Tylko proboszcz zaintonował pieśń: Wesoły dziś dzień nam nastał.... – paliliśmy z lufy

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Nazywam się Czesław Życzko, ur. się w 1921 r. w kolonii Kisielówka, gm. Kisielin, powiat Horochów, woj. Wołyńskie. Mój tato Władysław Życzko był Polakiem, mama Rozalia z domu Wrońska, także była Polką i pochodziła ze wsi Markowicze na Wołyniu. Rodzina taty wywodzi się z Zamojszczyzny, a mamy od pokoleń z Wołynia. Tato urodził się już na Wołyniu bowiem mój dziadek Franciszek, był pracownikiem leśnym, u bogatego kupca Szapira, z pochodzenia Żyda. Dziadek razem z babcią Apolonią zamieszkali we wsi Przygłówka, gm. Werba, pow. Włodzimierz Wołyński i tam wychowywali swoje dzieci. Gdy hrabia Ledóchowski począł parcelować swoje majątki, w tym także ziemię w Kisielówce, mój tata Władysław i mama Rozalia wspólnie kupili ziemię, pod swój nowy dom. I tak to rozpoczyna się historia dziejów naszej rodziny, w tej właściwie polskiej kolonii.

Dla Królestwa Niebieskiego narodziłem się w naszym kościele w Swojczowie, jeszcze kiedy posługiwał w naszej parafii ks. Kurowski. Moim ojcem chrzestnym był Polak z naszej kolonii Kisielówka o nazwisku Kosak. Bardzo go lubiłem bowiem był człowiekiem dobrym i pracowitym, a jako bliski przyjaciel rodziców często bywał w naszym domu. Po jakimś czasie rozpoczął gospodarzyć w okolicach polskiej kolonii Elizabetpol. Niestety wdał się w spór z miejscowym dziedzicem ziemskim. I kiedy razu pewnego, na polu kosił zboże, nadjechał ów dziedzic i zarządził, aby Kosak zaniechał swojej pracy. Nie wiem do końca, jak to było, ale prawdopodobnie dziedzic sprowokował Kosaka, który rzucił się na niego z kosą. Wszystko skończyło się dla niego tragicznie, bo mój ojciec chrzestny, został tam wtedy zastrzelony. Sprawa ta była głośna w naszej okolicy, a ja sam dowiedziałem się o niej, od moich rodziców. Żona Kosaka ostatecznie otrzymała tę ziemię i już jako wdowa, gospodarzyła na niej, wraz ze swymi obiema córkami, w tym z Adelą. Nie wiem, co się z nimi stało, podczas wojny, czy zdołali przeżyć, ten straszny czas. Moją matką chrzestną była Polka z kolonii Jadwigów o nazwisku Cygar, była nejlepszą koleżanką mojej mamy. Ona i jej rodzina przeżyli czas ludobójstwa i wyjechali do Polski, gdzie osiedli ostatecznie we wsi Dębina, koło Kłodawy w Poznańskiem.

 Do kościoła w Swojczowie było około 3 km, udawaliśmy się tam w każdą niedzielę, całą naszą rodziną, najczęściej furmanką, a na kilka lat przed wojną mieliśmy, już nawet swoją bryczkę. Pamiętam, że nasz kościół był b. duży, murowany i piękny, a w Ołtarzu głównym znajdował się łaskami słynący Obraz Matki Bożej Śnieżnej zwanej Swojczowską. Lubiłem się tam bardzo modlić tym bardziej, że w miejscu tym, już przed wojną ludzie doświadczali wielu cudów, a nawet uzdrowień. Matka Boża zwykle była przesłonięta innym obrazem, ale dziś już nie pamiętam, jaka tematyka była na tym wizerunku uwieczniona.

Gdy rozpoczynała się msza święta, odzywały się dzwoneczki i to był sygnał dla mnie i innych wiernych, że mamy uklęknąć i rozpocząć pieśń na powitanie naszej Królowej. Już po chwili mogliśmy podziwiać piękne lica Królowej ze Swojczowa. Do dziś pamiętam, że po lewej stronie Obrazu, znajdowały się liczne wota, w tym liczne różańce i większe i mniejsze. A sam wizerunek otoczony był kwiatami w kolorze złotym, rzeźbione były, bądź malowane i były niejako ozdobą. W kościele po lewej stronie znajdowała się ambona, z której ks. Franciszek Jaworski wygłaszał swoje piękne kazania. Mówił zawsze donośnie i dość wyraźnie, dlatego chętnie go słuchano.

Często chodziłem na nasz kościelny chór, gdyż podobało mi się, jak nasi chórzyści śpiewali i nawet sam niekiedy śpiewałem z nimi. Nie należałem jednak do samego chóru, gdyż z mojego domu, było trochę za daleko chodzić na próby. Chór który prowadził nasz organista, składał się z około 15 osób w średnim wieku i był damsko – męski, wydaje mi się, że w tej grupie, był także Polak Kazimierz Rynkiewicz.

W Swojczowie przeżyłem wiele pięknych uroczystości religijnych i patriotycznych, najbardziej jednak zapamiętałem Odpusty, których było dwa. Pierwszy wypadał 15 sierpnia na Święto Matki Bożej Wniebowziętej, ten trwał tylko jeden dzień, drugi przypadał 8 września w dzień Narodzenia NMP. Ten drugi Odpust był szczególnie uroczysty i twał prawie trzy dni. W naszej świątyni gromadzili się w tych dniach wierni z całej naszej dużej parafii, a piesze pielgrzymki przychodziły, nawet z oddalonych miast i miejscowości. Dla przykładu osobiście widziałem „kompanie” (grupy pielgrzymkowe), idące traktem z miasteczka Łokacze. Pielgrzymowano zwykle pieszo, choć pamiętam i takie grupy, które przybywały konno, a ponieważ wszyscy konni mieli jednakowe, białe, płócienne przybranie, robili niesamowite wrażenie. Ten obraz mocno zapisał się w mojej pamięci, tak mocno, że niekiedy wyciska żywe łzy radości, po dziś nawet dzień. Inne Kompanie przybywały z Kisielina, Oździutycz, z Włodzimierza Wołyńskiego, z czeskiego Kupiczowa, a także z wielu innych miejscowości.

Z kolei w Łokaczach Odpust, był na św. Antoniego z Padwy 13 czerwca i bywałem tam osobiście, z całą rodziną wiele razy. Ponieważ byłem dzieckiem chorowitym, moja mama Rozalia, wiele razy zabierała mnie z tatem na Odpust, aż do Horodła nad Bugiem, gdzie znajdował się Ołtarz św. Jacka, słynący z licznych uzdrowień. Jeździliśmy tam naszą furmanką, poza tym rodzice zabierali nas także na Odpusty, nawet do tak oddalonego miasteczka Beresteczko.

Lubiliśmy pielgrzymować i lubiliśmy modlitwę. W naszym domu, kiedy to było tylko możliwe, wspólnie klękaliśmy do modlitwy, a szczególnie wieczorem na koniec dnia. Moja mama choć nie umiała czytać bowiem jako sierota nie miała pieniędzy na kształcenie, jednak potrafiła pięknie tańczyć i śpiewać, szczególnie pieśni religijne. Telenty te nie skrywała, ale potrafiła się dzielić nimi z innymi, tak że do naszego domu przychodziło wielu chętnych, by posłuchać i uczyć się od niej, także dobrze śpiewać.

Ks proboszcz Franciszek Jaworski po objęciu parafii w Swojczowie zrezygnował z części gospodarstwa, które pozostawił proboszcz Kurowski. Za uzyskane środki rozbudował zadaszenie dla pielgrzymów. Przy kościele stała też duża i piękna Kaplica, w której podczas Rezurekcji, czy też podczas wrześniowego Odpustu, kiedy to gromadziły się wielkie tłumy, również odprawiano nabożeństwa. Kaplica znajdowała się po lewej stronie świątyni, była murowana, pomalowana na biało, a w środku znajdował się piękny Obraz święty. Msza w kaplicy pomyślana była, z myślą o wiernych, stojących przy kościele i w parku, który obejmował niemal 0.5 ha, rosły tam przeważnie lipy. Fronton kaplicy nie był zabudowany, a jedynie wsparty dwoma filarami.

Odpust wrześniowy, to było zawsze wielkie wydarzenie nie tylko religijne, ale także ważne spotkanie rodzinne. Już na 7 września do naszego domu zjeżdżała się duża nasza rodzina z Zaturzyc, z kolonii Markowicze, z Wólki Sadowskiej oraz Wólki Szelwowskiej. W kolonii Markowicze urodziła się moja mama Rozalia, około roku 1905. Wszyscy przybyli goście nocowali u nas, a wczesnym rankiem szykowali się na uroczystą sumę Odpustową. Po zakończonych uroczystościach wracaliśmy do domu razem i rodzice podejmowali obiadem naszych gości. Było bardzo radośnie, dużo śmiechu, wspomnienia, nowiny, a przy tym wszystkim pieśni, przeważnie religijne. Ja w tym czasie najczęściej pozostawałem przy stole z dorosłymi bowiem żywo interesowałem się wszystkim, co się właśnie dzieje w naszej okolicy oraz tym, co pochłaniało uwagę mojej rodziny.

W dniu Odpustu rozkładało się ze swoimi straganami wielu przeróżnych handlarzy, a furmanki zostawiano na pobliskiej łące proboszcza. Przy kościele tworzył się w tych dniach, jeden wielki jarmark, a można tam było kupić naprawdę wszystko, czego tylko dusza pragnęła, przeważnie pamiątki i dewocjonalia, ale nie tylko. Interes kręcił się dobrze, także dzięki ustnej tradycji, że jak na Odpuście, to już trzeba coś kupić i w kościele zaraz poświęcić, tak by do domu z pustymi rękoma nie wracać. Najwięcej radości miały oczywiście dzieci i młodzież, które jak zwykle opychały się słodyczami i namawiając rodziców na przeróżne zabawki. Przy kościele można było spotkać rozśpiewanych kataryniarzy, pamiętam nawet kręcącą się karuzelę. Ciekawostką był syberyjski wilk, którego można było oglądać za jedyne 10 groszy. Jednego razu więc skusiłem się i zapłaciłem, by zobaczyć tego wilka z Syberii i rozczarowałem się bowiem moim oczom ukazało się zwykłe duże psisko, które żarło kość, zupełnie jak na moim podwórku. Niestety proszących o jałmużnę, też nie brakowało i najczęściej można ich było spotkać na schodach, prowadzących do naszej świątyni.

Moja pierwsza Komunia Święta odbyła się w naszym kościele w Swojczowie, było tego dnia pięknie i słonecznie. Pamiętam, że miałem granatowe ubranko, jak wszyscy chłopcy, natomiast dziewczynki, były przebrane na biało. Było nas dużo dzieci, może nawet dwadzieścioro oraz nasze rodziny. Msza święta była bardzo piękna, przyjąłem po raz pierwszy Pana Jezusa do serca i czułem się bardzo szczęśliwy, jakby bardziej duży, choć jeszcze niedorosły. Po nabożeństwie wróciliśmy furmankami do domu, a tam było małe rodzinne przyjęcie. Upłynęło kilka lat i zostałem włączony w misję Kościoła Chrystusowego, w pełnym tego słowa znaczeniu, przyjmując sakrament Bierzmowania z rąk księdza biskupa. Razem ze mną do sakramentu przystąpiło, wielu moich kolegów i koleżanek z mojej klasy szkolnej. Ciekawostką jest to, że wspólnym świadkiem, dla nas wszystkich, był pan Jackowski z kolonii polskiej Apanowszczyzna, jako przedstawiciel grona rodzicielskiego. To również była piękna uroczystość, podczas której przyjąłem imię Wacław.

Jak już wspominałem, moja rodzina należała do grona tych, które pobożnie przeżywały swoją wiarę, dlatego dziś mam bardzo bogate wspomnienia religijne. A ponieważ nie sposób opisać wszystkich świąt, skupię się tylko na tych najważniejszych, takich jak:  Boże Narodzenie, Zmartwychwstanie Pańskie, Zielone Świątki, Niedziela Palmowa, Trzech Króli, czy Boże Ciało. Pamiętam dla przykładu, że przed świętem Zesłania Ducha Świętego nasza mama pięknie ubierała, stroiła mieszkanie różnymi brzozowymi gałązkami oraz ścieliła nasze podwórze i chodniki prowadzące do domu tatarakiem. Kilka takich gałązek zostawiało się zwykle także w kuchni bowiem tatarak wydzielał specyficzny, niezwykle miły i delikatny zapach. W naszych stronach był to zwyczaj niezwykle popularny, osobiście chodziłem na stawy w naszej okolicy, zbierałem i przynosiłem tatarak do domu. Poza tym zbieraliśmy z mamą i braćmi ziele na łąkach, które razem z owocami święciło się potem w swojczowskim kościele. Była to tradycja praktykowana przez wszystkich Polaków w naszej parafii. Z kolei na Boże Ciało robiliśmy z mamą wianuszki z kwiatów i ziół takich jak: rozchodnik, rumianek i wiele innych jakich na Wołyniu nie brakuje. Po poświęceniu zawieszało się je w domu i tak zasuszone, pozostawały na czas choroby. Gdy ktoś zachorował mama spalała zioło, według swego zwyczaju i przykładała do chorych naszych ciał, muszę dziś wyznać, że czasami nam to pomagało. Dużo by jeszcze można pisać, jednak najpiękniejsza była procesja wokół kościoła. Zawsze na Boże Ciało, wraz z całym kościołem po mszy świętej, chodziłem raz albo trzy razy, do okoła świątyni. Tego dnia w procesji niesiono sztandary, święte figury i obrazy, małe dziewczynki wdzięcznie sypały kwiatki, z tłumu wyróżniała się Akcja Katolicka, młode dziewczyny zawsze ubrane w białe bluzeczki.

W Swojczowie Akcja Katolicka rozwinęła się do dość dużych rozmiarów, należało do niej wiele osób, przeważnie dorosłych, choć także pokaźna liczba starszej młodzieży. Jest mi wiadomo, że mieli swoją świetlicę, która znajdowała się w budynku, tuż obok poczty. Bywałem tam nieraz z przyjaciółmi, gdy Akcja Katolicka miała właśnie swoje spotknia organizacyjne. Pamiętam, że na te spotkania przychodziło wiele osób, rozmawiano i dyskutowano na przeróżne tematy, śpiewano pieśni religijne. Sam jednak nie zapisałem się do Akcji bowiem, już byłem zaangażowany w działalność szkoleniową i patriotyczną w organizacji Przysposobienie Wojskowe „Strzelce” oraz Obrony Narodowej. Organizacja ta miała swoją siedzibę we wsi Tumin w naszej szkole, a zaprzyjaźniona śwetlica znajdowała się w kolonii polskiej oddalonej tylko 2 km w Ledachowie. Mieściła się w domu Polaków państwa Pochnalskich. Komendantem naszej organizacji wojskowej „Strzelce” był polak Bolesław Ferenc, który pochodził z naszej kolonii Kisielówka.

Do organizacji wstąpiłem w klasie szóstej szkoły powszechnej, ponieważ miałem dobry przykład starszych moich kolegów ze szkoły, z których prawie wszyscy należeli do tej organizacji. Jeżeli ktoś nie należał, to był zazwyczaj jakiś lewus, jakiś nieudacznik. Poza tym ważną rolę odegrali nasi nauczuciele, w tym Nowak i Skrzypczak, którzy byli oficerami Wojska Polskiego w stopniu podporuczników w stanie rezerwy. Tak oto nauczanie w naszej szkole łączyli z patriotycznym i wojskowym zarazem, wychowaniem naszego pokolenia, za co do dziś jestem im głęboko wdzięczny. Myślę, że właśnie tamte doświadczenia uratowały mi, nieraz życie w późniejszym etapie życia partyzanckiego. Jednak najpoważniejszy udział w kształtowaniu mojej osobowości, cnoty zaradności i męstwa miał mój tata Władysław. Jako były Legionista, służył pod rozkazami samego marszałka Józefa Piłsudskiego, jako członek elitarnej organizacji polskiej „Krakusy” był dla mnie wzorem i wyzwaniem, aby go naśladować. Imponowało mi, że tata ma swojego konia bojowego i kultywuje najlepsze tradycje żołnierza polskiego. Do dziś pamiętam piękny mundur z czerwonymi lampasami, który ojciec przywdziewał na wszystkie większe uroczystości patriotyczne.

Szczególnie mocno wyryły się w mojej pamięci obchody narodowego Święta 3 Maja oraz 11 Listopada. W tych dniach w Swojczowie organizowane były uroczystości patriotyczne, ale ja i moja rodzina uczestniczyliśmy w podobnych obchodach organizowanych w szkole w Tuminie. W Święto narodowe 3 Maja na naszej scenie szkolnej, były deklamowane przez dzieci wiersze, poświęcone pamięci uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz jej twórcom. I ja także wiele razy występowałem na scenie, poza tym przygotowywaliśmy jako uczniowie różne przedstawienia. Byliśmy oglądani z wielkim zainteresowaniem nie tylko przez nauczycieli, rodziców, przychodzili by nas zobaczyć, nawet mieszkańcy Tumina i najbliższych okolic. A z jednym przedstawieniem, to jeździliśmy nawet, do innych miasteczek i zarabialiśmy drobne pieniążki. Ja też byłem w tej grupie i miałem na sobie przebranie górala, który przy ognisku śpiewał, wraz z innymi góralami tak:

„Czerwony pas, za pasem broń

i topór co błyszczy z dala

wesoła myśl, wspaniała dłoń

to strój to życie górala

tańczą pruto, czeremuszo

Hucułom przygrywa, a wesoła

Kołomyjka do tańca przygrywa

Dla Hucuła nie ma życia jak na

Połoninie, gdy go losy w doły

Rzucą wnet z tęsknoty ginie.”

Była też uroczysta Akademia, po której w naszej szkole urządzano zabawę taneczną, wszyscy się wesoło bawili, ja też umiałem tańczyć bowiem i tańca uczono w naszej szkole. Nauczycielami grupy tanecznej byli Ci sami, znani już Nowak i Skrzypczak. Podobny przebieg miały uroczystości, z okazji odzyskania niepodległości przez Polskę, organizowane 11 listopada każdego roku. Przy czym program przygotowywany był, już z myślą wywalczenia suwerenności. Była także w Tuminie skromna defilada, w której brała udział nasza szkoła, organizacje społeczne, po której organizowano różne zawody sprawnościowe. Ja najbardziej lubiłem strzelać do celu z broni i biegać krótkie dystansy. Nie raz wygrywałem różne nagrody, a nawet za I miejsce w strzelaniu z karabinku do tarczy z 50 m otrzymałem zegarek OMEGO. Byłem tego dnia bardzo z siebie dumny. Jest mi wiadomo, że podobne uroczystości, choć w większym wymiarze, miały miejsce w Swojczowie.

Ponieważ Swojczów to był już inny powiat, nasze powiązania ograniczały się tylko do większych uroczystości religijnych, przy naszej wspólnej parafii. Dla przykładu nasz pluton zawsze, brał udział w uroczystościach Zmartwychwstania Pańskiego. Podczas Rezurekcji, za zgodą księdza proboszcza, gdy tylko zaintonował pieśń: „Wesoły dziś dzień nam nastał....” – paliliśmy z lufy! Podczas mszy świętej staliśmy w szeregu, po dwóch bądź czterech, byliśmy także obecni podczas procesji wokół świątyni. Trzeba przyznać, że wzbudzaliśmy żywe zainteresowanie wśród dzieci i młodzieży i właściwie, o to w tym momencie właśnie chodziło.

W sobotę rano, gdy rodzice mieli pełne ręce roboty, ja i moi koledzy i koleżanki szliśmy z koszyczkami święcić pokarmy wielkanocne. W tamtych czasach była u nas żywa tradycja, że pokarmy mięsne można było spożywać dopiero po Rezurekcji. Zatem niekiedy wracając do domu, skubnęliśmy nieco ukradkiem tej kiełbaski bowiem, tak niezwyczajnie  mieniła  się nam w oczach. Po niedzielnych uroczystościach w kościele, zaraz wracaliśmy do domu i zasiadaliśmy do wspólnego stołu. Zazwyczaj jako pierwszy życzenia składał tata, potem już my wszyscy życzyliśmy sobie wszystkiego, co najlepsze, a przede wszystkim Bożego błogosławieństwa. Tradycyjnie na początek należało spróbować potraw poświęconych.

Poniedziałek Wielkanocny to był dzień na który czekałem cały rok i skoro tylko się obudziłem, zaraz biegłem do naszej studni, gdzie stała już woda przygotowana poprzedniego dnia. Marny los tego, którego dopadłem pierwszego, ale największą radość mieliśmy z kolegami z podlewania panienek na naszej kolonii. Z kolei świętami na które czekałem cały rok, były święta Bożego Narodzenia. Na kilka dni przed, tata przynosił z lasu choinkę, którą pięknie ubieraliśmy na dzień przed świętami. Lubiłem robić różne ozdoby choinkowe, dla przykładu gwiazdki, figurki, także pająki, były w naszych stronach bardzo popularne, na tamten czas nikt nie znał jeszcze ozdobnych bombek. W Wigilię tata robił snopek zboża „Króla” i stawiał go w koncie mieszkania, gdzie stał stół wigilijny. Potem w kłosy zboża składało się poświęcony przez ks. Franciszka opłatek wigilijny. Wieczorem była już tradycyjna, polska i rozśpiewana wigilia, szczególnie dużo śpiewało się kolęd z „Kantyczki” – gruba książeczka z religijną pieśnią. A na Pasterkę do Swojczowa to jechała cała nasza rodzina.

W naszych stronach było dużo kolędników, chodzili z gwiazdą, królem Herodem, była z nimi śmierć, diabeł rogaty, koniecznie Anioł i Żyda też mieli zwykle ze sobą. Takie grupy zachodziły do naszych chat, śpiewały kolędy i dawały małe przedstawienia o narodzeniu Pana Jezusa. Ja też chodziłem kolędować i to nawet często, przebierałem się zwykle za króla Heroda, a bywało że grałem Żyda. Potraw na stole musiało być tradycyjnie dwanaście, w tym „kutia” – to była parzona pszenica z makiem i miodem oraz innymi słodyczami, a do tego racuchy. Mi najbardziej smakowały racuchy posypane cukrem.

Zatem w domu byliśmy wychowywani na dobrych, polskich tradycjach, tak aby służyć Bogu i ojczyźnie. Była także żywa tradycja podtrzymywania głębokiego szacunku dla najbliższych, a szczególnie rodziców, do których zwracaliśmy się nie inaczej jak tylko mamusiu, tatusiu. Pragnę podkreślić, że było to powszechne w naszych stronach, nieliczne były rodziny, gdzie mówiono mamo, tato. Gdy niekiedy o tym wspominam i myślę to wciąż widzę, że było to bardzo piękne, ale niestety dziś, już raczej rzadko spotykane.

Moje dzieciństwo było spokojne, radosne i właściwie beztroskie. Miałem dwóch młodszych braci Feliksa z roku 1925 oraz Longina z roku 1929. Mieliśmy wielu kolegów i koleżanek w naszej wsi i to nie tylko Polaków, ale także Ukraińców, Żydów i Niemców. Wspólnie bawiliśmy się całymi godzinami i nie było wtedy między nami żadnych zadrażnień, nie przypominam sobie, aby Ukraińcy wyzywali wtedy polskie, czy żydowskie dzieci, tym bardziej, by nam grozili. Nie biliśmy się, żyliśmy w pokoju i w zgodzie. Podobnie nasze rodziny, żyły w jak najlepszej zgodzie, niejednokrotnie łącząc się w małżeństwach, tworząc nowe rodziny i nowe społeczeństwo. Do szkoły chodziłem do wsi Tumin, która była zamieszkana w większości przez ludność ukraińską. Pomimo to w szkole uczyliśmy się po polsku, języka ukraińskiego, jako przedmiotu nie było. Także ze szkoły mam właściwie same dobre wspomnienia i nie mogę powiedzieć, złego słowa na mieszkańców Tumina przed wojną. [fragment wspomnień Czesława Życzko z kolonii Kisielówka na Wołyniu, relację wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:6)