura.

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0
#1620785

Serwus Norec Norac Kos. Dzięki za komentarz. To prawda! Tak wiele pokoleń przelewało krew, tak wiele cierpiało kazamaty, kajdany i syberyjskie mrozy. Wystarczy wspomnieć wiek ostatni, którego symbolem najwymowniejszym jest właśnie Katyń oraz bezkresy syberyjskiej tajgi. Dla przykładu kłaniają się, bezcenne pozycje: pana Gustawa Herlinga-Grudzinskiego: „Inny Świat” oraz pana Józefa Czapskiego: „Na nieludzkiej ziemi”.

Gdy wspominam: „Inny Swiat” z tej znakomitej lektury szkolnej, pomimo upływu czasu, po dziś dzień mam przed oczyma, żywy obraz męki i ogromnej ofiary naszych rodaków na terenach rozległej Rosji. Jak można bowiem zapomnieć transport polskich rodzin, w którym po dotarciu na miejsce i po otwarciu drzwi wagonu, kilkadziesiąt osób stanowi jedną, wielką brylę lodu? Bryłę tę inni więźniowie muszą potem godzinami rozrąbywać, gdyż nikt inaczej nie mógłby opróżnić potrzebnego nkawudzistom wagonu, jak można zapomnieć? W tym wagonie nie przeżył nikt, a ile takich wagonów było?

Raz jeszcze dziękuję i pozdrawiam Sław

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1620839

Tak, czytałem te wszystkie książki. Pozdrawiam serdecznie i dziękuje.je.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0
#1620864

To Moja Syberia! Tak mówi z serca Sybirak Bolesław Włodarczyk z Wrocławia. Uurodził się pod Brześciem nad Bugiem. Gdy miał tylko cztery latka, jego beztroskie dzieciństwo zostało brutalnie zniszczone. 1 września 1939 z zachodu Polskę napadają Niemcy, 17 dni później nóż w plecy wbijają nam sowieci. Mały Bolek wraz z rodzeństwem i rodzicami zostają zesłani do Łagru pod Irkuckiem. Rodzice wkrótce umierają z głodu, a dzieci trafiają do sowieckiego domu dziecka. W latach 50-tych część dzieci wraca do Polski. Bolesław osiedla się we Wrocławiu.

Mimo, że ziemia syberyjska była owym nieludzkim miejscem przesiąkniętym cierpieniem i śmiercią. Bolesław wyrusza tam z radością, by jeszcze raz ujrzeć krainę swego dzieciństwa, odwiedzić drogie groby rodziców, raz jeszcze wrócić wspomnieniami do tamtej strasznej, sowieckiej deportacji. Gorąco polecam ten znakomity dokument filmowy opublikowany 7 września 2019 r. przez Studio Wschód, a zatem:

 

I jeszcze ten filmik “Moja Syberia”, opublikowany już 12 lipca 2013 r. przez RodacySyberia, a zatem:

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1620876

Si-bir ( Śpiąca –ziemia)

W roku 1979 w Lądku Zdroju poznałem starszego mężczyznę w wieku ponad 70 lat. Wysoki, silny, postawny. Mogę zdradzić jego nazwisko. Nie żyje już od lat i nie miał żadnej rodziny. We wrześniu 1939 Rosjanie wkroczyli do Lwowa – gdy był świeżo po studiach prawniczych na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Zabrano go z ulicy w letnim prochowcu ( lato było gorące) – jego narzeczona została zastrzelona tego samego dnia . Broniła się na ulicy przed zalotami krasnoarmiejca i została zabita. Stefana Derżko dołączono do transportu i bydlęcym wagonem dotarł do miejscowości Matygino w głębi Rosji. Relacje jakie ten człowiek mi przekazał poprzedziły wielogodzinne rozmowy – jakie z racji pobytu w uzdrowisku – prowadziliśmy na spacerach po okolicy. Nabrał do mnie zaufania i opowiedział mi swoją historię. Historię Sybiraka, prawnika – drwala w tajdze. W Matygino osadzono go w więzieniu – starej twierdzy. Cela z betonową posadzką, okienko bez szyby, bez ogrzewania i bez jakiegokolwiek posłania i przykrycia. W letnim płaszczu przebywał tam do lutego – śpiąc na betonie. Dostał martwicy pośladków – od mroźnego betonu.

W największe mrozy, ( w Matki Boskiej Gromnicznej) –załadowano go do dużego transportu kolejowego i wyruszyli na spotkanie Sybiru. Na Magadan. Podróż była straszna. Na 3 dzień wstawiono im do wagonów żelazne piecyki na drewno. Mężczyźni wyrwali w podłodze otwór. Nieduży - co wartownicy tolerowali. To była toaleta. Gdy załatwiały się kobiety – mężczyźni stawali tyłem. Zresztą w wagonach robiło się luźno. Codziennie wygarniano z nich trupy słabszych i wyrzucano po prostu w śnieg przy torach. „Zamarzajut polskije sabaki” – stwierdzali strażnicy , z obrzydzeniem wygrużając sztywne ciała z wagonów. Dzikie zwierzęta po odjeździe eszelonu czyściły teren do kosteczki. Ustalono, że płaszcze i kożuchy jakie mieli niektórzy zmarli – będą służyć żywym. I tak więzień Derżko wyfasował stary, ale ciepły kożuch po zmarłym koledze. 4 dnia dano im gorącej wody (kipiatok) i solone śledzie. Całe szczęście, że do wagonu wpadały tumany śniegu i było czym ugasić pragnienie. Nie wie ile dni jechał. Ale nie krócej niż 3 tygodnie. W środku olbrzymiej tajgi transport zatrzymał się. Krasnoarmiejcy pomagając sobie karabinami i bagnetami – wygarniali wychudłych, sczerniałych – ledwie chodzących ludzi na nasyp kolejowy – skąd staczali się w dół , w głęboki śnieg przy sosnach. Z całego transportu przeżyła ponad połowa. Uformowani w długi wąż brnęli w tajgę – zatrzymując się – gdy strażnicy ( ośmiu na blisko 300 osób) pozwolili. Jedna z kobiet odeszła kilka kroków – by się załatwić. Krasnoarmiejec o twarzy Mongoła – zastrzelił ją – za próbę ucieczki.

Należało więźniów maksymalnie upodlić – by załatwiali się jak zwierzęta – czyli tam gdzie stoją i w grupie. Tym Rosjanie różnili się od Niemców . Ci pierwsi zabijali równie bezwzględnie. Natomiast Rosjanie przed śmiercią musieli jeszcze ofiarę upodlić. I tym generalnie różniła się cywilizacja zachodnia od azjatyckiej.

Pod wieczór żołnierze ni stąd ni zowąd zatrzymali pochód i stwierdzili: „Tut budietie żywiot”. Zresztą co za różnica - 5, 10, czy 50 kilometrów dalej, - było tak samo.

I doradzili – że kto nie zrobi sobie jakiegoś ukrycia na noc - nie przeżyje. W nocy będzie kilkadziesiąt stopni mrozu. Jedynym pocieszeniem był zupełny brak wiatru. Przy dużych mrozach ślina po splunięciu – zamarzała w bryłkę lodu – tuż nad ziemią. Po strasznej nocy – nastał pierwszy poranek w tajdze. Znowu ubyło kilkanaście osób. Przyjechał duży ciągnik wlokący olbrzymie sanie. Były tam piły, siekiery, łomy , oskardy i masa pustych beczek po paliwie. W zamarzniętej ziemi drążyli ziemianki na 5-6 osób. Nakrywali to balami ściętych sosen, ziemią, igliwiem , mchem. W środku ustawiano beczkę po paliwie - w której palono drewnem. Tej jednej rzeczy – nie brakowało na tysiącach kilometrów tajgi. Nikt nie próbował uciekać. Bo nie przebyłby pieszo tysiąca kilometrów. I zwierzęta tajgi –same wymierzyłyby mu wyrok. Zresztą nie mieli nawet pojęcia gdzie są.

I tak mijały lata. Od rana do zmroku ścinali drzewa. Czasem na wysokości piersi – gdy śnieg był tak wysoki. Kto wyrobił normę - dostawał przydział chleba. Normę zmniejszano stosownie do spadku wydajności. Często kończyło się to zagłodzeniem

i śmiercią – bo coraz słabszy i niedożywiony drwal – po prostu umierał. Tak po prostu gasł w oczach. I cicho odchodził. Leczyli się sami - w zimie najczęściej herbatą z igliwia. Zima trwała 9 miesięcy. W krótkim okresie „wiosny i lata” –zbierali zioła i jagody. Stefan Derżko opowiadał mi, że przez wszystkie te lata spędzone w tajdze tj. przez 18 lat – nigdy nie przespał całej nocy w ziemiance. Kto tak robił i wychodził rano na mróz – nabawiał się choroby płuc zwanej suchotami. I szybko umierał. Dlatego trzeba było co parę godzin wyjść w noc na mróz i przynajmniej raz obejść ziemiankę dookoła. I tak przez kilkanaście lat katorgi. W miejsce zmarłych z chorób i wycieńczenia – przychodziły nowe transporty.

Sowiety wchłaniały każdą ilość drewna jaką chodzące trupy były w stanie dostarczyć na bocznicę. „Nowi” dostarczali szczątkowych wiadomości ze świata. Na początku 1954 roku chodziły słuchy, że wojna się skończyła. Ale nikt w to nie wierzył. Co jakiś czas ktoś był wzywany do komendanta obozu i znikał. Wszyscy myśleli – że był likwidowany. Stefan Derżko został wezwany do Komendanta na wiosnę 1957r. oddał kolegom wszystko co miał – łącznie z kożuchem zmarłego kolegi. Nie sądził by na drugim świecie był mu on potrzebny.

Komendant wypytywał go o wszystko – z lat przedwojennych. Następnie powiedział ,że Hiltler kaput, jest nowa Polsza. On ma jechać do Krakowa – do Nowej Huty. Tam dostanie mieszkanie, będzie przeszkolony na maszynach liczących i będzie pracował w Hucie. Podpisał zobowiązanie, że bez zgody władz sowieckich nie zmieni miejsca zamieszkania , ani nie powie o niczym co widział i słyszał od 1939 roku od aresztowania. Powiedzieli mu ,że jeśli nie dotrzyma słowa –znajdą go wszędzie. Nie ucieknie nawet za granicą. Że mają swoich ludzi na całym świecie. Dostał ciepłe ubranie, worek z jedzeniem , propusk – pismo od władz NKWD obozu – gdzie jedzie i po co. Pismo to było wówczas cenniejsze od najlepszego paszportu na świecie. Strażnik wyprowadził go w tajgę , odwiózł do torów kolejowych i przekazał na pierwszy pociąg jadący na zachód. Człowiek ten opowiadał mi wiele rzeczy strasznych i nieprawdopodobnych – których nawet nie jestem w stanie powtórzyć . Mówiły one o okropnym życiu w tajdze. Szykanach wartowników. Głodzie chorobach i mrozie. Mówił także , że widział tam niesamowite rzeczy – o których nie powie mi nigdy. Chyba ,że leżałby już w grobie i wiedział, że zaraz umrze. To mówił człowiek wykształcony, po wyższych studiach , dzielny i odważny, odporny na straszne trudy. I nigdy mi już nie powiedział o co chodziło. Być może Rosjanie robili z nimi jakieś nieludzkie doświadczenia. Medyczne i nie tylko. Z udziałem ludzi i zwierząt. By udowodnić teorię Darwina. Słyszałem to od jednego Sybiraka. Ale to są domysły. Nie podaję tego za fakty. Prawie na pewno karmiono świnie zwłokami więźniów. Być może jedli trupy. Nie wiem.

Stefan Derżko do roku 1980 – dalej mieszkał jako emeryt w mieszkanku w Nowej Hucie , które przydzieliło mu NKWD. Odwiedziłem go tam. To było niedaleko placu na którym stał Lenin z oberwaną wybuchem piętą. Nie założył rodziny. Zmarł samotnie.

Do ostatniego dnia życia wierzył we wszechmoc potężnego NKWD, GRU i KGB.

 © Marek Mozets

Podoba mi się!
7
Nie podoba mi się!
0

Mozets

#1620878

Niektorzy Polacy potrafili przezyc nawet Kolyme.

… Najokrutniejsze łagry rozlokowane były na wielkiej przestrzeni dorzecza rzeki Kołyma, która wpada do Oceanu Lodowatego. Panuje tu klimat subpolarny, wieczna marzłoć. Kołyma to nie tylko łagry, ale i złoto, rudy cyny, ołowiu, uranu, (który rozpoczęto eksploatować w latach 40. XX w.), platyna, węgiel i inne.
To właśnie zasoby naturalne tej wiecznie zamarzniętej krainy, przysłużyły się do jej złej sławy.To miejsce stało się grobem setek tysięcy ludzi. To „przeklęta wyspa”. To najstraszniejsze z wyobrażalnych miejsc – kiedyś było tam 160 łagrów. To miejsce, gdzie zmarli leżą dosłownie pod nogami. Dosłownie, bo Trakt Kołymski, najdłuższą drogę na Kołymie, budowali więźniowie i jak któryś padł z wycieńczenia, grzebano go na nim. Na tej drodze pozostało też wielu Polaków. Trakt Kołymski zwany jest też
„drogą kości”.

Stąd nawet nie było możliwości ucieczki. Żaden zdesperowany szaleniec nie miał szans na lodowej pustyni, a latem wśród bagien. Na odciętym od świata terytorium mógł tylko zamarznąć w głębokim śniegu, zginąć z głodu albo stać się ofiarą wygłodniałych wilków. Kołyma – najokrutniejsze i nieludzkie miejsce. Tu śmiertelność więźniów dochodziła do 80 procent. Średnia życia "zeka" nie przekraczała sześciu miesięcy.  Jeszcze w czasach stalinowskich istniał na Kołymie jeden z najstraszniejszych obozów pracy. Jego więźniowie pracowali w fabryce wzbogacania uranu.

Zastanawiałam się, kiedy zostały zlikwidowane te straszne, kołymowskie łagry. Otóż zwalnianie cudem ocalałych więźniów nastąpiło dopiero po śmierci Stalina w 1953 roku.

Ile ludzi pozostało na stale w tych niedostępnych ziemiach? Ogółem podaje się liczbę ok. 60 milionów, z czego sama Kołyma pochłonęła ponad 6 milionów istnień ludzkich. Ale czy tylko tyle? Tego naprawdę nikt nie wie. Na Syberii trudno znaleźć polskie cmentarze, a kości tych, którzy tam zastali, przykrywa trawa i lód. Pochowała ich ziemia okrutna, przerażająca, milcząca.

Pewnie nie wszyscy wiedzą, że więźniem Kołymy był także Ryszard Kaczorowski. Ostatni prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Mapy rozlokowanych gułagów, wspomnienia jeńców przedstawiają, co chwila nowe informacje, nowe zdarzenia, nowe cierpienia. Wiemy wiele, ale nie wiemy jeszcze więcej.

 Grażyna Stelmaszewska.

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

To się zaczeło od likwidowania polskości, od wyśmiewania i lżenia naszej przeszłości, naszych bohaterów i naszej wiary. To jest pierwszy krok, drugim będzie likwidacja Polski. J.M.Rymkiewicz

#1620971

To także wielomilionowe cmentarzysko Rosjan, Polaków i innych narodowości. Polaków ze wszystkich stuleci rozbiorów, wojen, powstań narodowych. w zał. losy Augustyna z czasów I wojny światowej.

Augustyn teść Stefka

Służył w armii cesarza Franciszka Józefa bo jego galicyjskie miasteczko było właśnie pod dość łagodnymi, okupacyjnymi rządami Austrii, w porównaniu z zaborem rosyjskim ( tuż za rzeką) i niemieckim. W tym mundurze zastał go 1914 rok. W tej samej kompanii cesarskiej służył także brat Augustyna. Po zajęciach i ćwiczeniach mieli wiec oboje czas powspominać dom rodzinny i swoich bliskich.

Aż tu nagle zachciało się księciu Ferdynandowi odwiedzić Sarajewo. Książę zginął w zamachu i stało się to świetnym pretekstem do wybuchu wojny pomiędzy zaborcami, którzy jak każdy zaborca mieli różne poglądy na kształt swoich zdobytych ziem. Wojny długiej i wyniszczającej, w której wzięła udział cała Europa. Dlatego nazwano ją wojną światową. Europa stanowiła wówczas świat cywilizowany, świat wartości i tradycji. Matkę demokracji i cywilizacji. Jak w każdej wojnie nauka i wynalazczość, w dziedzinie masowego uśmiercania przeciwnika czynią ogromne postępy. Potrzeba jest matką wynalazku. Stąd i w tej wojnie używanie nowych broni - jak gaz bojowy, lotnictwo, coraz nowocześniejsze karabiny z nabojem scalonym. Karabiny maszynowe siały ogromne zniszczenie.

Tradycyjne bitwy armii w szczerym polu, ( takie średniowieczne „ustawki”) gdzie pokonany wróg z honorem uznawał porażkę i ogłaszał kapitulację - odeszły w zapomnienie. Wojna zaczęła dotykać boleśnie również cywilów, mieszkańców miast i miasteczek, którzy często tracili domy, dobytek i życie. Bo pocisk artyleryjski nie wybierał czy to żołnierz, czy cywil. W czasie tej wojny światowej Rosjanie zza Sanu ostrzeliwali z artylerii miasteczko. Ogień nie był precyzyjny i Rosjanie spostrzegli, iż ogień strony przeciwnej jest korygowany z wysokiej wieży kościelnej parafialnej fary. Gdzie siedział obserwator armii CK Austro -Węgier.

Kilka celnych pocisków zerwało z fary dach i uszkodziło wieżę z dzwonami, z której w pośpiechu ewakuował się obserwator. Duża część katolików z miasteczka schroniła się w klasztorze Kapucynów – głównie kobiety z dziećmi, mając nadzieję na ocalenie życia. Ludzie modlili się i śpiewali religijne pieśni. Żydzi chowali się po piwnicach i w synagodze. Ani klasztoru ani synagogi nie ominęły jednak pociski z dział.

Przez okno klasztoru wpadł szrapnel rosyjski. Zranił niegroźnie kilka osób. Zabił tylko jedną osobę. Była to Janina Stanisławska, ciotka Janiny Stanisławskiej ( to samo imię i nazwisko) późniejszej żony Stefka. Z synagogi zostały tylko mury. Do dzisiaj na pamiątkę ostrzału klasztoru w murze jego ogrodzenia pozostały wmurowane rosyjskie pociski artyleryjskie, które szczęśliwie ( dla wiernych ) nie wybuchły.

Wojna poczyniła też duże zmiany w świadomości ludzi. Używano na niej, podobnie jak w wojnie secesyjnej USA ludzi o innym kolorze skóry. Dawano im broń do ręki i mogli już zabijać białych ludzi. Dostawali za to medale i stopnie wojskowe. To wywróciło całkowicie pojmowanie przez nich „białych” jako „panów” tego świata. Wracali do swych wiosek jako wolni ludzie i pogromcy białego człowieka. Co dawniej było nie do pomyślenia i było surowo zabronione pod jedyną karą - karą śmierci. Przeorało to też znacząco mentalność europejską traktowaną dalej w USA jako „stary kraj”. Kraj przodków i ostoję cywilizacji. Od tej pory nic już nie mogło zatrzymać staczania się Europy do pośledniej roli wobec wzrostu znaczenia nowego potężnego państwa, kontynentu, za Atlantykiem. 

Augustyn ze swym bratem brali udział ramię w ramię w potyczkach z rosyjskim wojskiem. Trzymali się razem i udawało im się szczęśliwie uniknąć śmierci i poważniejszych zranień. W jednej z bitew dostali się do rosyjskiej niewoli. Długi czas siedzieli za drutami, a Rosjanie sukcesywnie wywozili ich na Syberię. i tym razem nie został rozdzielony z bratem. Po wielu tygodniach podróży pociągiem znaleźli się na dalekiej północy w pagórkowatym terenie i w niespotykanym mrozie. Władzę rosyjską nad tym terenem sprawował jeden rosyjski oficer z podoficerem.

W wiosce mieszkali dziwni ludzie o indiańskich rysach twarzy, ubrani w skóry. Mówili niezrozumiałym narzeczem ale znali także sporo słów rosyjskich. Wydawało się, że są oni traktowani tak samo jak polscy jeńcy. Ludzie ci życzliwie ubrali a i jego brata w ciepłą odzież z futer dzikich zwierząt i takie też obuwie. Inaczej jeńcy nie przeżyliby na niesamowitym mrozie. Za to jeńcy pracowali wspólnie z nimi we wiosce. Robili wszystko co tubylcy. Zbierali opał, nosili wodę z rzeki. Uczono ich wyprawiania skór i wykonywania z nich butów, uprzęży dla koni. szybko nauczył się tego rzemiosła. Jego brat nie wytrzymał tego klimatu i po roku zmarł na suchoty. Pochowano go na skraju wioski – przy ścianie tajgi. I przysypano solidnie kamieniami by dzikie zwierzęta nie rozwłóczyły jego kości po lesie. został sam.

Był jedynym jeńcem w tej wiosce. Wioska położona była na dużym wzniesieniu, poniżej były inne wioski na pomniejszych górkach. Nie były duże – największe liczyły 40-50 mieszkańców. A leżały na wzniesieniach bo jak w czasie krótkiej wiosny i lata , trwających tylko 3 miesiące rzeka tajała – przez pewien czas ludzie na wzgórzach odcięci byli od siebie przez rozszalały żywioł. Nawet podróż łodzią była wielkim wyzwaniem, bo wezbrane wody niosły olbrzymie bloki lodu i kry miażdżące wszystko na drodze. W zimie mieszkańcy mieli pomysłowy sposób na podróż do niżej położonych wiosek. Służyły do tego olbrzymie sanie, na które mogło wsiąść nawet i 10 osób. Saniami kierował przy pomocy specjalnych drążków na przedzie sań doświadczony tubylec. Wystarczyło wyjąć spod płóz sań belkę drewnianą i rozpoczynała się szaleńcza jazda w dół. Z powrotem sanie wciągał inną, mniej stromą ale dłuższą drogą mały, silny, włochaty konik. Na saniach wjeżdżały na górę towary zakupione ( wymienione) w innej wsi. Ludzie co zjechali w dół wracali do swoich wiosek i domów na piechotę.

Wojna zakończyła się i nowe bolszewickie władze pozwoliły jeńcom wrócić do swoich krajów. Rosyjscy historycy milczą w sprawie Polaków, którzy służyli podczas I wojny światowej w armii niemieckiej bądź austriackiej i dostali się do carskiej niewoli. Wielu z nich znalazło się w obozach na Syberii. Gdy te obozy zlikwidowano po rewolucji bolszewickiej, tych ludzi wyrzucono dosłownie na ulicę, by radzili sobie sami. Nikt im nie pomagał. Niekiedy marli z głodu, bo jako że nie byli Rosjanami, to nie przysługiwała im dystrybuowana w oparciu o system kartkowy pomoc żywnościowa. Wielu z nich nigdy już nie wróciło do Polski. To są fakty, z którymi można zestawiać los radzieckich jeńców w polskich obozach. Natomiast na pewno nie można tego robić zestawiając ze sobą wydarzenia odległe od siebie o 20 lat, takie jak właśnie Katyń.

Augustyn  długo wracał pociągiem z Sybiru do swego miasteczka. Ubrany był w kożuch i buty od tamtejszej ludności. Czapkę i rękawice. Dostał na drogę worek suszonego mięsa i ryb. Wody nie brakowało – wystarczyło nabrać w garnek śniegu i zagotować na ognisku. Po przyjeździe musiał zanieść rodzicom wiadomość, że jest sam i brat nie przyjedzie. Augustyn zaczął zarabiać na życie szewstwem i rymarką, których nauczyli go mieszkańcy Syberii. Robił piękne, błyszczące oficerki z eleganckiej czarnej skóry dla oficerów wojska. Naprawiał buty biedakom, robił uprząż dla koni. Był młody więc po pracy w sobotę odwiedzał dość odległy Ulanów, w byłym rosyjskim zaborze. Poznał tam swoją przyszłą żonę Stanisławę. Stasia była biedna jak i on. Choć miała bogatego brata – najbogatszego w miasteczku. Brat ten ożenił się z bogatą wdową, która po przyjeździe z Ameryki kupiła dużo ziemi w okolicy. Mieli piękny duży dom niedaleko mostu na wzgórzu, z widokiem na przepływający San i na olbrzymie błonia nad rzeką w dolinie.

Gdzie po żniwach wszyscy młócili zboże na wspólnej wioskowej młockarni. Wprawiał ją w ruch mały silnik spalinowy. Bardzo głośny. Jego donośne klekotanie (tak, tak, tak) rozbrzmiewało aż na rynku miasteczka. Czarny, długi, zwisający gumowy pas łączący silnik z młockarnią wywijał się jak wąż i obracał duże żelazne koło młockarni. Młockarnia spowita była obłokiem kurzu z wysypujących się plew i spod pracujących wałów. Śmiech dziewcząt i pomagających im chłopów roznosił się w upalnym powietrzu na pastwisku. Najsilniejsi ładowali bardzo ciężkie worki z ziarnem na wozy z drewnianymi kołami. Konie nudziły się i podskubywały trawę z trudnością, bo wozacy nie wyjęli im z pysków wędzideł, munsztuków.

Józef należał do najbogatszych gospodarzy w miasteczku. wybudował mały, drewniany domek przy ulicy Szewskiej, przy której mieszkało już dwóch innych szewców. Więc jeden drugiemu podbierał robotę i zyski. Stasia zajmowała się jak wszystkie kobiety w tych czasach - domem i dziećmi, ogrodem i kuchnią. Ale także dość często jechała z em na „handel” do dalszych wiosek. By uzupełnić skromny budżet rodziny. Handlowano po wsiach wszystkim czego nie było na wsi, bo sklepów na wsi nie było. Wtedy mniejszym rodzeństwem opiekowała się późniejsza żona Stefka – Janina.

Guścio - bo tak mówiła na niego żona, klepał buty ( i biedę) w lecie w drewnianej drewutni - szopie przy domu, pełniącej także funkcje składu drewna i węgla. W zimie zaś w małej kuchni w mieszkaniu. Z tyłu jego warsztaciku i zydelka szewskiego z 3 nogami krzątała się Stasia, jego żona, gotując smaczne obiady i piekąc wspaniałe chleby i ciasta. Była bardzo dobrą gospodynią i kucharką. Miała jedną maleńką przywarę – lubiła do wszystkiego się wtrącać i marudzić. Guścio namiętnie palił papierosy „Sport” ( najtańsze jakie były) a pozostałe po nich niedopałki ( nazywane przez Stasię „ciukami”) dla oszczędności składował do drewnianego pudełeczka – tabakierki. Gdy zabrakło mu papierosów robił skręty z niedopałków w papierze z gazety. Swąd tych skrętów był okropny, więc Stasia przeganiała go z kuchni do sieni lub na pole. Guścio był spokojnym człowiekiem o złotym sercu.

Był to wysoki, szczupły mężczyzna. Małomówny, pracowity i życzliwy. Ale gdy go ktoś wyprowadził z równowagi – mógł się srogo zawieść na jego dobrotliwym obliczu. Guścio z jednego z wypadów handlowych, gdy udało mu się zarobić sporą sumę, przywiózł swojej Stasi prezent – futro. Ale Stasia zaczęła narzekać, że to za duży wydatek. Narzekała tak do obiadu i po obiedzie. Guścio próbował jej wytłumaczyć, że zarobił tyle, że wystarczy na potrzeby i na to futro. Które przecież kupił, by jej było ciepło w zimie. Ale Stasia zaczęła jeszcze energiczniej „jojczeć”, jak to określała jej najstarsza córka Janinka. Guścio nie wytrzymał. Złapał futro, poszedł na podwórko i porąbał je siekierką na pniaku do rąbania drewna. Stasia jak to zobaczyła – o mało nie dostała zawału. Ale Guścio odwrotnie -wreszcie rozładował swój gniew z powodu wielogodzinnego narzekania. Powiedział Stasi, że kupi jej drugie – jeszcze ładniejsze, ale jak obieca, że nie będzie „jojczeć”.

Nieco z charakteru dziadka ( Guścia) przejął średni syn Stefka – który został oficerem. Jeśli ktoś zbyt długo mu dokuczał – potrafił zareagować bardzo gwałtownie. Co czasem przynosiło mu korzyści ale często kłopoty. Jedyne co wynosił z tego – to szacunek dla samego siebie. Że przerywał ogłupiające i męczące zachowania bliźnich . Prawie w każdym jednak przypadku wzbudzało to wśród dokuczających autentyczne przerażenie, strach. A wypadku żołnierzy i podwładnych – natychmiastowe posłuszeństwo i karność. W sumie pozytywne. Kosztowało to jednak tego oficera sporo nerwów i zdrowia.

Guścia na drugą wojnę jednak nie wzięli, miał już trochę za dużo lat na I rzut mobilizacyjny. A rzutu rezerwowego nie było, bo Niemcy i Rosja wspólnie do tego nie dopuściły. Jednak jego przyszły zięć – Stefek, nie tylko że powąchał prochu na wojnie ale także trafił do niewoli niemieckiej. Gustaw cała wojnę klepał podeszwy, czasem również niemieckie a czasem sowieckie – gdy tak wypadło. Za te nie-polskie rzadko kiedy dostawał zapłatę. Gdyby odmówił – mógłby pożegnać się z życiem lub w najlepszym wypadku z zębami.

W miasteczku były jeszcze resztki ruin synagogi. Po I WW żydzi wyremontowali bożnicę. Ale w latach II wojny okupacyjne niemieckie władze miasta ( burmistrz okupacyjny - Krzechlik) prowadziły rozbiórkę bożnicy. Cegieł używano do jakichś remontów obiektów, ważnych dla burmistrza i jego mocodawców. Niemieckie władze zaprowadziły jednak duży porządek na rynku miasteczka i wokół ratusza. Ordnung. Wokół ratusza zasadzono w idealnie równych rzędach i grządkach buraki cukrowe. Potrzebne na cukier dla Wehrmachtu. Z daleka wyglądały jak rabatki. Jeszcze na początku okupacji było w Rozwadowie część przedwojennej ludności żydowskiej. Których przed wojną było bardzo dużo w miasteczku.

Gabriel Rozwadowski założyciel miasta przed wiekami zasiedlił miasteczko wyłącznie żydami. Przed wojną stanowili oni znaczną większość. W 1914 roku na 3600 osób, było 2600 żydów. Stalowa Wola w latach 30-tych była dla nich zamknięta. Likwidowane były wszelkie próby handlu na terenie miasta. Do dziś dniem handlowym jest tam sobota. Zostało to ustanowione przed wojną, aby wykluczyć żydów z targu, gdyż ci mieli święto ( szabat) i nie wolno im było w sobotę handlować ze względów religijnych. Tuż przed wejściem Niemców bogatsi żydzi wyjechali do ZSRR. Najbogatsi dużo wcześniej wyjechali do Ameryki. Także i komunizujący młodzi żydzi szukali raju w sowieckim sojuzie. Pozostali siedzieli cicho w czterech ścianach. Zostali tylko biedniejsi kupcy i biedacy.

Po wejściu Niemcy wypędzali żydów za San, do strefy zajętej przez Sowietów. Większość, udało się wypędzić jeszcze 1939 roku, jednak pozostało ich niecałe 400. Niemcy chcieli założyć getto żydowskie na ulicy Kościuszki jednak tego nie zrealizowali. W 1940 roku wydano rozporządzenie nakazujące żydom opuszczenie miasta do 20 grudnia. Mówiono, że „gdy dobrowolnie odejdą za San mogą zabierać ze sobą mienie, inaczej będą wyrzuceni bez niczego”.
Latem 1940 r. Niemcy wydali polecenie, aby wszyscy żydzi zgłosili się na środku Rynku. Co przezorniejsi z nich, przeczuwając niebezpieczeństwo, ratowali się w przeddzień ucieczką Pozostali ciągnęli na Rynek. Wszędzie zresztą scenariusz był prawie identyczny. Niemcy to pragmatyczny naród i nie męczyli sobie głowy wymyślnymi męczarniami jak Ukraińcy na Wołyniu , czy NKWD i UB. Kto leżał w łóżku i nie mógł chodzić - był zabijany z broni krótkiej przez podoficera SS w pościeli. Z uliczki biegnącej od strony sądu ( koło lodziarni Dominika) blisko Skrucha - szła na miejsce "zbiórki" stara kaleka żydówka. Właściwie "czołgała" się na malutkim stołeczku na którym leżała kromka chleba na drogę. Gdy przechodziła jezdnię, ujrzał ją Niemiec. Był w mundurze oficerskim. W błyszczących butach z cholewami. Na rękach skórkowe rękawiczki, w ręku trzymał bambusową laskę. Bił nią po plecach bezbronną i niedołężną kobietę. Kiedy ta pod jego razami osunęła się na ziemię, leżącą dobił z pistoletu.

Głowa staruszki dosłownie rozprysnęła się jak arbuz. Chleb był już niepotrzebny. Wychodzili ze swych mieszkań całymi rodzinami. Mężczyźni z tobołkami, młode kobiety z dziećmi, wychodzili starcy. Słychać było niemieckie wrzaskliwe komendy i poganiania. Bili ludzi i kopali, zabijali tych, którzy upadli na ziemię. Gdyby nie pojedyncze strzały i poganiania, panowałaby cisza. Nie było słychać płaczu, narzekań, lub histerycznej reakcji matek, którym zabijano dzieci. Nie było żadnego odruchu samoobrony. Szli posłusznie. A kiedy wszyscy żydzi byli na Rynku, ustawiono ich w szeregi i poddano selekcji. Zdrowych i młodych poprowadzono w nieznane. Reszta starych i niedołężnych Żydów została na Rynku posadzona z tobołkami i walizami.

Wiedzieli co z nimi będzie. Dlatego kołysali się siedząc i odmawiali ostatnie modlitwy prawie uderzając czołami o ziemię i tobołki. Słychać było ten przejmujący jęk - modlitwę w którym najbardziej wyraźne były słowa - "Adonai". Pomiędzy tymi szeregami - chodził podofoficer SS z żołnierzem, który ładował mu magazynki do Parabellum. Strzelał w tył głowy i nieszczęśnicy padali na swoje tobołki. Reszta nie przerywała modlitw i (niby) spokojnie czekała na swoją kolej.

Co jakiś czas podoficer męczył się tą "robotą" i szedł na piwo do knajpy, która znajdowała się na rogu Rynku - naprzeciw "zajezdni- powozowni". Nikt nie pilnował pozostałych przy życiu i nikt z nich nie próbował uciekać. Zresztą byli niezbyt sprawni. Mało kto z gojów oglądał to, złapanie kogoś na oglądaniu, czy robieniu zdjęć z egzekucji - równało się dołączeniu do siedzących na Rynku. Na rynku pojawiły się wozy. Kilku młodszym żydom kazano na wozy załadować zwłoki pomordowanych. Wozy odjechały. Zapadła cisza na rynku, ale przerywana pojedynczymi strzałami. To Niemcy zabijali po domach pozostałych, także tych, którzy usiłowali się ukryć. Ciała zabitych zrzucono do wspólnego dołu za miastem. Zasypano zwłoki wapnem palonym.

Po zabiciu wszystkich, żołnierze sprawdzili ich bagaże rozrzucając po Rynku stosy ubrań i bielizny. Szukali pieniędzy i biżuterii. Było tego sporo. Wywożono trupy za cmentarz katolicki koło klasztoru. To było w miejscu rachitycznego lasku sosnowego - gdzie teraz stoi piękna willa "pałac" . Ten dom stoi na miejscu dawnego pochówku Żydów. To ponure miejsce jak laboratorium Frankensteina. Przed zakopaniem żydów w zbiorowej mogile - żołnierze niemieccy dokładnie przeszukiwali ich ubrania - było tam jeszcze bardzo dużo biżuterii i pieniędzy, na palcach pierścionki. Podobno wyrywali również złote zęby .

Później ekshumowano ciała i przewożono szczątki na kirkut za torami. W miasteczku Niemcy zostawili część pododdziału pacyfikacyjnego, który przez kilka kolejnych nocy wyłapywał młodych żydów, którzy wcześniej uciekli, bądź wracali z jakiejś podróży. Również przeszukiwali mieszkania i sklepy żydowskie - znajdując dużo tajnych skrytek w piwnicach , kominach, przewodach wentylacyjnych, strychach, przy fundamentach domów i w ogrodach. Były tam cenne bogactwa oraz waluta - przeważnie amerykańska, brytyjska i szwajcarska. Również dokumenty nieruchomości, papiery wartościowe, zdjęcia i pamiątki. Żydzi myśleli, że jak wrócą - to znajdą to. Część żydów która uciekła do Rosji sowieckiej jeszcze przed wkroczeniem Niemców w 1939 miała też swoje plany. Poznaliśmy je w 1944 i później. ( MBP, UB i NKWD).

Wszystkie wartościowe rzeczy łącznie z zawartością magazynów sklepowych, żywnością - Niemcy zarekwirowali na potrzeby Rzeszy. Wszystkie lepsze budynki przeznaczyli na potrzeby okupacyjne. Reszta domostw pożydowskich była zasiedlona głównie przez licznych uciekinierów z Zachodu Polski - gdzie Niemcy osiedlali swoją nację. Miejscowi goje mieli ( z nielicznymi wyjątkami) gdzie mieszkać. Po opuszczeniu Rozwadowa przez żołnierzy pacyfikujących Żydów, miejscowa ludność poszukiwała resztek żywności - szczególnie kartofli w piwnicach itp. Bo głód był straszny. Po nocach przez pewien czas grasowali szabrownicy z okolicznych wsi i przyjezdni ( bardzo odważni - godzina policyjna) rozkradając resztki wyposażenia domostw i sklepów ale to był już tylko tzw. "chłam". Do szabrowników patrole niemieckie strzelały bez ostrzeżenia.

Polacy nie mieli nic do powiedzenia w miasteczku i nic do „kradzenia”. Wszystko wartościowe wyjechało do Rzeszy – a puste mieszkania przydzielały władze niemieckie. Tworzenie mitu, że Polacy sobie beztrosko hasali po domach starozakonnych jest durnotą w stylu Grossa. Można to wciskać ksero-studentom i ogłupionym antypolską propagandą młodym Amerykanom. Którzy bezkarnie na dźwięk polskich słów – wyzywają takich od „jews killers” .

Pomagają im całe rzesze agentów , którzy wyjechali po 1968 , 1981 i innych latach – jako „polityczni”. Pełno ich jest w Chicago, Toronto, i wielu miastach Ameryki. Wielu z nich rozsadza od wewnątrz organizacje polonijne w obu Amerykach i Australii. Wszyscy ukrywający się żydzi, gdy zostali złapani - zawsze wydawali Niemcom swoich polskich opiekunów. Zabierając ich ze sobą ze zwykłej miłości – do nieba…

Tuż po przejściu frontu grupa polskich jeńców prowadzona była na transport kolejowy. Na polu stali Niemcy i wybrali 20 jeńców polskich. Zaprowadzili ich w pole . Tam był dół, w którym stała liczna grupa żydów. Sami sobie wykopali grób. Niemcy kazali polskim żołnierzom – jeńcom, zasypać ich żywcem. Jeńcy stanowczo odmówili. Dowódca pododdziału niemieckiego zagroził im rozstrzelaniem. Nie zrobiło to na nich wrażenia - a nawet prowokacyjnie ustawili się na krawędzi wykopu. Wtedy Niemcy kazali żydom wyjść z dołu i wprowadzili tam żołnierzy polskich. Kazali żydom zasypać gojów żywcem. Żydzi ochoczo złapali za łopaty. Ale niestety (dla nich) oficer niemiecki znowu odwrócił role. Polacy - na górę, starozakonni – do dołu z powrotem. Ustawiono na skraju dołu MG-42 i wykoszono starozakonnych. Wtedy dopiero żołnierze zgodzili się zasypać ofiary egzekucji.

Opis faktycznej sceny z "festynu zwycięstwa" na Rynku w Rozwadowie tuż po wkroczeniu Rosjan. Rosjanie na siłę spędzali mieszkańców - by "cieszyli się z wyzwolenia". Orkiestra grała, krasnoarmiejcy tańczyli z miejscowymi kur...mi i rosyjskimi żołnierkami. Krasnoarmiejki poubierane były w ładne koszule nocne z pożydowskich sklepów - traktując je jak francuskie suknie balowe. One nigdy w życiu nie widziały takich koszul. To potwierdza fakt, że Polacy nie ruszali ze sklepów pożydowskich niczego, co nie było im konieczne i potrzebne do przeżycia.

Poza tym wielu Polaków było zaprzyjaźnionych z sąsiadami na zasadzie ograniczonego zaufania. Nie byli durniami – żyli z nimi obok siebie przez setki lat. I znali się jak łyse konie. Dzisiaj w miasteczku jest kilka pięknych domów pożydowskich, odrestaurowanych – po bogatych przedwojennych właścicielach. Nie są to chyba potomkowie starozakonnych. Stare zniszczone domy( chałupki) biednych żydów – w większości nie istnieją – zamieniły się w kupy zgniłego drewna. W latach 60-tych, w miasteczku, pojawiali się byli mieszkańcy Żydzi. Prosili o możliwość pomodlenia się za zmarłych krewnych w ich dawnych mieszkaniach. Zamykali się - a po ich wyjściu znajdowano pokojach miejsca w ścianach i podłogach - gdzie coś wyjęto.

W końcu jeden okupant zamieniony został przez nowego weszli Sowieci i wtedy dopiero trzeba było zamykać się na 4 spusty – bo wpychali się do domu jak robactwo. W ruinach bożnicy stało jeszcze dość sporo ścian bocznych i filarów wewnętrznych Przy przemarszach Sowietów w tych ruinach często stacjonowali dzielni bojcy, często Mongołowie i Kałmucy - w łapciach i z wintowkami na sznurkach. Palili tam ogniska i ostatni ich pobyt strawił sporo resztek bożnicy. Definitywnie resztki mykwy i bożnicy uprzątnięto już po wojnie. I zrobiono tam plac targowy (lata 50-te).

Wnuk a pamiętał jeszcze resztki ceglanych pozostałości i fundamentów. był świadkiem jak kilku Kałmuków pobiło się po pijanemu, koło kapliczki Św. Jana. W pobliżu klasztoru. Mieli przy sobie potężne noże - jak maczety, tylko proste i szerokie. Długości około 60 cm. Tymi maczetami dwóch z nich obcięło sobie wzajemnie twarze - jak gilotyną. Był to okropny widok. Nie mieli nosów, wystawały szczęki i uszkodzone oczy. Krew w rytm oddychania wydostawała się z tych rozległych cięć z bulgotem. Ktoś z mężczyzn przykrył te głowy gazetą. Umierali bardzo długo i nikt z ich kolegów nie interesował się tym. Polacy woleli nie podchodzić - można było stracić życie. Nie było żadnych reguł - jak to na wojnie.

Pełne zezwierzęcenie - a w sowieckim stylu nazywa się to kulturą bizantyjsko-stepową. Tuż przed odejściem Sowietów z Rozwadowa na wschód do CCCP – stacjonowali oni w ratuszu. Zostawili tam ogień – którego nikt nie gasił w obawie, że może jeszcze są tam pijani żołnierze sowieccy. Obudzony sołdat mógł wygarnąć cały magazynek z pepeszy - na wszelki wypadek… Powoli ratusz spłonął doszczętnie, resztki zburzono i zostały tylko fundamenty i piwnice pod Rynkiem. Istnieją tuż pod placem do dzisiaj w stanie prawie nienaruszonym. Podobnie spalony został po I wojnie pałac księcia Lubomirskiego w parku Charzewice. Rosjanie lubili zostawiać po sobie zgliszcza – by w takiej Polszy wszystko wyglądało jak u nich: czyli goła ziemia , bieda, smród, brud i ubóstwo.

Po wojnie ekshumowano na placu rynku ciała ludzi zakopanych tam w wyniku jakiejś egzekucji. To było w miejscu przy fundamentach ratusza. Wykonywał to między innymi miejscowy alkoholik . Dostał pół litra i z drugim kompanem - odkopywali to. Nikt więcej nie chciał tego robić za żadne pieniądze. Fetor był tak straszny, że ludzie przy Rynku zamykali okna. Przypadkiem po usunięciu ciał, kopacz  wpadł do piwnic ratusza. Wyciągnął stamtąd stare wino w dużych butelkach. Było tak zgęstniałe jak syrop. Możliwe, że to był Tokaj. Wszyscy bali się tego pić. Ale on  stwierdził, że jest bardzo smaczne. Milicja kazała szybko zasypać piwnice i nikt już tam nie zaglądał od wojny. Miejsce było zbyt widoczne i ruchliwe. Piwnice dalej czekają na odkrywców. Fundamenty ratusza w Rozwadowie istnieją tuż pod placem w stanie nie naruszonym. Augustyn  mimo, że był już staruszkiem ciągle wykonywał wszelkie polecenia jego ukochanej Stasi. W 1968 w jesieni Stasia kazała mu pojechać do sąsiedniego dużego miasta i załatwić węgiel na zimę w składzie opałowym. Wtedy takie rzeczy załatwiało się osobiście. Augustyn słabo już widział i mało co słyszał. Przechodził koło fryzjera Mierzwy przez przejście dla pieszych - kolo fryzjera Mierzwy. Od strony Stalowej Woli pędził na motorze „Panonia” chłopaczek ( taki dość ciężki motocykl).

Trąbił. Augustyn posłyszał to. Młody człowiek w takim wypadku przyspiesza i ucieka na drugą stronę ulicy. Staruszkowie z reguły cofają się z powrotem -jakby „skarceni”. Więc i „Panonia” spotkali się dokładnie na środku jezdni. Do dzisiaj, w niebie - chyba nie ma pojęcia co się stało. Bo zginął w ułamku sekundy. Na sekcji zwłok trudno było znaleźć jakąś całą kość w doczesnych szczątkach Guścia. Staruszkowie są miłymi dziadziami – ale mają bardzo kruche kosteczki. Jego córka Janinka bardzo go kochała i rozpaczała długo po jego śmierci. Druga córka mniej – bo nie poszła na pogrzeb. Augustyn być może spotkał za bramą Św. Piotra swojego syna – partyzanta Kazimierza. Ale kto to wie - jak to tam jest…

***

©M.Mozets
 

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Mozets

#1623397