Mołdawia

Obrazek użytkownika Budyń78
Świat
Mołdawia to kraj, który w naszych doniesieniach medialnych praktycznie nie istniał, nie licząc korespondencji pana Lufta, które ukazywały się na początku obecnego tysiąclecia w "Rzeczpospolitej". Stąd też sporo niejasności, nieporozumień i przekładania naszych nadziei na toczący się tam konflikt.
Podstawowym błędem jest rozpatrywanie całego obecnego zawirowania wyłącznie w kontekście komunizmu i antykomunizmu. Przede wszystkim mamy bowiem konflikt narodowościowy, w którym swoje interesy rozgrywają z jednej strony Rosja, z drugiej - Rumunia. Dlatego też sytuacji w Mołdawii nie można porównywać do Ukrainy, gdzie istnieje z jednej strony stronnictwo niepodległościowe, z drugiej - prorosyjskie. Tu mamy raczej stronnictwo prorumuńskie i prorosyjskie. To pierwsze pragnie powrotu Mołdawii do Rumunii, co jest uzasadnione historycznie, zyskało też mocny argument w chwili przyłączenia się Bukaresztu do Unii. Mołdawia, stając się na powrót rumuńską prowincją, stałaby się automatycznie częścią UE, co dla najbiedniejszego kraju w Europie jest szansą na poprawę fatalnej sytuacji. Dotąd jednak projekt powrotu do macierzy nie zyskiwał szerszego społecznego poparcia, zaś miejscowe władze, głosząc niepodległość kraju, lawirowały między Rosją a Zachodem. Wystarczy wspomnieć, że komuniści potrafili jedne wybory wygrać pod hasłami powrotu do starych, dobrych czasów (pojawiały się nawet pomysły przyłączenia się Mołdawii do ZBiR), kolejną zaś kadencję u władzy zapewnili sobie pod hasłami zbliżenia z Zachodem i Stanami Zjednoczonymi. O ile pierwsi dwaj prezydenci Mołdawii byli również komunistami, lecz popieranymi przez demokratyczną opozycję, o tyle Woronin to już 100% komunista, wybierany zresztą, po zmianie konstytucji, przez parlament, nie zaś w głosowaniu powszechnym. Obecnie, nie mogąc kandydować po raz trzeci, zdaje się przymierzać do wariantu putinowskiego, czyli objęcia stanowiska premiera i faktycznego zachowania władzy.

Warto przyjrzeć się samemu Woroninowi. Jest to dawny komunistyczny aparatczyk, który jednakże, co niewątpliwie należy mu zapisać na plus, jako minister spraw wewnętrznych w czasie puczu Janajewa wydał zakaz użycia broni wobec demonstrantów, domagających się wystąpienia z ZSRS. Dzięki temu nie doszło do rozlewu krwi, a proces ogłoszenia niepodległości przebiegł, przynajmniej w Kiszyniowie, pokojowo. Pierwszym prezydentem Mołdawii został Mircea Sneagur, poprzednio szef Rady Najwyższej sowieckiej republiki mołdawskiej. W wyborach nie miał kontrkandydatów. Niestety, trzy lata później najbardziej zrusyfikowana prowincja ogłosiła niepodległość, co spowodowało trwającą kilka lat wojnę domową i istniejący do dziś faktyczny podział państwa. Wzmocniło to też wpływy Rosji, od której mafijne mini-państewko, jakim jest Republika Naddniestrza jest całkowicie uzależnione.

Jeszcze w czasach ZSRS, jak to wszędzie bywało w tym okresie, powstała siła opozycyjna o nazwie Front Ludowy, początkowo żądający liberalizacji w ramach systemu, stopniowo przechodzący na pozycje bardziej antykomunistyczne. To ta siła domagała się przystąpienia do Rumunii. To nie nastąpiło, jednak Rumunia (przy braku reakcji ze strony pierwszych dwóch ekip i negatywnym stosunku trzeciej, już stricte komunistycznej) zaczęła wydawać obywatelom Mołdawii paszporty. Początkowo - wszystkim chętnym, później - już z pewnymi obostrzeniami. Oficjalne dane na temat paszportów nie są znane, wiadomo jednak, że osób z paszportem rumuńskim jest w Mołdawii ok. miliona. Z drugiej strony - 600 tysięcy obywateli Naddniestrza ma obywatelstwo rosyjskie. Wszyscy obywatele Naddniestrza mają zaś nadal obywatelstwo mołdawskie, gdyż bez niego (ani rosyjskiego) nie mogliby podróżować za granicę - paszportów Naddniestrza nie honoruje nikt. Na terenie zbuntowanej prowincji stacjonują siły rozjemcze, głównie rosyjskie. Ich długoletnim dowódcą był nieżyjący już, niezmiernie popularny, generał Aleksander Lebiedź.

Oprócz Naddniestrza w Mołdawii istnieje jeszcze autonomiczny region Gagauzji (od tureckiego słowa "gagauz" - zdrajca), zamieszkany przez Turków, którzy przeszli na prawosławie. Oczywiście ten rejon pozostaje w zainteresowaniu Turcji, wiele osób utrzymuje kontakty z tym krajem, wyjeżdża tam na studia lub do pracy. Dane na temat ewentualnego występowania o obywatelstwo tureckie nie są znane.

Gdy Woronin z komunistami objęli władzę, Mołdawią wstrząsały liczne protesty, o wiele bardziej masowe, lecz mniej widowiskowe od dzisiejszych zamieszek. Przyczyną ówczesnych protestów była postępująca odgórnie rusyfikacja. Woronin, prowadząc komunistów do zwycięstwa na fali posowieckiej nostalgii, nie mógł bowiem w żadnej dziedzinie przywrócić starych stosunków. Zostało mu więc tylko jedno - powrót do wynaradawiania. Warto wspomnieć, ze w czasach ZSRS Mołdawia cieszyła się całkiem niezłą, jak na sowieckie warunki, sytuacją ekonomiczną, na co wpływ miało wyraźne faworyzowanie jej przez pochodzącego z tamtych stron Breżniewa. Mołdawia otrzymywała wówczas takie same ilości aut i wszystkich innych dóbr rozdzielanych centralnie w ilościach takich samych, jak o wiele większa Ukraina. Stąd tęsknota za minionymi czasami, pogłębiona późniejszą, szokującą biedą. W Mołdawii mieszka wielu Rosjan, Ukraińców, a także osób, które np. uważając się za Mołdawian, pochodzą jednak z rodzin przyjezdnych i mówią po rosyjsku, zaś związków z Rumunią nie czują żadnych. Kulturowo pozostają zaś bardziej Rosjanami. Co istotne - ludzie z dwóch biegunów, rosyjskiego i rumuńskiego, nie utrzymują ze sobą żadnych prawie kontaktów, odnosząc się do siebie z nieufnością, czasem zaś wręcz strachem, podsycanym przez polityków. Tak, jak na Ukrainie rynek wydawniczy i media pozostają w rękach rosyjskojęzycznych, czego odpryskiem był przypadek popularnego za sprawą przeboju "Dragostea din tei" zespołu O-zone. Zespół ten, śpiewając po rumuńsku, nie mógł znaleźć wydawcy w kraju (mimo sporej popularności) i musieli szukać go w Bukareszcie. Niechęć do języka rumuńskiego była w tym przypadku ważniejsza, niż możliwość zarobienia całkiem dużych pieniędzy.

Czym dzisiejsze zamieszki różnią się od zajść sprzed kilku lat? Przede wszystkim widocznością - choć mniej osób bierze w nich udział, jednak się o nich mówi. Z jednej strony wpływ na to musi mieć większa widowiskowość zamieszek, niż demonstracji pokojowych, z drugiej - zainteresowanie świata kolejnymi "kolorowymi rewolucjami". W Polsce, co oczywiste, większość prawicowych czytelników chce widzieć w tym wszystkim słuszny gniew wobec komunistów. Trzeba jednak pamiętać, że najważniejszy jest tu czynnik narodowościowy, zaś i Rosja i Rumunia prowadzą własną grę. I rosyjskie, i rumuńskie stacje TV są w Mołdawii odbierane. Pojawiają się opinie, że obecne zajścia inspirowane są przez stronę rumuńską. Zważywszy na to, że obecna rumuńska ekipa jest bardziej prawicowa od poprzednich, nie można wykluczyć takiej możliwości. Fakt, ze uczestnicy zajść demolują budynki, będące symbolem mołdawskiej niepodległości, nie zaś zależności od Rosjan, w części mieszkańców budzi mieszane uczucia. Komuniści kolejne wybory wygrywali bez uciekania się do fałszerstw, dlatego nie mamy niestety żadnej gwarancji, że obecnie klimat w Mołdawii sprzyjać będzie jakimś większym zmianom. Opozycja w Mołdawii, zwłaszcza zaś opozycja prorumuńska nigdy dotąd nie potrafiła porwać za sobą ludności (trudno bowiem mówić o narodzie w przypadku tak złożonej etnicznie struktury). Na pewno zawsze cieszyła się silnym poparciem wśród studentów i części inteligencji. Czy jednak jest w stanie pokojowo przeprowadzić zmianę w kierunku jednoznacznie antykomunistycznym? Najbliższe tygodnie wcale nie muszą dać odpowiedzi na to pytanie.

Ocena wpisu: 
Brak głosów