Polityczna dulszczyzna

Obrazek użytkownika Marek Jastrząb
Blog

 

Różnimy się między sobą i to, co jednemu z nas wydaje się ważne, dla drugiego jest nieistotne. A to oznacza, że mamy odmienne oczekiwania: przyświecają nam inne pragnienia i ambicje.

Pośród tych sprzecznych żądań wobec siebie, łączy nas MARZENIE O NORMALNYM ŻYCIU. Ale czy to jest jeszcze możliwe? Czy szansa na osiągnięcie zwyczajności nie została zaprzepaszczona w akademickich dyskusjach z aroganckim cieniem? W jednostronnych dialogach?  W zerwanych niciach po wspólnych celach?  

*

Jeśli rozmówca nie reaguje na zadawane mu pytania i z premedytacją odrzuca jakikolwiek kontakt słowny ze swoimi politycznymi  przeciwnikami,  droga do zgody  nie istnieje  i fikcją jest konsensus.

Mimo  to chcemy żyć normalnie. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczynamy narzekać na pogarszający się stan zdrowia. Gdy dostrzegamy, że dzieje się nami coś złego, np. chodzimy gorzej i wolniej, a nasze ręce nie potrafią utrzymać szklanki z herbatą.

Nasz pewny, śmiały, odważny krok zmienia się, staje się strachliwy, rozdygotany i z konieczności ostrożny. Nagle stwierdzamy, że częściej, niż w lesie, w górach, lub nad jeziorem, można zobaczyć nas w przychodni, że nieuchronnie stajemy się bywalcami lecznic.

Chcemy żyć. Z zazdrością patrzymy na ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy, co to znaczy – bezsiła. Na posłów czy senatorów, którzy są jeszcze zdrowi i potrafią poruszać się tam, gdzie my już nie potrafimy istnieć bez pomocy.

Z zazdrością patrzymy na naszych parlamentarzystów,  jak oddalają się od nas, jak powiększają dzielący nas dystans i nikną za horyzontem, jak przestajemy się rozumieć i jesteśmy dla nich coraz bardziej obcy, coraz mniej realni.

Nie mają pojęcia o świecie naszych zmartwień. Naiwnie myślą, że będą sprawni do końca swojego życia i nigdy  znajdą się w sytuacji obywateli przewlekle lub nieuleczalnie chorych, że ominie ich los błagających o refundację leku ratującego życie.

Nie dotyczą ich astronomiczne ceny  medykamentów. Tak samo jak nie mają pojęcia o małych dochodach i wysokich podatkach. Nie mówiąc o nikczemnie dużych kosztach utrzymania.

*

Nasz los, to bezustanny świat pomyłek, niepowodzeń, trwożliwego rozglądania się za nadzieją. To wieczne obawy, złe samopoczucie, opatrunki, protezy i odleżyny.

Przedtem należeliśmy do świata ludzi zdrowych. Teraz mamy własny. Zamknięty i szczelny.

Bliźni z naszego poprzedniego życia, nie chcą do niego wejść. Bronią się przed nim. Boją się nas. Nie wiedzą, jak się zachować, jak z nami rozmawiać. Są sztuczni, spięci, a ich reakcje świadczą o zakłopotaniu.

Dopóki poruszaliśmy się jak oni, dokąd nie wyróżnialiśmy się z otoczenia i nie trzeba było iść trzymając nas za rękę, mogli udawać, że jest, jak przedtem.

*

Jak mogą go sobie wyobrazić, skoro ich największym bólem było cofnięcie immunitetu a najgorszą traumą – przegrane wybory i utrata apanaży?

Jakie mają doświadczenia z prawdziwym cierpieniem, skoro przez całe swoje życie nie byli ani razu u lekarza, szpital znają tylko z przedwyborczych wizyt, a o problemach naszej Służby Zdrowia słyszeli dopiero milionowy raz?

*

Czekamy, by ktoś nareszcie zajął się definitywnym rozwiązywaniem naszych spraw. By jakaś partia, oprócz szachrajskich zapewnień o tym, jak to chce nam ułatwić życie, zaczęła wprowadzać w czyn swoje szumne obietnice.  

Obietnice, z którymi od lat nie potrafimy sobie poradzić. Lecz które w innych państwach przechodzących ustrojową transformację, zostały raz na zawsze rozwiązane.  Przeprowadzone i zapomniane, a nie, jak u nas, wlokące się niczym bąk po gaciach.

*

Mowa o tak odwiecznych problemach, jak powracające teczki, ciągłe odgrzewanie lustracyjnych kotletów, ręcznie sterowane, a w samą porę pojawiające się przecieki afer, pogłoski o podejrzeniach i opowiadania bajek nazywanych spiskowymi teoriami.

To spędza im sen z powiek, to ich podnieca i pochłania do tego stopnia, że na sprawy związane z realnymi zagadnieniami brakuje czasu; kusi ich bezustannie atrakcyjna wizja politycznej dulszczyzny. 

Ocena wpisu: 
2
Twoja ocena: Brak Średnio: 1.7 (głosów:7)