Wolny rynek w kulturze

Obrazek użytkownika Marek Jastrząb
Blog

Polecam lekturę znakomitego felietonu Piotra Wojciechowskiego http://www.pisarze.pl/felietony/9389-piotr-wojciechowski-wyplacz-sie-z-glupoty.html. Poruszony temat mocno daje po łepetynie i zmusza do refleksji. Jednakże zastanawiam się, kogo. Kogo skłania de facto, a kogo na aby aby. Bo że  ciebie, luby czytelniku, nie dziwi mnie ani trochę: wszak jesteś ogniwem piśmiennego narodu i daleko ci do wiary w byle co. Mnie też nie odpowiada rola bezkrytycznego durnia. Czyli nie dla nas ta pieśń, bo razem walczymy z wiatrakami nie dając się nabrać na plewy; wspólnie i straceńczo sprzeciwiamy się czczym obietnicom.

Rozumiem, że tekst Piotra Wierzbickiego miał być ostrzeżeniem przed inwazją matołów plujących na zdrowy rozsądek. Ale nie pojmuję, do kogo ten artykuł jest adresowany. Jeśli do inteligentnych, a takimi są nasi odbiorcy, to klops, ponieważ są to ludzie wolni od demagogicznego myślenia i przekonywanie ich do postępowania zgodnego z logiką jest namawianiem chrześcijanina na chrześcijaństwo. Jeśli do głupka, to również figa, bo czy głupek jest w stanie pojąć, że plecie bzdury? Zachwycony sobą, odporny na jakiekolwiek argumenty, nadal przebywa wśród nas, w świecie sprzeciwu wobec wszystkiego, co jeszcze nie popsute. Wcale nie zamierza ulec jakiemukolwiek rozsądkowi. Przeciwnie, jak to ma w zwyczaju, pójdzie w zaparte. Będzie udowadniał, jaki z niego ideał, fachowiec, geniusz.

*

Zapanowała moda na walkę z rakotwórczą, niewydolną machiną państwową. Ci sami, co nafaszerowali ją gąszczem ustawowych absurdów, poczęli gardłować o konieczności zniszczenia obecnego systemu; przyłączając się do powszechnego oburzenia, zapominają, że są ich autorami.

Nie wydaje mi się, iżbyśmy byli całkowicie i bez reszty monolitem, silną grupą przeciwników iluzji. Opozycjonistów z przekonania. Odwrotnie: coraz częściej obserwuję, że pod ów słuszny bunt podczepiają się skompromitowane szumowiny.

Nie tak dawno (w Dniu Dziecka) poseł naszego Sejmu, Wojciech Cichy, człowiek młody nawet z wyglądu, grzmiał na rządowe poczynania. Sztorcował też licznie zgromadzonych posłów zarzucając im, że wprowadzili w życie ustawy powodujące masową ucieczkę ludzi z naszego kraju. Nie omieszkał wytknąć im długiej listy powodów przemawiających za wyjazdem z Polski. A więc położył nacisk na  sabotażową działalność służby zdrowia, operetkowe podatki, nasilającą się w społeczeństwie chwiejność i decyzyjne zamieszanie wokół przyszłych emerytur, słowem, zwrócił uwagę na skandaliczny brak perspektyw rozwoju i coraz większy bajzel w przepisach. Zajął się również tematami dyskusji nieważnych, zastępczych, prowadzonych zamiast rozmów istotnych, pomagających naprawić szwankujący system. 

Wystąpienie było krótkie, treściwe i emocjonalne w uzasadniony sposób. Za co został nagrodzony burzliwymi oklaskami. Lecz dziwak ze mnie; miast ucieszyć się, iż nareszcie z sejmowej mównicy padły gorzkie słowa prawdy, jąłem się zgryźliwie śmiać. A jąłem, bo uhonorowali go brawami ci sami, którzy doprowadzili nasz kraj do prawnej i moralnej zapaści.

Cóż o nich powiedzieć, jak nazwać ludzi, którzy nie widzą własnego  bałwaństwa?

Nie powinniśmy dopuścić do ponownego wybrania tych, którym pozwoliliśmy rządzić w naszym imieniu. Nie możemy powierzyć losu naszego kraju tym, co już wielokrotnie udowadniali, że są dyletantami, tym, co  decydowali w sprawach, o których nie mieli pojęcia, a więc amatorom nie znającym się na kulturalnych potrzebach społeczeństwa, na konieczności doinwestowania nauki i podniesienia poziomu szkolnictwa, na dziedzinach zaniedbywanych od wielu lat.

Nawiążę do pierwszego rozczarowania: exposé Donalda Tuska z czasu drugiej Irlandii, do przemówienia bryzgającego miłością, stekiem obietnic i cudownych wizji. Wizji zroszonych tak czułymi słówkami jak: WDROŻĘ, URUCHOMIĘ, OBNIŻĘ, PRZEDSIĘWEZMĘ. Uniesienia  tyczyły się gospodarki; na temat kultury nie powiedział ani słowa.  

Co miało ten wymierny skutek, że kulturą zajęli się ludzie przypadkowi, urzędnicy niemający z nią nic wspólnego: biuraliści zainteresowani nie tym, co wychodzi spod pióra artysty, czy z jego pracowni, ale tym, jaki jest z tej produkcji – ZYSK.

Nabrałem przekonania, iż artyści, twórcy, animatorzy kultury, szczególnie ci, co wyznawali poglądy odmienne od głoszonych przez władzę, przestali być ważni, znowu zostali zmorą rządu, budżetowym garbem, zbiorowiskiem pieniaczy. Niektórzy przeobrazili się w zaopatrzeniowców lub dostawców kulturowego blichtru, w rezultacie czego stali się dodatkami do taśmy produkującej artystyczne buble, a o innych poniechano gadek, pisania o nich, dyskusji na ich temat.

W odległej przeszłości byli rozrywani, publikowani, wydawani w wielotysięcznych nakładach. Teraz mało kto zna ich z nazwiska; są nierozpoznawalni na co dzień. Nie ma ich w telewizji, radiu czy na zdjęciach w brukowcach, a jako że afery, burdy, chryje i pyskówki też nie są ich mocną stroną, wyciszeni, spokojni, zapomniani, siedzą po domach klepiąc biedę, liżąc rany, rachując wyskakujące objawy co rusz to nowiutkich chorób.

Jednak nie poddają się. Piszą nadal, nadal są intelektualnie czynni. Tworzą, inspirują, propagują, podtrzymują psychicznie słabszych na gasnącym duchu,  bo nie mogą się obejść bez powietrza. A choć usiłują zarobić na swojej pracy, nic im się nie udaje: czasopisma i wydawnictwa, w których umieszczali swoje utwory przestawiły się na komercyjnie strawne, masowo czytane wyroby, czyli szablonowe, modne, płytkie, oślinione spermą.

Są zbyt dumni, by prosić o pomoc. Ratują się, jak mogą, a to wyprzedają się z księgozbiorów, a to pozbywają pamiątek i mebli, by starczyło na czynsz, jedzenie, wizytę u medyka czy drogie leki. Po cichu liczą, że ktoś zainteresuje się ich losem, domyśli się i coś zrobi, ale kto by tam chciał przejmować się bez rozporządzenia! 

Urzędy powołane do pomocy zajmują się sobą, swoimi budynkami, etatami, pilnowaniem korytek; myślą tylko o sobie, bo to taki czas, epoka egoistów i etycznych zgniłków. Kiedy nadejdzie trend na opamiętanie i wymiędli się ustawę nakazującą pomagać wszystkim twórcom, a nie tylko mile widzianym i popieranym przez władzę, to być może nawet Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego otrząśnie się z letargu i pocznie o nich dbać. Zapoczątkuje myślenie dalekosiężne, przyszłościowe, oczekiwane. Przestanie otaczać się indolentnymi fachowcami, a powoła kadry prawdziwych i kompetentnych. Zaniecha bzdurnych twierdzeń, że kulturze niepotrzebny jest państwowy mecenat.

Jest potrzebny, ponieważ wolny rynek nie rozwiąże wszystkich problemów. Ponieważ wolny rynek eliminuje z obszarów czytelniczej uwagi dzieła trudniejsze, wymagające skupienia, koncentracji, przygotowania do odbioru. Ponieważ wolny rynek preferuje literacką konfekcję, wyroby lekkie, gładkie, jednorazowe, a przede wszystkim dające się sprzedać.   

Ambaje na temat wolnego rynku wyrządzają niepowetowane szkody. Nie pomaga się wydawnictwom tak zasłużonym  dla kultury, jak PiW, likwiduje takie, jak Ossolineum, stawia się w niepewnej sytuacji nasz tygodnik, chociaż wiadomo, że cieszy się dużym prestiżem i największą poczytnością spośród literacko - artystycznych pism w Internecie. Jednak chociaż wielokrotnie prosiliśmy o finansową pomoc, nikt z MKiDZ (poprzedni minister i aktualna ministra) nie zechciał z nami mówić. 

*

Czy nadszedł czas na zmiany, zapytałem się retorycznie. Pro forma spytałem, ponieważ odpowiedź, jest twierdząca. Tu oblazł mnie sceptycyzm i zawarczało mi w duszy: zmiany, tak, lecz  gdzie i przez kogo czynione? Więc żeby nie wypaść z roli buntownika dodałem, iż są konieczne WSZĘDZIE, a robione powinny być przez ludzi pozbawionych ignorancji. Otrzaskanych z analitycznym myśleniem.

Konkluzja: jeżeli aktualny Sejm i dzisiejszy rząd mają zajmować się naprawą tego, co spieprzyli, to już wiem, jak będą wyglądać zapowiadane reformy: tak samo fatalnie. Jeżeli następny, naprawy udadzą się tylko wtedy, gdy Sejm, oczyszczony z nieudaczników i obiboków oraz nowy rząd, zaczną pracować razem, działać w jednym kierunku, podejmować wspólne decyzje. Decyzje podyktowane dobrem państwa, a nie egoistycznym dobrem poszczególnych posłów.

Jednym z najważniejszych zadań naprawczych oczekujących na radykalne rozwiązanie jest odchudzenie administracji. Zgodnie z prawem Cyrila Northcote Parkinsona, brytyjskiego pisarza i historyka, jej rozrost jest nieuchronny. Co nie oznacza, że nie można go ograniczyć. Można i należy. A zmniejszanie liczby zatrudnionych urzędników powinno odbywać się podobnie, jak wycinka zbędnych gałęzi. Wiadomo, że za jakiś czas odrosną i całą zabawę z przerzedzaniem trzeba powtórzyć, ale zanim to nastąpi, drzewa będą miały więcej tlenu. Przekładając z ogrodniczego na język administracyjny, tlen potrzebny do rozwoju roślin, zamieniamy na sprawne funkcjonowanie urzędu: im mniejsza administracja, tym lepsza produkcyjna wydajność.  

Parkinson, prześmiewca ekonomicznych absurdów pokusił się o sformułowanie  następującej tezy: rozrost aparatu administracyjnego powoduje dematerializację produkcji. Produkcja schodzi na nieważny plan, a na pierwszym pojawia się sprawozdawczy obrót papierami. W jednym ze swoich pism posunął się do konstatacji, że wytwarzanie czegokolwiek mija się z celem urzędniczego istnienia.

Hałas fabrycznych taśm zastąpiła krzątanina referentów, dyrektorów i kierowników   zajętych nieróbstwem, pobieraniem wysokich premii i pensji, wyjazdami na urlopy i bankiety, a w przerwach od odpoczynku - wydawaniem sprzecznych zarządzeń lub poronionych decyzji.

Blankiety z wnioskami o przyznanie np. dotacji  do kulturowego przedsięwzięcia czy wypełnianie formularzy podań  o udzielenie stypendium, kierowane do odpowiednich instytucji, pisane są ezopowym, skomplikowanym i hermetycznym jęzorkiem po to, by szary petent mógł się w nich pogubić bez trudu. Funkcjonariusz zasiadający w organie przydzielającym zapomogę okazuje się bezcenny, bo tylko on, jako autor podania, potrafi rozplątać to, co sam zamotał; w ten sposób udowadnia, że jest nieodzowny na translacyjnym stanowisku. Z czego wypływa morał: osobnik przyuczony do rozumienia głupot nie byłby potrzebny, gdyby sformułować prostszy druczek.

 

 

 

 

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:5)

Komentarze

Modę zaś kreują media. Dyktat wszechwałdnego mainstreamu jest silnie osadzony w podstawach, podtrzymywanych i wspieranych przez biznes. Ten ma wzięcie, kto przysparza zysku. Liczy się pieniądz. W zamian artysta otrzymuje sławę i przynależność do "elity", celebrytami zwanej. Tylko wzajemność tego układu gwarantuje  artystom - celebrytom wypłacalność. Kiedy ten i ów krnąbrnie wymknie się z utartej ścieżk, zaraz popada w finansowe tartapaty. Jesli próbuje walczyć, tym gorzej dla niego. 

Z uznaniem dla artystów jest jak  z łaską pańską; na pstrym koniu jeździ. Taki przykład Ci podam. Zauroczyła mnie ostatnio pewna piosenka. To utwór oparty na tekście Ziutka Szczepańskiego, który chyba tylko dlatego, że był autorem "Czerwonej zarazy", na całe dziesięciolecia popadł w haniebne zapomnienie.

Piosenka, moim zdaniem, jest wyjątkowo piękna i wspaniale zaśpiewana:

Ma trzydzieści tysięcy odsłon. Dużo?

A oto inna wersja Ziutkowego utworu:

Ta jest dużo bardziej popularna. Dlaczego? Czy mój gust muzyczny jest lichy?Bo przecież skoro wolę słuchać tej pierwszej wersji, znajduje się w mniejszości. Hmm.

Pozdrawiam serdecznie:)

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
-1
#1483901

Bardzo interesująy link. Sprawa wymaga częstszego poruszania, bo z kulturą jest jak z powietrzem, jest wszędzie i jest przeźroczysta dla obserwatora. A do tego jest permanentnie nadgryzana przez kiczowatą popkulturę.

Podoba mi się!
1
Nie podoba mi się!
0
#1484070