Pasterka unplugged i inne takie

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

- Lubię święta - powiedział dziadek Łukaszka kiedy to wraz z wnukiem zmierzał do domu poprzez zaśnieżone osiedle. - Jest tak cicho, spokojnie, ludzie są dla siebie mili...
Skręcili za blok i zobaczyli scenę zaprzeczającą kompletnie słowom dziadka. Pod jednym z okien na parterze stał mąż dozorczyni, pan Sitko, a wychylona z okna staruszka usiłowała go dźgnąć kijem od szczotki.
- Ty, taki owaki! Pasożyt! - darła się przez okno sąsiadka.
- Co też państwo? - spytał zniesmaczony dziadek Łukaszka. - Święta idą, młodzież słucha...
- Ja już te słowa i tak znam - zapewnił Łukaszek.
- Pan sam by się zdenerwował! - sąsiadka nie mogła się uspokoić. - Taka zima sroga, a mi sikorki do okna stukały! No to chcąc ptakom ulżyć zakupiłam trochę słoninki. I jak tylko zastukały to wywieszałam. A dzisiaj to stukanie jakieś takie mocne. Więc sprawdziłem czy to na pewno sikorki. I patrzę, a tu on! Zbój! Pasożyt!
- Idę ja sobie, patrzę, a tu ptactwo wcina artykuł spożywczy kategorii lux - zaczął snuć swoją wersję pan Sitko. - Jakżeż mogłem się nie skusić? Wiecie jaki jest kryzys? Wiecie ile kosztuje słonina? Ludzie z głodu umierają a ktoś słoninę ptakom daje. Zgroza. Ja sam nie mam czym wódki zakąszać…
- Won!!! - eksplodowała sąsiadka i próbowała sięgnąć pana Sitko kijem od szczotki. Pan Sitko oddalił się pospiesznie, a dziadek i Łukaszek udali się w stronę wejścia do bloku.
W domu panowała już atmosfera świąt. Bardzo gęsta.
- Co to za swąd? - przeraził się dziadek.
- Nie podoba się dziadkowi? - zaszczebiotała siostra Łukaszka i pokazała kopcący patyczek. - To najnowszy krzyk mody. Kadzidełka bożonarodzeniowe!
- Zgaś to! Przecież tu nie można oddychać!
Dym zdążył się rozwiać w miarę szybko i wszyscy rzucili się w wir wigilijnych przygotowań.
- Nie ma to jak prawdziwa choinka - zachwycała się babcia Łukaszka. - Czujecie jak pachnie? Jak prawdziwy las!
- Co też babcia - obruszyła się mama Łukaszka. - Jak to las?
- No przecież ten aromat, igliwie, grzyby...
- Grzyby!!! - mama Łukaszka spojrzała na stół. - Gdzie jest tytka z suszonymi grzybami?!!
- Powiesiłem je - wyjaśnił lakonicznie Łukaszek jedząc spokojnie budyń. Mama i babcia runęły do pokoju. Na choince, oprócz bombek i innych tego typu akcesoriów wisiały pięknie ususzone podgrzybki.
- Kto je teraz pozdejmuje - załamała ręce babcia. Ale temat grzybów szybko ucichł bo w kuchni wybuchła kolejna awantura - siostra Łukaszka krzyczała, że ktoś jej zjadł budyń.
Zanim siedli do wieczerzy, przełamali się opłatkiem. Wszyscy.
- Babcia też? - zdumiał się tata Łukaszka.
- Nie bawiłeś się z dziećmi w Mikołaja, chociaż i tak niego nie wierzyłeś? - odparła babcia.
Zasiedli do wieczerzy.
- Sianko jest? - upewniał się dziadek.
- Sianko... No takie... Siankopodobne... - bąkała mama Łukaszka. Łukaszek sięgnął pod obrus i wyjął kłębek jakichś nitek.
- To nie jest sianko! - zdenerwował się dziadek. - Pokaż mi to! Co to ma być?
- Chiński makaron - szepnęła cicho mama Łukaszka.
- Nie rób sceny - upomniała dziadka babcia. - Teraz i tak wszystko jest z Chin...
Po wieczerzy wigilijnej włączyli telewizor.
- A teraz hit wieczoru: niemiecka komedia!
- Tylko nie to! - załamał się tata Łukaszka. - W taki dzień puszczają film o pierdzeniu i bekaniu!
Ale film nie był o radosnych stronach ludzkiej fizjologii. Nosił on tytuł "Jak Polska rozpętała drugą wojnę światową" i opowiadała o przygodach dzielnego wojaka Heinricha. Skończyły się reklamy, zagrały fanfary, a na ekranie pojawiło się logo "Mosfilm". A dalej było jeszcze lepiej.
W pierwszej scenie faszystowska Polska napadła podstępnie na Wolne Miasto Gdańsk i Heinrich musiał zamienić skórzane szorty na mundur Wehrmachtu. A potem się rozpoczęła jego włóczęga. W kulminacyjnym momencie Polacy złapali go i wywieźli do obozu na Syberię. Tam zabijali Niemców strzałem w tył głowy i kazali okolicznym, biednym Rosjanom grzebać ich zwłoki w lesie. Na szczęście Heinrichowi udało się uciec i tak okrężną drogą poprzez Japonię, Tajlandię, Indię, Turcję i Garmisch-Partenkirchen udało mu się wrócić do domu. Pięć lat tak szedł. I akurat zdążył na moment jak Armia Czerwona ratowała wypędzonych przed polskim terrorem. Happy End.
Dziadek nie chciał filmu komentować, bo miał iść na pasterkę, a przeklinanie to grzech.
- Na pasterkę?! W taką pogodę?! - wystraszyli się Hiobowscy. - Dziadek nie może iść... Sam.
I dodali mu do towarzystwa Łukaszka.
- Msze są nudne - narzekał Łukaszek podczas drogi do kościoła. Szli powoli, a Łukaszek oświetlał drogę latarką.
- Pasterki nie są - kusił dziadek i wywróżył. Msza faktycznie była nudna, aż do momentu gdy ksiądz podniósł ręce i zawołał:
- Módlmy się...
- PYK!!! - pyknęło coś głośno i zgasło całe oświetlenie. I to pod sufitem i to na choinkach, wszystko. Zamilkły organy, zamilkły mikrofony.
- Ale jaja - ktoś zachichotał.
- Czad!!! - zawołał w zachwycie Łukaszek. Stał z dziadkiem w jednym z pierwszych rzędów. W kościele było ciemno, ale nie do końca. Świece dawały mocny, acz migoczący poblask, widać było nawet zarys sklepienia. - Jest jak w jaskini!!
- Kiedyś tak się zbierali pierwsi chrześcijanie - odpowiedział ksiądz. - No nic, kontynuujmy. Tylko jak ja będę czytał? Nie ma ktoś latarki?
- Ja mam - rozległ się głos Łukaszka. - Proszę.
- Ałć!
- Z drugiej strony jest nożyk.
- Trzeba było wcześniej mówić! - zirytował się ksiądz i zawołał jednego z ministrantów. - Będziesz mi trzymał latarkę. Weź.
- Ałć! - krzyknął ministrant.
- Z drugiej strony jest nożyk - poinformował go poniewczasie ksiądz.
- Powinien być czymś zabezpieczony - burczał ministrant.
- Miałem taką nasadkę ale zgubiłem - odezwał się Łukaszek. - Jak się moja latarka nie podoba, to oddajcie.
- Się podoba - powiedzieli jednocześnie ksiądz i ministrant. Ministrant pstryknął włącznikiem i na ołtarzu zaświeciła się czerwona kropka.
- To celownik, trzeba nacisnąć jeszcze raz - poinstruował go Łukaszek.
Zamiast czerwonej kropki pojawiły się mrugające, kolorowe plamy.
- To tryb disco. Jeszcze raz!
Pojawił się silny snop białego światła.
- Zobaczymy jacy uczciwi są parafianie - zażartował kościleny ruszając z tacą w tłum i w mrok.
- I jaki uczciwy jest kościelny... - zażartowali parafianie.
- Lulajże Jezuniu! - zaintonował ksiądz.
- Moja perełko!!! - zagrzmieli wierni, zgodnie z zasadą, że im gorzej widać, tym lepiej słychać. Ludzie, nieskrępowani tym, że ktoś patrzy - bo przecież było ciemno - odśpiewali chyba najgłośniejsze kolędy w historii parafii.
Święta minęły spokojnie. W pierwsze święto Hiobowscy obejrzeli w jednej z prywatnych telewizji "Krwawe porachunki brutalnych gangsterów". Ofiary wyły przed śmiercią, przestępcy ćwiartowali, a dobrzy policjanci strzelali do wszystkich i rozjeżdżali ich samochodami.
- Może coś świątecznego? - poprosił dziadek Łukaszka.
Przełączyli zatem na inną prywatną telewizję.
- Witamy w świątecznym magazynie "Święta u celebrytów" - powiedziała ciepłym głosem redaktorka w telewizji. - Za chwilę przeniesiemy się do znanej, celebryckiej rodziny satanistów i zobaczymy jak oni spędzają święta.
- O, spędzamy je bardzo wesoło - opowiadała tata satanista. - Kupujemy choinkę i wieszamy na niej trupie czaszki. Ja wieszam czarne, żona różowe, a dzieci niebieskie i żółte.
- To piękne - wzruszyła się pani redaktor. - Jakie to piękne, że w święta jesteście razem. Nie jak ci wstrętni katolicy, pełni hipokryzji! A co robicie potem?
- Na wieczerzę jemy steki, a potem spędzamy czas na oglądaniu horrorów. O północy idziemy do ogródka, gdzie przewracamy krzyże, drzemy biblie, bezcześcimy krucyfiks, lżymy Boga i oddajemy cześć szatanowi.
- To wspaniałe - uśmiechnęła się ciepło pani redaktor. - A prezenty?
- O, są oczywiście. W tym roku kupiliśmy sobie maski kozłów. Mój mały wygląda w niej jak wykapany szatan!
- To piękne.
- Telewizji nie oglądamy. Nic w niej nie ma, a poza tym jest przesiąknięta katolicką indoktrynacją, która jest obrazą dla każdego myślącego samodzielnie człowieka. W zamian czytamy biblię satanistyczną, i gramy.
- O! A w co gracie?
- W kości. Święta kończymy paląc choinkę, wychwalając przy tym złego ducha i oczekując na jego rychłe przyjście.
- Wtedy będzie śmierć, ból i cierpienie - powiedziało dziecko siedzące na kolanach taty satanisty. - Ale będzie fajnie!
- Czyli wasze święta różnią się całkowicie od świąt katolików? - zapytała pani redaktor.
- Nie. Jeden element jest wspólny.
- A jaki?
- Zabijamy karpia!
Święta zakończyły się bardzo miłym akcentem. W konkursie skoków narciarskich startowało siedmiu Polaków i zajęli pierwsze siedem miejsc w konkursie.
- Szok!!! Nie wierzę własnym oczom!!! - darł się redaktor pod skocznią. - Coś nieprawdopodobnego!!! Historyczna chwila!!!
- Nie żyjmy przeszłością - mruknęli komentatorzy z Austrii i Finlandii, ale nasz redaktor ich nie słuchał, tylko poszedł poszukać któregoś ze skoczków. Znalazł jednego i zadał mu pytanie:
- Jak tego dokonaliście???!
Skoczek uśmiechnął się nieśmiało i rzekł:
- To wina trenera...
- Wina? Chyba zasługa!
- Nie, wina. Bo nas oszukał.
- Jak to: oszukał? - pytał osłupiały redaktor.
- No tak. Powiedział, że to nie jest jeszcze konkurs, tylko jeszcze jeden trening…

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

- wyrazy podziwu. (I ten trening - jeja....!)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#119666

takich "treningów"...

===

... to przyjemne czasami żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

... to przyjemne czasami żyć marzeniami twardo stąpając po ziemi...

#120681