Czy UE jest potrzebna Wspólna Polityka Rolna?

Obrazek użytkownika krzysztofjaw
Kraj

Znów w oderwaniu od obecnej bieżączki politycznej nastawionej ze strony PO-KO na rozchwianie emocji a nie dyskusję merytoryczną. Sprowadźmy więc debatę przedwyborczą na poziom merytoryczny, bo to jest naprawdę ważne. Dziś kilka słów o Wspólnej Polityce Rolnej UE.

 

Swego czasu podejmowałem już tą tematykę. Dzisiaj jest aktualna jak nigdy dotąd, bowiem zbliżają się i już trwają negocjacje nowej, siedmioletniej perspektywy finansowej. Dla Polski to będą bardzo trudne rozmowy i to tak naprawdę z jednej przyczyny: Polska rozwija się nadzwyczaj dobrze i ten argument mogą chcieć wykorzystać elity europejskie do obniżenia nam pomocy unijnej. No bo tak nam dobrze to po co nam duże unijne środki pomocowe. Poza tym to jest ostatnia pomoc Unii Europejskiej dla Polski netto. Od przyszłej perspektywy finansowej to Polska będzie dopłacać do niej więcej niż otrzyma.

 

I można by przejść nad takimi argumentami całkiem obojętnie gdyby nie Wspólna Polityka Rolna. W tym obszarze jeszcze nigdy nie otrzymaliśmy dotacji unijnych na podobnym poziomie co kraje Starej Unii. Dlaczego? Osobiście uważam, że to był strach przed polską żywnością, która o klasę przewyższa jakość tej produkowanej u naszych zachodnich unijnych "przyjaciół". Najbardziej o takie rozwiązania walczyła Francja i to jej zabiegi powodowały, że byliśmy traktowani jak drugi sort członków Unii Europejskiej.

 

I sądzę, że to własnie obszar rolny negocjacji unijnych będzie dla nas najtrudniejszy, ale czy w ogóle jest potrzebny? Czy jest potrzebna owa Wspólna Polityka Rolna (WPR)?

 

WPR i zasady jej prowadzenia ustalono już 25 marca 1957 roku a zapisano w Traktacie Rzymskim (obowiązującym od 1962 roku). W ramach tej polityki przyjęto trzy podstawowe zasady: zasadę wspólnego rynku (swobody przepływu produktów rolnych miedzy państwami); zasadę preferencji sprzedaży na rynku wspólnotowym rodzimych produktów; zasadę solidarności, która zobowiązywała wszystkie kraje członkowskie do partycypowania w kosztach polityki rolnej.

 

Nie wdając się w szczegółowe dywagacje ewolucji WPR należy jedynie wspomnieć, że jej konsekwencją było m.in. ustalenie wspólnych cen na prawie wszystkie produkty rolne (oczywiście w oderwaniu od praw rynku) oraz pieniężnych kwot kompensacyjnych, dla rolników, którzy de facto sobie nie radzili. Doprowadziło to w latach 80-tych XX wieku do powstania wielkich nadwyżek produktów rolnych. Było to naturalne, bowiem wysoka opłacalność takowej produkcji (poprzez ceny i kompensaty) zabezpieczała Unia, co wpływało na nieracjonalność podejmowania decyzji produkcyjnych przez rolników europejskich (nie przypomina Wam to rozwiązań typowo socjalistycznych?)

 

Owa sytuacja była przedziwna. Występowała nierównowaga rynkowa: podaż znacznie przewyższała popyt na rynku a ceny były na wysokim, sztywnym pułapie ustalonym odgórnie. Nijak się to miało do wolnorynkowego prawa popytu i podaży, wedle którego naturalnym w takiej sytuacji winien być spadek cen. Ale cóż Unia to nie wolny rynek: to socjalizm w czystej postaci.

 

Taka sytuacja nie mogła trwać długo. Znów odgórnie reformami Mac Sharry’ego oraz programem Agenda 2000 dokonano reform polegających m.in. na obniżce cen na produkty rolne a w zamian rekompensując rolnikom utratę dochodu poprzez tzw. dopłaty bezpośrednie związane z wielkością produkcji. Dziwne to, antyrynkowe działania (nieprawdaż?). Jakże fajnie byłoby gdyby np. właściciel firmy produkującej zabawki mógł sprzedawać je po cenie rynkowej a jednocześnie mieć zagwarantowane dopłaty do sprzedanej produkcji gwarantujące mu ustalony wcześniej z sufitu poziom zysku np. 50%. Dlaczego Unia faworyzuje i faworyzowała tylko rolników rozleniwiając ich i nie zmuszając do racjonalnego gospodarowania (np. ciągłej racjonalizacji kosztów swojej działalności)?

 

Kolejną reformą, wyznaczającą obecny charakter WPR była uzgodniona w Luxemburgu w 2003 roku „fundamentalna reforma WPR, która (w skrócie) odchodziła od dopłat bezpośrednich związanych z wielkością produkcji na rzecz takowych dopłat za samo posiadanie ziemi rolnej, przy czym grono środków przeznaczonych na WPR będzie miało (i tak jest obecnie) charakter wsparcia tzw. rozwoju obszarów wiejskich (dostarczanie tradycyjnych wartości kulturowych, zachowanie krajobrazu i specyficznych ekosystemów, produkcja ekologiczna, tworzenie specyficznego charakteru obszarów wiejskich, promocja produktów regionalnych). I znów o alokacji tych środków bądź np. nadanie produktom charakteru regionalnego decyduje nie rynek a urzędnicy unijni oderwani od rzeczywistości.

 

Powyższe rodzi chorą sytuację, gdzie decyzje o przydziale środków zapadają na biurkach urzędników, a rodzi to wiele patologii związanych m.in. z siłą lobbingu niektórych krajów (Niemcy, Francja) oraz zjawisk korupcyjnych. Nowe kraje jak Polska nie mają zbyt wiele do powiedzenia (co było widoczne w przypadku np. określenia cech napoju alkoholowego o nazwie „wódka”, gdzie Polska przegrała batalię w unii z kretesem). Zresztą tam gdzie jest zbyt dużo państwa, na styku państwa i własności prywatnej rodzi się najwięcej patologii w socjalistycznej Unii Europejskiej a w „głowach” urzędniczych rodzą się pomysły śmieszne i alogiczne (np.. sławetny kiedyś pomysł dopuszczalnej na wspólnotowym rynku krzywizny banana czy tego, że ślimak to ryba).

 

A ja w tej sytuacji pozwolę sobie postawić, być może daleko idącą, tezę!: Gdyby faktycznie zlikwidować Wspólną Politykę Rolną Unii Europejskiej (i tym samym dopłaty do rolnictwa w obecnym kształcie) lub też głęboko ją zreformować w kierunku zbliżenia do zasad wolnej konkurencji, to polskie rolnictwo stałoby się jednym z najlepszych i najbogatszych w tej właśnie Unii! (ze względu na jakość i sprawność polskich rolników).

 

Spokojnie można byłoby pomagać rolnikom w ograniczonym zakresie z własnych środków budżetowych (wszak i tak jesteśmy niemal już płatnikiem netto do Unii, więc co za różnica czy pomoc daje Unia czy nasz, polski rząd?). I nie ma się w tej chwili co wyszydzać obecnego rządu, że proponuje programy "świnia +", czy "krowa +". Jest to naturalne bowiem zachodni rolnicy są konkurencyjni wobec polskich jedynie ze względu na dopłaty jakie otrzymują od UE i to dopłaty wyższe niż polscy rolnicy.

 

Jest jeszcze jeden argument: po co w ogóle Wspólna Polityka Rolna dająca dopłaty do rolnictwa? Przecież i tak beneficjentami niej są w krajach zachodnich w 75% wielkie koncerny przetwórcze i duże gospodarstwa rolne lub grupy producenckie. Ale skoro jednak ta polityka ma zostać to dobrze, że premier M. Morawiecki nawołuje rolników do tworzenia grup producenckich, bo one mogłyby korzystać z efektu skali i sprzedawać więcej i po korzystniejszej cenie produkty rolne swoich członków. Nawołuje też do tego najlepszy wedle mnie od 1989 minister rolnictwa i rozwoju wsi J.K. Ardanowski.

 

Ale jestem pewny, że gdyby była wolna konkurencja to polska żywność i polscy rolnicy byliby na czele Europy. Dzisiaj dostają i tak mniejsze o połowę dopłaty a i tak nasza żywność jest lepsza jakościowo. Na razie lepsza, choć (właśnie ze względu na chorą u podstaw WPR) i w Polsce mamy tendencję pogarszania się jakości żywności. Niestety.

 

Wspólna Polityka Rolna to innymi słowy "kołchoz w pigułce" dający nie tym, którzy produkują a tym, którzy przetwarzają i najlepiej jeszcze będąc "dużym światowym, bezpaństwowym graczem".

 

A Unia może w konsekwencji doprowadzić do dopłat rolniczych, przy produkcji żywności GMO. Stworzyła takie uzależnienie od siebie rolników, dała im takie udogodnienia, że będą Oni przychylnie takowej żywności (chociaż wiedzą, że to "terror" na jej jakości i naturalności).

 

Tak więc, jeżeli Unia wróciłaby do korzeni kapitalizmu to polska żywność byłaby jedną z najlepszych w Europie, a polscy rolnicy nie tylko by nie stracili, ale zyskali.

 

Niestety zdaję sobie sprawę, że na dzień dzisiejszy jest to wołanie w próżnię. Wielkie koncerny oraz „latyfundia” korzystające w największym stopniu ze WPR zrobią wszystko, aby ją jeszcze bardziej rozbudowywać, a rolnicy, przyzwyczajeni do dopłat i de facto okłamywani informacyjnie, też mogą być w większości przeciwni wszelkim zmianom redukującym wielkość owych dopłat.

 

Nie mówię tu o urzędnikach unijnych i samej Unii, która straciłaby możliwość ingerowania i uzależniania sobie mieszkańców Europy (w tym przypadku rolników). Ilu takich urzędników musiałoby stracić pracę? I czy Unia na to pozwoli? Przecież w ten sposób traci władzę centralną (a przecież to uwielbia: uzależniać i sterować „zwykłymi ludźmi” – mieszkańcami krajów Europejskich).

 

Jak wiemy z historii socjalizm jest systemem, który jest bardzo trudno obalić, ale prędzej czy później zawsze okazywał się nieefektywny i umierał śmiercią naturalną bądź dzięki niepokojom społecznym.

 

Sądzę, że w perspektywie czasu i tak Unia Europejska w obecnym kształcie nie przetrwa, jako sztuczny twór (podobnie jak Cesarstwo Rzymskie czy ZSRR lub Jugosławia), sztuczna waluta Euro zniknie jak kamfora a rolnictwo powróci do racjonalnego gospodarowania według zasad wolnego rynku.

 

Nierealne marzenia? Nierealnym wydawał się też upadek bloku socjalistycznego wraz z ZSRR, więc podobny Związek Socjalistycznych Republik Europejskich historycznie czeka podobny los…

 

Pożyjemy, zobaczymy….

 

 

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...

]]>http://krzysztofjaw.blogspot.com/]]>

kjahog@gmail.com

 

Post jest chroniony prawem autorskim. Może być kopiowany w całości lub w części jedynie z podaniem źródła tekstu na bloggerze lub innym forum, gdzie autorsko publikuję. Dotyczy to również gazet i czasopism oraz wypowiedzi medialnych, w których konieczne jest podanie moich personaliów: Krzysztof Jaworucki, bloger "krzysztofjaw".

Twoja ocena: Brak Średnia: 4.6 (11 głosów)

Komentarze

Europejskie dotacje i polskie długi. Historia uzależnienia

 

1 maja mija 15 lat od przystąpienia Polski do niemiecko-francuskiego projektu politycznego nazywanego Unią Europejską. Czy pod względem gospodarczym to dobrze wykorzystany czas dla Polski?

 

Zacznijmy od unijnych dotacji, bo jest to temat najbardziej nośny i mamy tu do czynienia z największymi manipulacjami. Z informacji Ministerstwa Finansów wynika, że w ciągu 14 lat i 11 miesięcy (do końca marca 2019 roku) transfery finansowe z Unii Europejskiej do Polski wyniosły 163,7 mld euro. Z kolei polskie wpłaty oraz zwroty środków do budżetu UE sięgnęły w tym okresie sumy 53,9 mld euro. Oznacza to, że Polska „zyskała” 109,8 mld euro, czyli za każde wpłacone euro otrzymaliśmy 3 euro. Jednym słowem, składka to 1/3 wartości dotacji unijnych. Na przeciętnego Polaka przypadło do zapłaty przez ten cały okres około 6 tys. zł. Niestety, nie są to wszystkie koszty po stronie polskiej.

 

Dotacje generują koszty

Do tego należy doliczyć gigantyczne koszty biurokratyczne zarówno związane z rozdysponowywaniem, jak i absorpcją unijnych pieniędzy. Powstał cały przemysł zajmujący się pisaniem wniosków o unijne dotacje, opłacany nie tylko przez beneficjentów tych środków, ale również przez niedoszłych beneficjentów, którzy stracili mnóstwo czasu, pieniędzy i wysiłków na ubieganie się o dotacje, których ostatecznie nie dostali. Z różnych powodów wiele podmiotów musiało też zwracać otrzymane wcześniej pieniądze. Ponadto w związku z braniem dotacji konieczne jest prefinansowanie i współfinansowanie projektów, które często kosztują znacznie więcej tylko dlatego, że są dotowane. Unia wymaga także brania kredytów, za co też trzeba przecież płacić odsetkami.

 

Ale unijne fundusze generują także koszty innego rodzaju. Po pierwsze, dotacje są rodzajem ingerencji w rynek, co powoduje, że całe branże przechodzą w sektora prywatnego „pod opiekę” urzędniczą, jak np. szkolenia. I w efekcie to urzędnik, a nie klient decyduje co jest realizowane. Czasami są to całkowicie niepotrzebne rzeczy, jak absurdalne systemy kolejkowe w służbie zdrowia, które psują się po kilku dniach od zainstalowania. Po drugie, z powodu czekania na kwestie formalne i na wypłatę beneficjenci są zmuszeni do przesuwania inwestycji w czasie. Po trzecie, dotacje stanowią nieuczciwą konkurencję beneficjentów wobec firm, które ich nie biorą. Po czwarte, dotacje są zaproszeniem do malwersacji finansowych i nieuczciwego wyłudzania pieniędzy, z czym nagminnie mamy do czynienia nie tylko w przypadku wypłat realizowanych przez ARiMR. Po piąte, przy okazji brania dotacji jest całe mnóstwo regulacji, które mogą położyć niejedną firmę, np. w przypadku dotacji na budowę sieci światłowodowych. Po szóste…

 

Podobne argumenty można wymieniać w nieskończoność. Dlatego – jak podsumowuje europoseł Ryszard Czarnecki – jest to często postawienie na głowie strategii inwestycyjnej, bo robi się strategię pod to, na co Unia może dać pieniądze, a nie pod to, co jest rzeczywiście potrzebne z punktu widzenia mieszkańców. W tym zakresie europoseł chwali działania premiera Węgier Wiktora Orbana. Jemu Bruksela wycofała wsparcie dla szeregu inwestycji, na które wcześniej wydała zgodę. Wtedy premier Orban pokazał, że to samo można zrobić w 100% jako państwo węgierskie i propagandowych tabliczek unijnych nie stawiać…

 

Rośnie handel, inwestycje i… długi

Ale Unia Europejska to nie tylko dotacje. To przede wszystkim wspólny rynek (wolny przepływ towarów, usług i kapitału) z ponad 500 milionami konsumentów, co daje przedsiębiorcom olbrzymie pole do rozwoju swojej działalności. Handel zawsze jest korzystny dla obu stron. Według danych Eurostatu, polski eksport zwiększył się z 47,5 mld euro w 2003 roku (ostatni cały rok przed wejściem do UE) do 220,7 mld euro w 2018 roku, czyli o 365%, a import w tym czasie wzrósł z 60,3 mld euro do 225,7 mld euro, czyli o 274%. Jednak dla pełniejszego obrazu należy dodać, że według danych GUS, łączny deficyt w wymianie handlowej Polski w latach 2004-2018 wyniósł ponad 131 mld euro.

 

Po wejściu do Unii Europejskiej mocno wzrosły także inwestycje zagraniczne w Polsce, ale również polskie inwestycje poza granicami kraju, głównie w UE i Szwajcarii. Jednak w rezultacie nierównowagi obu tych trendów ujemna międzynarodowa pozycja inwestycyjna Polski netto, która oznacza, że Polska jest dłużnikiem netto w stosunku do zagranicy, bardzo się pogłębiła. Według danych NBP, w 2003 roku wyniosła ona minus 74,5 mld euro (38,9% PKB), a w 2017 roku – już minus 290,8 mld euro (61,2% PKB).

 

Jeszcze gorzej jest z finansami publicznymi. Nie ulega wątpliwości, że polityka unijna zachęca do zadłużania się, co rządy skrzętnie wykorzystują, by lepiej wypaść w oczach wyborców. I tak dług sektora instytucji rządowych i samorządowych, który w 2003 roku wynosił – zgodnie z danymi GUS – 394,1 mld zł, w 2018 roku przekroczył już kwotę 1034,3 mld zł. Stało się to mimo wyprowadzenia 150 mld zł z OFE i różnych sztuczek księgowych Ministerstwa Finansów m.in. wyłączających ze statystyk zadłużenie niektórych instytucji publicznych. A pamiętajmy, że gdyby nie członkostwo w UE, luka w VAT w ogóle nie byłaby możliwa. W tym czasie – według NBP – zadłużenie zagraniczne Polski wzrosło z 85 mld euro w 2003 roku do 312 mld euro w 2017 roku, czyli o 267%. Rekordem jest natomiast wzrost długu samorządów, co bezpośrednio wiąże się z realizacją projektów współfinanowanych przez UE. Otóż zadłużenie to w latach 2003-2018 wzrosło o niemal 370%!

 

Regulacje najbardziej szkodliwe

Jednak wydaje się, że największy koszt członkostwa Polski w Unii Europejskiej generowany jest przez konieczność przestrzegania unijnych regulacji. To efekt „ciężkiej pracy” tysięcy, różnej maści i proweniencji, lobbystów, którzy w ten sposób deformują unijny rynek w kierunku pożądanym przez swoich zleceniodawców, a na szkodę unijnych gospodarek i mieszkańców kontynentu.

 

„Sprawozdawczość, nowe normy, regulacje, biurokracja, więcej kontroli, nowe organy nadzoru, kary, utrudnienia, komplikacje, większa inwigilacja…” – europoseł Dobromir Sośnierz wymienia, co można znaleźć w jednym ze sprawozdań Parlamentu Europejskiego. Wymuszona unijnymi regulacjami konieczność montowania coraz nowszych systemów i normy emisyjne w samochodach powodują stopniowy wzrost ich cen. A skrajnie szkodliwym przykładem jest unijna polityka energetyczno-klimatyczna, która już niedługo po likwidacji „darmowego” przydziału praw do emisji CO2 będzie kosztowała Polskę grube miliardy. Przy niej stopniowe rugowanie ziół przez Brukselę jest mało istotnym szczegółem. Dlatego UE – zdaniem także europosła Sośnierza, który wytyka unijnym instytucjom arogancję i zarozumialstwo – tworząc zbyt wiele przepisów, jest zagrożeniem nie tylko dla wolnego rynku, ale także dla wolności obywateli.

 

W 2017 roku funkcjonowało aż 1076 dyrektyw dotyczących jednolitego rynku. Günter Verheugen, były unijny komisarz ds. przemysłu i przedsiębiorczości, szacował, że przepisy UE kosztują gospodarki krajów członkowskich 600 mld euro rocznie. To podobna suma do tej, jaką przed laty podał francuski profesor Patrick Messerlin. Wyliczył on, że unijne regulacje generują stratę ok. 5-7% PKB. W przypadku Polski przekłada się to na utratę ok. 1,4 bln zł (równowartość 3,5 aktualnych budżetów Polski) w ciągu 15 lat członkostwa.

 

W związku z tym stawiam tezę, że ta radosna twórczość unijnych instytucji w postaci regulacji, norm i innych przepisów, które utrudniają życie przedsiębiorcom i mieszkańcom jest najbardziej niekorzystną stroną członkostwa. Dlatego realną naprawę UE należałoby rozpocząć właśnie od deregulacji życia gospodarczego. Ale na to nigdy nie zgodzą się unijni władcy z Berlina i Paryża, którzy w ten sposób utrzymują swoją przewagę konkurencyjną nad gospodarkami pozostałej części kontynentu.

 

Tomasz Cukiernik

Read more: http://www.pch24.pl/europejskie-dotacje-i-polskie-dlugi--historia-uzaleznienia,67886,i.html#ixzz5maUC55o1

Vote up!
9
Vote down!
0

panMarek

#1600752

"1 maja mija 15 lat od przystąpienia Polski do niemiecko-francuskiego projektu politycznego nazywanego Unią Europejską. Czy pod względem gospodarczym to dobrze wykorzystany czas dla Polski?"

Ocena trudna, lub raczej niemożliwa. Da się porównać poprawę stanu dzisiejszego z minionym okresem w infrastrukturze drogowej, unowocześnieniu technologii, dostępność artykułów codziennego użytku czy choćby pełne półki sklepowe. Nic jednak za darmo. W połowie wyprzedano majątek narodowy, część zniszczono lub poddano likwidacji. Śmietankę z autostrad spijają prywatni dzierżawcy a gospodarką wod-kan zajmują się zagraniczne firmy (vide Gdańsk). Rzeka Odra, sklasyfikowana do kategorii podrzędnej nie może teraz być regulowana pod kątem żeglugi śródlądowej. Zgodę na to musi w toku renegocjacji wydać niemiecki rząd - to jest granda. Można by wiele wymieniać. Całe szczęście, że mamy jeszcze własną walutę

Vote up!
8
Vote down!
0

...

#1600758

Waluta własna... tylko to nam pozostało... I dobre i to. 

Pozdrawiam

Vote up!
7
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600767

Wie Pan... Czytam wszystko co Cukiernik pisze, bo to fachowiec czystej postaci. Takich nam brakuje. Ten artykuł też czytałem i jest on zgodny z moimi poglądami na temat zysków i strat Polski w ramach Unii Europejskiej. Ten powyższy tekst miałem też skopiować w jednym z najbliższych moich postów z dość długim komentarzem i tak zrobię. Dziękuję, że Pan to wskazał i pozdrawiam 

Vote up!
5
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600765

... została "skopana" już w czasie okresu stowarzyszeniowego z UE, kiedy to "polscy specjaliści od rolnictwa negocjowali" warunki akcesji z UE.

"(...) Bruksela naciskała na Polskę, aby wprowadziła w pełni tzw. acquis communautaire w sferze rolnictwa – to znaczy dosłownie setki dyrektyw, z których wiele nie będzie ani tanich, ani politycznie łatwych do przyjęcia, i to jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Nalegała na to, mimo że jednocześnie dążyła do odłożenia dostępu Polski do pełnych subsydiów WPR na okres aż 11 lat po wejściu Polski do Unii. W uzasadnieniu swojej postawy UE twierdziła, że Polska potrzebuje dogłębnej modernizacji swojego rolnictwa, zanim będzie mogła otrzymywać subsydia WPR. Ale nie tak właśnie Wspólnoty Europejskie zachowywały się w przeszłości. Grecja – ze swoim dużym i zacofanym rolnictwem – zaczęła otrzymywać subsydia w pełnym wymiarze niemal natychmiast po przystąpieniu do Wspólnot w roku 1981, o czym pisano w „Forum” 25 czerwca 2000 r. Dodam do tego, co przyznawano na łamach amerykańskiego tygodnika „Newsweek” w roku 1999: „Europa nie wydaje się usatysfakcjonowana tym, iż jej nadwyżki w handlu żywnością z Polską są aż tak duże”. „Kiedy w roku 1999 po załamaniu się gospodarki Rosji, – Unia przejęła część polskiego eksportu żywności do tego kraju. Polacy nie przegrali konkurencji wolnorynkowej, lecz padli ofiarą poważnych subsydiów eksportowych UE” (cyt. za „Wprost” z 26 grudnia 1999 r.)".

Powyższy cytat pochodzi z mojej książki pt. "Europejskie Eldorado", której obszerne fragmenty publikowałem na Niepoprawnych (tutaj:
- https://niepoprawni.pl/blog/8282/europejskie-eldorado-13-agonia-polskiego-przemyslu-i-rolnictwa-pytania-2-4;
- https://niepoprawni.pl/blog/8282/europejskie-eldorado-14-agonia-polskiego-przemyslu-i-rolnictwa-pytania-5-9;
- https://niepoprawni.pl/blog/8282/europejskie-eldorado-15-agonia-polskiego-rolnictwa-pytania-10-11).

Zainteresowanych tym tematem zachęcam do tej lektury.

Pozdrawiam,
Satyr

Vote up!
7
Vote down!
0

___________________________
"Pisz, co uważasz, ale uważaj, co piszesz". 

© Satyr


 

#1600756

O.... gratuluję książki. Gdzie ją można nabyć lub przeczytać w całości? 

Pozdrawiam niemal krajana

Vote up!
4
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600768

... nakład II wydania już dawno, dawno rozszedł się tak, jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Nawet jedynym egzemplarzem, który zostawiłem sobie - obdarowałem kolegę ze szkolnych lat, z którym rok temu spotkałem się na zjeździe absolwentów szkoły po 24 latach niewidzenia się z nim. Tak więc przykro mi, że nie będę mógł obdarować Cię tym egzemplarzem.

Ale... jest wyjście. Jeśli nie pogardzisz, to może zadowoli Cię wersja elektroniczna, tzw. e-book z mojej e-biblioteki. Dołożyłbym jeszcze do niej 74-stronicowy suplement, a dotyczący tzw. Konstytucji UE, którą później przekształcono na Traktat Lizboński.
Zatem, jeśli zdecydujesz się na otrzymanie tych publikacji, to na priv podaj mi swój adres e-mailowy. W ciągu kilku dni postaram się wysłać te dwie pozycje.

Pozdrawiam i życzę zdrowia,
Satyr

Vote up!
5
Vote down!
0

___________________________
"Pisz, co uważasz, ale uważaj, co piszesz". 

© Satyr


 

#1600792

Twoje liczne teksty są zawsze merytoryczne i pełne konkretów.

Vote up!
5
Vote down!
0

Leopold

#1600772

Staram się nie pisać emocjonalnie i powierzchownie. Tego po prostu nie lubię. Ale w tym lubują się media, co jest groteskowe. A, że merytorycznie... to też trochę trzeba popracować nad tekstem i nieraz to zabiera dużo czasu. Ale przecież piszę po to, aby czytelnik coś zyskała z danego postu a nie tylko wyświechtane "dyrdymały", czyli kto gdzie stanął, jak usiadł, jak był ubrany i czy mówi z sensem czy bez sensu. Niestety polska polityka 0 i to raczej z ramienia PO-KO staje się bardzo prymitywna. 

Pozdrawiam

Vote up!
2
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600810

Sypie się narracja totalnych, że Polska rozwija się tylko dzięki koniunkturze światowej i dzięki dobroci Niemiec.
W Polsce wzrost PKB 4,5%, w Niemczech 0% a w całej Europie zachodniej od 0 do 1%.
Wiem że totalni nie są w stanie przyznać się do błędów ale może przestaną kłamać?

Vote up!
6
Vote down!
0
#1600787

Nie przestaną bo tylko to im pozostało.... emocje i to negatywne. 

Pozdrawiam

Vote up!
4
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600811

Coś słabe te dożynki skoro na stołach ciasta z cukierni, kawa latte z automatu 
Czyżby gospodynie wiejskie was olały? Wy pajace z Koalicji Oszustów 

 

Vote up!
6
Vote down!
0
#1600795

Nie wiem dlaczego, ale B. Budka zawsze jak go widzę na zdjęciach rozśmiesza mnie do łez. Może nie tak bardzo, ale Grupiński też. Tak mam do nich jakąś pobłażliwą słabość, ale lubię się pośmiać. To tacy chłopcy a nawet dzieciaczki bezmyślne. 

Pozdrawiam

Vote up!
3
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600812

No nie, cholera,to już jest nie do wytrzymania. 

Ten dyktator Kaczynski razem z Morawieckim chcą nas pozbawić nawet deficytu budżetowego wbrew opiniom ekspertów finansowych PO. A gdzie Konstytucja,wartości europejskienie i niezbywalne prawo każdego Obywatela do posiadania zadłużenia?
Brak deficytu jest niezgodny z Konstytucją !!!

Vote up!
4
Vote down!
0
#1600870

Oj ten koszmarny PiS to jakiś diabeł. Wszystko mu się udaje a my co? Może Kuchciński, może Karczewski, może Ziobro... Tylko cholera jasne my byliśmy pod tym względem naprawdę złodziejamy... A dziś ten wstrętny PiS nie kradnie i jak go można pogrążyć? Nie wiemy :):)

Pozdrawiam, ale brak deficytu dla nich jest koszmarem. Biedni totalniacy

 

Vote up!
2
Vote down!
0

krzysztofjaw

#1600888