"Boiduda" Jakuba Lubelskiego

Obrazek użytkownika Budyń78
Kultura
Jakuba Lubelskiego kojarzyłem w dawnych czasach jako autora i redaktora Salonu24, na ogół w parze z Arturem Bazakiem. Potem pamiętam tekst Lubelskiego o tym, że ma dość wojny w polityce i konieczności opowiadania się.
A że taka postawa kojarzy mi się z kolesiami, którzy byli największymi w okolicy punkami/metalami/skinami, póki nie dowiedzieli się, że za to można po mordzie dostać. Więc też się wycofywali. W polskiej polityce ta prawidłowość była obecna tak samo, jak w życiu subkultur, a dramatycznie nasiliła się po Smoleńsku i wyborach 2010. Słusznie, czy nie, wpis, zaczynający się od słów „Zwiądł mi PiS i agresja do Platformy mi przeszła”, tak mi się wtedy skojarzył właśnie, a był to marzec 2010. Lubelski stracił tym wpisem moją sympatię i zainteresowanie na długo, zresztą po 10 kwietnia inne sprawy bardziej mnie zajmowały.

Niedawno wyszła jego książka pod tytułem „Boiduda”, a ja złośliwie miałem chęć się spytać, czy to autobiografia, ale nie pytałem, bo po co. Tymczasem to faktycznie wygląda na autobiografię, w jakim zaś stopniu nią faktycznie jest to wie zapewne autor i jego koledzy z Krakowa. Ponieważ jednak po drodze wyszło też, że kilku kolegów wspólnych a opinie wręcz entuzjastyczne, postanowiłem spróbować.

Na początek dostałem potwierdzenie swoich, mało przychylnych intuicji, bowiem książka wygląda na rozliczenie z dzieciństwem i wychowaniem bez ojca, ale przede wszystkim jednak z Jerzym Pilchem. A co mnie obchodzi Jerzy Pilch? Tyle tylko, a ile potrzebny był, by powstała „Nieprzysiadalność” świetlików. Jak dla mnie pan Jerzy Pilch mógłby wtedy wstać od stołu, przy którym pił ze Świetlickim i zniknąć. A dla Lubelskiego pisanie jest dyskusją i starciem z Pilchem, wiec dla mnie to do pewnego stopnia nudne i abstrakcyjne. Na szczęście poza Pilchem jest tu trochę Orbitowskiego (co nieuniknione, choć nawet nie wiem, czy zamierzone, czy to tylko pewna wspólnota doświadczenia dorastania w Krakowie, jednego tuż po upadku PRL, drugiego – kilka lat później), a trochę i Coryllusa. Coryllus zresztą jest jednym z dwóch linkowanych przez Lubelskiego blogerów na jego blogu w S24. Drugim zaś jest FYM, ale to świadczy chyba o tym, że autor z życia blogowego trochę wypadł. Zresztą, wystarczy spojrzeć na częstotliwość jego pisania na blogu.

Przelatujemy z narratorem przez dzieciństwo, pełne krakowskiej inteligencji, literatów i profesorów o nazwiskach raz prawdziwych, raz zmyślonych – co utrudnia trochę orientację w tym, na ile to prawda, a na ile wyobraźnia, przynajmniej komuś, kto jak ja w Krakowie spędził w życiu kilka godzin, z czego większość w pierwszej połowie lat 80-tych. Przelatujemy przez szpital (tu opis typów szpitalnych godny Nowakowskiego, a mi kojarzący się też z „Profesjonalistami” Łozińskiego), przez szkołę muzyczną, wreszcie przez ślub. I gdzieś w okolicach ślubu nareszcie wszystko przestaje być oczywiste, a pytanie „Czemu właściwie wydała to Fronda?” zaczyna mieć nadzieję na odpowiedź. Choć autor, nie wiem, czy świadomie, buduje w czytelniku poczucie, że małżeństwo jest skazane na porażkę, częstuje nas bardzo ciekawymi rozważaniami o roli małżeńskiej przysięgi i jej prawdziwym, niedostrzeganym dziś, a wręcz nieuświadamianym znaczeniu. Później zaś pojawia się przyjęcie świadomej wiary, rozterki stają się głębsze, refleksje idące za nimi również i nawet jestem w stanie wykrzesać w sobie cień sympatii do narratora, przeżyć z nim pogrzeb matki i uśmiechnąć się, czytając ostatnie zdania książki.

Moich uwag z początku tego tekstu to nie znosi, ale tych dwóch dni, poświęconych „Boidudzie” (Boidudzie-Lubelskiemu?) nie mogę uznać za stracone. Nigdy nie zrozumiem fascynacji Pilchem (ten pojawia się w i powieści, w życiu każdego pewnie ktoś taki się pojawił, w moim również, ale jakoś się to w fascynację nie przerodziło), tak jak nie zrozumiem szukania czasem symetrii tam, gdzie jej nie ma przez Lubelskiego-publicystę. A jednak książka jest godna uwagi – i dla ciekawych opisów środowiskowych i dla tych dwóch ostatnich rozdziałów, nadających jej o wiele poważniejszy wymiar. Warto.
Jakub Lubelski, Boiduda, Fronda 2012
http://www.wydawnictwofronda.pl/boiduda

PS. W związku z kłopotami technicznymi S24 nie mogę znaleźć w tej chwili tekstu, do którego nawiązuję na początku, tak wiec nie mogę na spokojnie skonfrontować go ze swoim odbiorem sprzed dwóch i pół roku...

Ocena wpisu: 
Brak głosów