Jak Hawryłko podał wody sąsiadowi

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

            W domu, który zajmował Romanowski, mieszkała także rodzina Wesołowskich, w tym Walenty Wesołowski i jego żona Zofia z domu Ryś oraz ich dzieci Lucyna lat około 14, Halina lat około 10, Walentyna lat około 5 i Aleksandra lat około 7. Razem z nimi mieszkała babcia Antonina Ryś lat około 67, niestety wszyscy zginęli podczas tego samego napadu. Pogrom przeżyła tylko Zofia i jej najstarsza córka Lucyna, które opowiadały mi osobiście, co przeżyły, mówiły tak: „Tego dnia, wcześnie rano, wydoiłam krowy i gotowałam mleko, właśnie wtedy przyleciał do nas Józef Grzybowski i powiedział: „Panie Wesołowski niech pan idzie, bo przywieźli Adolka Buczko  rannego i trzeba mu zrobić przewiązkę.” Mój mąż Walek poleciał tam biegiem, a ja pobiegłam zaraz za nim, coś mnie wtedy tknęło, popatrzyłam przez szparę w płocie tartaku, coś nie dawało mi spokoju i chciałam wiedzieć, co tam się dzieje. Zobaczyłam, że mój maż stoi, a Mikołaj Grzybowski jakby go czymś dotknął w brzuch, jeszcze widziałam, jak cofał od mojego męża rękę, a Walek od razu upadł na ziemię i już się więcej nie podniósł. Byłam przekonana, że go właśnie zamordowali i rzuciłam się do panicznej ucieczki, biegnąc obok naszego domu, zobaczyłam na schodach moją najstarszą córkę Lucynę jak schodziła na dół, zdążyłam jeszcze krzyknąć: „Uciekajcie, uciekajcie bo mordują!!” Lucynka pobiegła za mną, a reszta została w domu i od pory wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywają ich doczesne szczątki, można się tylko domyślać, że gdzieś w obrębie dawnego tartaku.

            Tymczasem ja i moja córka schowałyśmy się za tartakiem w czystym polu, gdzie była koczkowana Hreczka, gdy ukryłam tam dziecko, sama wróciłam w pobliże tartaku i zatrzymałam się w parku pałacowym Kaca. Tam wdrapałam się na drzewo i uważnie obserwowałam najbliższą okolicę, zobaczyłam Polaka Franciszka Zwolanina, który miał swój dom niedaleko pałacu. Uderzyło mnie, że jest cały pokrwawiony, szedł chwiejnym krokiem, wszystko wskazywało na to, że jest poważnie ranny. Kiedy po latach analizowałam tamte wydarzenia, doszłam do wniosku, że Franek został uprowadzony przez Ukraińców podczas napadu na Tartak i wraz z innymi wrzucony do studni. Potem oprawcy wrzucili do niej jeszcze granaty, które miały dopełnić reszty spustoszenia, tym razem jednak, niemal cudownie, ocalał jeden z nieszczęśników i właśnie się zbliżał. Niestety nie mogłam na niego zawołać, bowiem dojrzałam niedaleko Ukraińca o nazwisku Hawryłko, który właśnie ładował gnój na wóz w swoim gospodarstwie. Mieszkał blisko rannego Franka, właściwie był jego sąsiadem, dobrym znajomym, a nawet osobistym przyjacielem. Franciszek widać zaufał im i szukał u nich, w tym swoim trudnym położeniu, współczucia i pomocy, dlatego podszedł do Ukrainki, która w swoim ogrodzie, łuskała fasolę na obiad. To była żona Hawryłko Krzywoszyja, takie miał potoczne przezwisko wśród miejscowych ludzi, gdyż rzeczywiście jego szyja była krzywa. Franek poprosił Ukrainkę o wodę widać, bowiem ona zaraz krzyknęła do męża żywo tak: „Franko choczit wody!”  A on zaraz odpowiedział: „Czekaj, czekaj, ja mu dam wody!” I gdy Franek czekał na niego, Ukrainiec podszedł do niego z widłami i bez jednego słowa, przebił mu brzuch widłami. Nieszczęsny Franciszek obsunął się na ziemię, doprawdy do dziś niekiedy się zastanawiam: dlaczego nie uciekał, skoro widział, że Ukrainiec idzie do niego z widłami. Może już nie miał siły w wyniku odniesionych ran i upływu krwi, może pod wpływem tego co się działo, stracił nadzieję w sens dalszego uciekania i w ogóle w sens dalszej walki o życie. Najpewniej jednak, ufał staremu przyjacielowi i nawet nie dopuszczał myśli, że ten tak haniebnie przebije go na wylot. Żona Hawryłko, widząc zbrodnię swojego męża, zabrała fasolę i wróciła do domu, a ja przerażona tym co zobaczyłam, szybko zeszłam z drzewa i wróciłam niepostrzeżenie do mojej córki. Jedno wiedziałam już na pewno, nie wolno mi ufać żadnemu Ukraińcowi, nawet największemu przyjacielowi. Wkrótce do tego strachu i przygniatającego nas uczucia osaczenia dołączył głód, który nagle mocno zaczął dawać się we znaki. Dlatego właśnie postanowiłyśmy, że będziemy uciekać do Włodzimierza, a gdy już znalazłyśmy się w samym mieście, zatrzymałyśmy się u naszej cioci Polki Antoniny Zubrzyckiej.”

            Kawałek dalej od Wesołowskich, już właściwie poza tartakiem, w Lasku Dębowym, przy drodze do Teresina, stał jeszcze jeden drewniany domek. Tam również mieszkały dwie rodziny polskie: Franciszek Pieczonka i jego żona Józefa z domu Roch oraz ich troje dzieci: Danusia, Eugeniusz i Marian. Razem z Józią pracowałam dla Żyda Kaca w ogrodnictwie, była dobrą dziewczyną i naprawdę lubiłyśmy się. Niekiedy przyjeżdżała do niej młodsza siostra Anastazja, mieszkała jeszcze na Zastawiu w Kohylnie. Józia lubiła pracować, robiła co do niej należało bardzo rzetelnie, czy ktoś widział czy nie. Razem z nimi mieszkała jeszcze rodzina najstarszej córki Piaseckich, która miała pięcioro dzieci. Słyszałam, że oni przeżyli wszyscy i wyjechali do Polski, gdzie osiedli w Kopyłowie koło Horodła.  I rzeczywiście gdy po latach, odwiedziłam Annę Roch z domu Rusiecka, ona właśnie opowiedziała mi, że ta rodzina przeżyła mordy na Wołyniu. [fragment wspomnień Janiny Topolanek z d. Rusiecka z kolonii Teresin na Wołyniu]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:13)