Jakby chciał powiedzieć tu nie ma kogo strzelać

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

W tragiczną noc z 10 na 11 lipca 1943 r. cały czas padał deszcz, a choć noc była spokojna i ciepła, psy wyły wprost niemiłosiernie. Rano wstałam, ubrałam się i postanowiłam iść do kościoła, bo to niedziela. Ojciec Jan Rusiecki zwykle wyganiał nas do kościoła, z miłością wspominał o tym obowiązku, a jak trzeba było to i upominał, ale tym razem nie powiedział ani słowa. Znamienne jest to, że choć coś przeczuwał, jednak Bogu zaufał i iść mi nie zabronił, choć dobrze wiedział, że się tam wybieram. Gdy byłam już w drodze, przestał padać deszcz, ale dzień nadal był pochmurny. Po dotarciu na miejsce, weszłam do środka i od razu się zdziwiłam, bowiem prawie nikogo nie było na nabożeństwie. Co prawda, przyszłam chwilę przed czasem, ale już za chwilę ks. Franciszek rozpoczął odprawiać mszę świętą, a ludzi nadal, było jak na lekarstwo.

Pod koniec tej niezwykłej ofiary, z ciekawości policzyłam wszystkich obecnych, było nas tylko 18 osób, a z ks. Franciszkiem i organistą Jakubowskim ledwie 20 osób. Ks. proboszcz Franciszek widać, też coś przeczuwał bowiem uwijał się przy Ołtarzu znacznie, tak że nabożeństwo, choć niedzielne, trwało stosunkowo krótko. Jednak zanim zakończył modlitwę, jeszcze przed komunią świętą, nagle zamknęły się główne drzwi kościoła, a ponieważ były bardzo szerokie w środku zrobiło się ciemno. W tym momencie drzwiami od Zakrystii weszło do kościoła dwóch Ukraińców z bronią na ramieniu, ks. Franciszek widząc co się dzieje nie przerywał jednak modlitwy. Ja i inni zaskoczeni bardzo, patrzyliśmy na nich i w duchu zastanawialiśmy się: „Co oni tu robią? Po co oni tu przyszli?”. Tymczasem oni stanęli tuż przy Ołtarzu i jakby nie wiedzieli co robić, jeden z nich patrzył w głąb kościoła i mając ręce na wysokości brzucha rozkładał je na zewnątrz i ponownie składał, tak jakby chciał powiedzieć: „Nic z tego, tu nikogo prawie nie ma! Nie ma kogo strzelać!”, albo: „Tu nie ma co robić!”. Natomiast drugi, trzy razy zdejmował swój karabin z ramienia i opuszczał na posadzkę, a potem znowu zakładał na ramię.

W tym momencie ks. Franciszek jeszcze się modlił przy Ołtarzu, a oni wciąż porozumiewali się między sobą, dając jakieś znaki, im tylko wiadome. Ksiądz zaraz udzielił błogosławieństwa i odszedł do zakrystii, gdy tam szedł dwaj Ukraińcy przepuścili jego i organistę. A ja i inni mocno przestraszeni, tą niejasną sytuacją, mając złe przeczucia, od razu zaczęliśmy opuszczać świątynię. Na tyłach kościoła zobaczyłam wtedy jeszcze czterech Ukraińców z bronią na ramieniu, na głowach mieli czapki i szare jednakowe mundury. Widząc, że wychodzimy pchnęli drzwi, tak że się otworzyły, wtedy zobaczyłam, że jeszcze tuż za drogą na łące, na przeciw wejścia kościoła przy wozie, stało ich przynajmniej sześciu. Widziałam jak na mnie patrzyli, przy czym spoglądali na siebie, jakby również nie wiedzieli co robić, zrobiło mi się naprawdę gorąco, byłam już niemal pewna, że zaraz któryś wypali do mnie z dwururki. Na szczęście tak się jednak nie stało. Szłam więc dalej z duszą na ramieniu i robiłam wszystko, aby nie widzieli, że się ich obawiam i w tym momencie poczułam, że moje nogi są dosłownie jak z waty, że niemal uginają się pode mną. Gdy tylko odeszłam dość daleko, odwróciłam się i poznając, że już mnie nie widzą, rzuciłam się do gwałtownej ucieczki. Biegłam niemal bez tchu, aż do samego domu.

Na chwilę wrócę jeszcze do samego Swojczowa, otóż przy kościele widziałam także trzy furmanki oraz jednego furmana, a w samej wsi uderzała pustka, ani jednej duszy na ulicy. Ludzie chyba jednak i tam przeczuwali, coś niedobrego, nie ufali Ukraińcom i wszyscy niemal, jak jeden mąż pozostali na ten czas w swoich domach. Tym bardziej, że poprawiła się znacznie pogoda, deszcz już nie padał, a na niebie pojawiło się słoneczko. Gdy tylko wbiegłam na nasze podwórko, od razu zobaczyłam czterech naszych sąsiadów: Aleksandra Terleckiego lat około 34, wujka Jana Wawrynowicza lat około 52, Ożgę lat około 38 i mojego tatusia Jana. Oni też mnie zauważyli i od razu zawołali na mnie, abym przyszła, chcieli wiedzieć co się dzieje w Swojczowie.

Opowiedziałam im to wszystko co widziałam i przeżyłam w naszym kościele, a tatuś powiedział wtedy do mnie tak: „My już wszystko wiemy, właśnie przyszedł do nas pan Terlecki i poinformował, że do domu wróciła jego córka Franciszka, która ostatnio mieszkała w okolicach Kisielina i słyszała jak Ukraińcy napadli na ludność polską, zgromadzoną na niedzielnej mszy świętej w kościele. Słyszała tam mocną strzelaninę i uciekła do nas na Teresin. Janiu Ty nic nie wiesz, Dominopol też wymordowany!”. Po tych słowach przejęłam się nie na żarty, jeszcze może nie do końca, ale już rozumiałam, że nasza sytuacja stała się trudna, a my znaleźliśmy się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Zareagował także mój organizm, poczułam się głodna i poszłam do domu. Tatuś dopiero pod wieczór wrócił do domu, wcześniej bowiem kopał schron dla mnie i dla dziecka.

Gdy powoli zachodziło słońce, ja i mój tatuś, mamusia i moje siostry: Adela, Leokadia, Halina oraz brat Leonard z bratową, wszyscy staliśmy i zastanawialiśmy się, jak się chować przed Ukraińcami. Wtedy od strony Swojczowa, traktem nadjechało trzy furmanki, a na nich siedzieli banderowcy z bronią. Ponieważ było daleko, nie wiem ilu ich było, ale raczej dużo, widać było że pojechali w stronę wsi polskiej Ludmiłpol. Jeszcze przez chwilę tak staliśmy, a niedługo później usłyszeliśmy bardzo duży krzyk, lament i pisk, a działo się to wyraźnie na Ludmiłpolu. Słychać też było dużą strzelaninę i trwało to około dwóch godzin, a potem nagle zrobiło się cicho. Sądziliśmy, że ci sami bandyci, którzy prawie na pewno mordowali właśnie ludność Ludmiłpola, będą zaraz wracać przez Teresin i tu siejąc śmierć i zniszczenie. Każdy szukał więc sobie schronienia, ale ta noc minęła jeszcze spokojnie. [fragment wspomnień Janiny Topolanek z d. Ruseicka z kolonii Teresin na Wołyniu]

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)