Up the Irons!

Obrazek użytkownika Budyń78
Kultura

Pojutrze w Warszawie koncert metalowej legendy, Iron Maiden. Forum Frondy targają potężne awantury wokół muzyki rockowej, faktycznego i domniemanego satanizmu i innych ciekawych tematów, ja zaś, szykując się na koncert, wklejam lekko przeredagowaną monografię Iron Maiden, którą napisałem przy okazji poprzedniego koncertu tego zespołu w Polsce. A nóż zajrzy tu ktoś, kto słuchał/słucha Ironów a moze nawet wybiera się na koncert.

1980 - Iron Maiden. ***3/4
Początek płyty to właściwie taki roc'n'roll, czasem przyspieszający do tempa, które później na długo upodobali sobie punkowcy (ale tylko pod solówkę). Z tej płyty wyróżniają się "Remember Tomorrow", którego balladowy początek zawsze wywołuje u mnie myśl, czy to na pewno Iron Maiden. Strasznie ten numer kojarzy mi się z jakimś zespołem z lat 70-tych, choć nie jestem w stanie powiedzieć, z którym. Ciekawie i bardziej heavy metalowo robi się w "Phantom of the Opera", klimat podobny mamy w gnającym "patataj-metalowym" "Transylvania", tu muzycy nareszcie idą na całość, choć dziś może się ten kawałek wydawać ciut naiwny..."Strange wordl" na początku zaś jest wręcz cukierkowe, ogólnie dla mnie to najgorszy kawałek na tej płycie. Sytuację ratuje "Charlotte the Harlot", prosty punkowy rock'n'roll z prostym rozbrajającym tekstem.

Charlotte the harlot - show me your leg
Charlotte the harlot - Take me to bed

Ogólnie Paul Di Anno miał taki ciut punkowy wokal, kiedyś mi się nie podobał, teraz zaczynam go doceniać. Końcówka płyty "Iron Maiden" taka jak większość płyt, choć wchodzą typowe dla Ironów harmonie gitarowe.

1981 - Killers ***
Tu zaczyna się konkretnie, choć instrumentalnie, tu mamy już styl typowy dla Ironów, choć jeszcze bez najbardziej kojarzonego z Ironami głosu. Tu już jest bardziej metalowo (hard rockowo) niż rock'n'rollowo, czasami ciężej niż na debiutanckiej płycie ("Wratchchild", "Innocent Exile"), choć część kawałków można by spokojnie wymieszać z tymi z "IM" i chyba nikt by nie pomyślał, że są z innej płyty ("Murders in the Rue Morgue", "Killers") . Drugi kawałek instrumentalny trochę słabszy. Patataj bez pomysłu trochę miejscami. Część końcowa, w średnim tempie trochę lepsza. "Prodigal Sun" to kolejny spokojny kawałek, który mnie nie przekonuje, na szczęście tak jak na poprzedniej płycie smęt zostaje skontrowany konkretnym czadem, tym razem to "Purgatory" - 100% szybszego oblicza Iron Maiden... Końcówka płyty znów w klimatach znanych już pierwszej, ale mnie przekonuje trochę mniej. Ogólnie zacząłem słuchać "Killersów" z założeniem, że dam **** a tu w miarę słuchania ta ocena szła ćwiartkami w dół...

1982 - The Number Of The Beast ****3/4
Nareszcie właściwy człowiek na właściwym miejscu, lepsze brzmienie, zaczyna się szybko i na temat ("Invaders"), potem spokojniej, ale już nie irytująco, jak wcześniej "Child of the Damned", zresztą i tak tylko na chwilę jest ten spokój... Na tej płycie klasyk goni klasyk, po "Children..." "The Prisoner" otwarty poteżnym, genialnym riffem, potem znowu robi się szybko i do przodu. "22 Acacia Avenue" przenosi nas w klimat dwóch pierwszych płyt, dopiero kiedy Dickinson przechodzi w wyższe rejestry słychać, że jednak to już trochę inny zespół. Później mamy już apogeum - utwór tytłowy, a zaraz po nim chyba jeszcze lepszy "Run to the Hills". W obu przypadkach fajne początki i porywające refreny, idealne do śpiewania na koncertach. Żeby nie było za dobrze, następnym kawałkiem jest "Gangland", jedyny kawałek, którego nagrania Steve Harris żałuje. Faktycznie, taki sobie i wypada wobec sąsiadów blado. Koniec płyty - patetyczny "Hallowed by Thy Name" - typowe Iron... Można jeszcze dodać, że od poprzednich płyt tą dzieli przepaść pod względem brzmienia, tamte brzmią dość archaicznie, ta brzmi dużo nowocześniej.

1983 - Piece of Mind ****3/4
Płytka trochę mniej progresywna (jeśli chodzi o Ironów) od poprzedniczki, co nie znaczy, że gorsza. Bardzo równa, bardzo klasyczna, nie zawsze ją lubiłem. Początek znów patatajowy, bardzo miły dla ucha, słyszymy w nim strzały, co nawiązuje do tekstu, wypływa na tej płycie wątek lotniczych walk z II wojny światowej. Na tej płycie są dla mnie dwa z najważniejszych dla mnie i ulubionych kawałków IM, czyli "Revelations" i "To Tame the Land" . "Flight of Icarus" - kolejny klasyk, zaliczył nawet listę Trójki w swoim czasie, tym razem kłus raczej niż galop:) "Die With Your Boots On" - koncertowy hicior, ale mnie specjalnie nie powala, ciekawy jest tam bas pod solówką gitary, ogólnie w okolicach solówki robi się ciekawiej. "The Trooper" - przeciętne zwrotki, ale fajny refren i melodyjka typowo Ironowa. Słodki początek "Still life" niczego dobrego nie zapowiada, na szczęście kawałek się rozkręca, im dalej, tym z nim lepiej, choć do mistrzostwa tu daleko, jak dla mnie to najsłabsza rzecz na płycie. Na szczęście następne "Quest for Fire" i "Sun and Steel" to znów Ironowe wyżyny. O "To Tame A Land" już pisałem, zwrotka oparta na jednym transowym riffie, w 3 minucie uspokojenie i narastanie, coś niesamowitego, potem przyspieszenie i popisy gitarzystów. I koniec....

1984 - Powerslave ******
W czasie mojej pierwszej fascynacji Ironami, to była moja ulubiona płyta... Tu już nie ma żadnych wypełniaczy. Na początek "Aces High" - szybko, prawie punkowo, znów wątek lotniczy. Jeden z moich ulubionych kawałków Ironów. Drugie mamy "2 Minutes to Midnight", jeden z większych, może i największy przebój Ironów...Choć było wiele kawałków większych, ale ten jest niewątpliwie bardzo zgrabny. "Lost words (Big 'Orra)'' , następujący po tych dwoch killerach instrumental jest fajny, ale niczym specjalnym nie zaskakuje, tak sobie w miare płynnie przelatuje, gnając do przodu... Potem mój ulubiony Ironowy początek, czyli pierwsze dźwięki "Flash on the Blade", numer dobry, ale nie aż tak, jak pierwsze kilka sekund - znów szybko i do przodu, potem bez mian klimatu "The Duellist" (tu wyróżnia się refren) i "Back in the Village" (podobnie, tylko trochę szybciej). Tytułowy za to ciut bliżej pierwszych płyt, hardrockowy nerwowy riff, dość charakterystyczny i zapadający w pamięć, ciekawe przejście poprzedzające refren i sam refren, ale to akurat żadna nowość. "Rime of the Ancient Mariner" zaczyna się podobnie, tylko wolniej i majestatyczniej, leci tak sobie 5 minut, później przechodząc w część pozornie spokojną, ale niepokojącą, eksplodującą po kolejnych 4 minutach solówką. A potem już do końca patataj, patataj... (czyli do 13 minuty)

1985 - Live After Death ***
Koncertówka, znów "Aces High" na początek, z gościnnym udziałem Churchilla. Tu nie ma się nad czym rozwodzić w sumie. Kawałki mnie osobiście nie zawsze aż tak porywają jak w wersjach studyjnych, te z płyt o bardziej archaicznym brzmieniu brzmią trochę nowocześniej, a sporo kawałków zagrana jest odrobinę szybciej. Mnie po jakimś czasie ta płyta zaczyna nurzyć. Najciekawsze są z niej kawałki z dwóch pierwszych płyt, które tu słyszymy po raz pierwszy w wykonaniu Bruca Dickinsona, które dominują na końcu zestawu. Wychodzi to nieźle... Ogólnie jak dla mnie płyta niezbyt ciekawa, zwłaszcza gdy się jej słucha zaraz po płytach studyjnych. Dużo bardziej wolałbym usłyszeć te kawałki na żywo. Natomiast domyślam się, że wydanie jej miało sens z punktu widzenia polityki wydawniczej zespołu - podtrzymała zainteresowanie kapelą, a po tak dobrej płycie jak "Powerslave" nie było co się spieszyć z nowym materiałem, skazanym od razu na porównania z poprzednim. A poprzeczkę przeskoczyć było trudno..

1986 - Somewhere in Time *****
Dobra pasa trwa nadal. Znów jest cały czas do przodu, choć nie ma takich galopad jak "Aces High" czy "Back in the Village", choć są wstawki w tempie nawalanym, jak w kawałku "Iron Maiden",np. "Deja vu". Płyta może się wydawać zachowawcza, zespół już ma swój styl i się go trzyma po prostu. Tak więc lecimy sobie do przodu przez kolejne kawałki, czasami zaskakiwani, np basem w "Seed od Madness" czy chórami w "Heaven can Wait". Pojawiają się, ale jeszcze bardzo oszczędne, klawisze. Bardzo dużo dzieje się w kawałku "Loneliness of the Long Distance Runner", spokojny początek, którego echa usłyszymy później w wielu kawałkach Ironów, szybka zwrotka i bardzo szybki refren, tak szybko chyba jeszcze nie było. Dwie solówki, jedna do części szybkiej, miła dla ucha, ale dość typowa Ironowa harmonia, druga zagrana do tempa z refrenu, porywająca, nie wiem, czy nie jedna z lepszych jakie w życiu słyszałem (nie jestem fanem solówek). A na końcu melodyjka ciut przwodząca na myśl linię wokalną z "Revelations" - Ironi chyba kochają takie drobniutkie autoplagiaty, które nikomu nie przeszkadzają, a z których można by zrobić pełnoprawny wątek, tak jak z tekstów choćby, czego ja się jednak nie podejmuję. Potem wyhamowanie w "Stranger in a Strange Wordl", chyba najsłabszy moment płyty dla odmiany. Późniejsze "Deja Vu" zaczyna się podobnie do "Samotności długodystansowca", jeszcze kilka razy może się kojarzyć z tym utworem, też jest dobry, ale już bez piętna geniuszu... Choć może gdyby był na płycie jako pierwszy, sprawiałby inne wrażenie. A na koniec znowu dłuższa, monumentalna forma, "Alexander the Great", tak sobie leci i leci... Grają wolno dość, jeszcze zwalniają...Grają sobie, grają... Miłe melodyjki sobie grają, w 7 minucie wracają do początkowego tempa. Gitary grają dużo ciekawych i ładnych melodii.

1988 - Seventh Son of a Seventh Son *** (a zaraz powiem, dlaczego...)

Seven deadly sins
Seven ways to win
Seven holy paths to Hell
And your trip begins
Seven downward slopes
Seven bloodied hopes
Seven are your burning fires
Seven your desires

Charakterystyczny początek, potem ohydne klawisze i leci już normalnie, szybko, znów prawie pankowo, przynajmniej jeśli chodzi o perkusję... "Moonchild" to dobre rozpoczęcie płyty, mimo tych nieszczęsnych parapetów. Szybko, ale mroczniej niż dotąd. Fani Iron Maiden na ogół kochają tą płytę, ja jakoś nie podzielam tej miłości. "Infinite dreams" zaczyna się słodziutko, Bruce śpiewa jak Mike z Simply Red prawie, jakoś dziwnie. Refren trochę ratuje sytuacje, ale to dalej jest jakieś na pół gwizdka. A potem nagle Bruce ryczy i jest groźnie i metalowo. Chyba dlatego fani tak kochają tą płytę, bo jest najmroczniejsza i najgroźniejsza, a ja po Ironach czego innego ciut oczekuję, niż po innych metalowych zespołach. "Can I Play With Madness" - no po prostu porzygać się można, takie to słodkie... Bon Jovi by się nie powstydziło takiego hiciora, jak miałem 12 lat strasznie mi się podobało Smile . Potem zwolnienie, Bruce znowu jest groźny jak Axl Rose i zły jak Gargamel. "The Evil That Man Do" - tu Iron Maiden próbują grać jak Iron Maiden i prawie im się to udaje. A potem kawałek tytułowy, patetyczne klawisze i jedziemy. Nightwish takie brzmienie osiągnął po kilku latach równania w dół, Ironom udało się od razu, czuć prawdziwy geniusz... Wolno, znowu groźnie i mrocznie. Bruce na tej płycie próbuje śpiewac z chrypą, niżej... Mnie to nie przekonuje raczej. Refren banalny, powtąrzanie w kółko tytułu, potem wysokie, średnio melodyjne wycie... Potem trochę szybciej, typowo ale nie porywająco. Następne mamy "The Prophecy", tu mamy dość ciekawą zwrotkę, refren też niczego sobie w sumie, ten kawałek mi się akurat podoba, na końcu niespodzianka, czeka się na przyspieszenie a tam jak na złość spokojna gitarka klasyczna i koniec. Potem kolejny singlowy przebój, "The Clairvoyant", nareszcie słyszę, że to jednak Iron Maiden, choć klawisze naprawdę mogli sobie darować, jednak ogólnie nie jest źle. Gdy klawisze przestają grać, robi się naprawdę dobrze. Potem zaś przyspieszenie i solówka, najsłabsza rzecz w tym kawałku. "Only Good Die Young" też byłoby lepsze bez klawiszy, tu znowuż solówka jest dość fajna, podkład pod ni a też niczego sobie, póxniej zaś Harris zaczyna dość ciekawie poczynać sobie z basem. Na końcu jak klamra spinająca płytę, słowa z początku...Ogólnie ta płyta jest dla mnie przeprodukowana , a Steve Harris nadużywa swojej nowej zabawki, czyli syntezatora sterowanego gitarą...

1990 - No Pryer for a Dying ****

Już na stałe Ironi przeszli z cyklu wydawania płyt co rok, na dwuletni. Tym razem jest znów bardziej surowo, rock'n'rollowo i na większym luzie. "Tailgunner" na dzień dobry, znowu tematyla lotniczo-wojenna, dość szybko, dość ostro, fajnie. "Holy Smoke" to zaś wesoły rock'n'roll z fajną melodyjką i tekstem o telewizyjnych kaznodziejach. Następny jest utwór tytułowy, zaczyna się podobnie do "Loneliness...", balladowe zwrotki i ostrzejszy riff pod melodyjkę, potem na chwilę przyspieszenie, i koniec na wytracającej tempo melodyjce... Następny "Public Enema No 1" wyróżnia się fajnym refrenem granych w połowie wolno, a w połowie szybko, w tempie reszty kawałka. "Fatest Warning" zaczyna się spokojnie, dość ciekawą solówką na tle czystej gitary, potem zaś kop w klimacie klasycznych hardrockowych kawałków z okolic płyty "Piece of Mind", bez zaskoczeń i rewelacji, ale wg sprawdzonego patentu. Progres pojawia się w "The Assasin", połamanym i niepokojącym. Bruce śpiewa

...And I'm coming after you
I watch your every move
Study the things you do
And the pattern of your ways
I watch the way you walk
I hear your telephone talk
I want to understand the way you think

a muzyka bardzo plastycznie potęguje nastrój... "Running Silent Running Deep" to znów bardzo klasyczny hardrockowo/metalowy riff i porywający refren. "Hooks in you" sobie przelatuje, znowu wesoły rock'n'roll, "Bring Your Daughter To The Slaughter" podobnie, choć tu mamy przebojowy refren i horrorowaty klimat (w końcu to kawałek z filmu o Freddym). Płytę kończy "Mother Russia", kolejne dziecko zafascynowania Zachodu zmianami w ZSRS, patos w tekście i w muzyce, jak to na ogół na końcu płyt tego zespołu., tyle, że tym razem krócej. W zwolnieniu pojawia się motyw, który jeszcze usłyszymy w innym kawałku na następnej płycie. Potem solówka, powrót do motywu początkowego i nara... Z kawałków tego typu ten chyba najmniej się IM udał, daleko mu do "Alexander the Great". Podsumowując płyta chyba miała być powrotem do klasycznego brzmienia i klasycznego stylu zespołu, dwa razy do tej samej rzeki wejść nie można, stąd "tylko" 4 gwiazdki.

1992 - Fear of the Dark ****1/2

Pierwsza płyta, którą kupiłem równo z wydaniem, bardzo na nią czekałem, to była też pierwsza kaseta wydana na licencji, którą sobie kupiłem. Wtedy u nas wkładki w kasetach były raczej mizerne i pamiętam, że również dlatego było to wielkie wydarzenie. Ta płyta wtedy wydała mi się taka raczej rockowa niż metalowa, choć zaczyna się najostrzejszym "Be Quick or be Dead". Mało jak na Ironów słychać na niej bas. Później w niektórych kawałkach śpiew Bruce'a przypomina mi znów Axla Rose'a (np w "The Fugitive"), choć tym razem mi to nie przeszkadza. "From Here To Eternity" to przeciętny zadziorny rock z tekstem o panience i motorze, na szczęście zaraz potem may perełkę, "Afraid To Shot Strangers", kawałek, który jedzie na rifie z "No Prayer..." ale i tak jest genialny, przyspieszenie bardzo dobrze mu robi, pozatym chyba ważnziejszy od muzyki jest tu tekst...

Lying awake at night I wipe the sweat from my brow
But it's not the fear 'cos I'd rather go now

Trying to visualize the horrors that will lay ahead
The desert sand mound a burial ground

When it comes to the time
Are we partners in crime?
When it comes to the time
We'll be ready to die

God let us go now and finish what's to be done
Thy Kingdom Come
Thy shall be done... on earth

Trying to justify to ourselves the reasons to go
Should we live and let live Forget or forgive

But how can we let them go on this way?
The reign of terror corruption must end
And we know deep down there's no other way
No trust, no reasoning, no more to say

Afraid to shoot strangers
Afraid to shoot strangers.

Następne kawałki wyrażają podobne rozterki, "Fear is the Key" i "Childhoods End", w sumie prawie każdy z tej płyty, można by to określić "Metalem moralnego niepokoju" Smile, Pierwszy z wymienionych w środkowej części jest dość połamany, reszta opiera się na fajnym, niepokojącym, może ciut orientalnym riffie. "Childhood's End" jest zaś melodyjnym i gorzkim obrazem życia i utraty złudzeń co do ludzi i ich zachowania

No hope, no life, just pain and fear
No food, no love, just greed is here

Później smutna ballada "Wasting Love", jeden z niewielu metalowych kawałków, który nie ocieka przesadnie komercją... Potem wspomniany już "The Fugitive", zaczyna się Gunsowato, a potem już klasycznie, prosto, ostro i do przodu, zwolniony, patetyczny refren, tu nawet klawisze niczego nie psują, Solówka z tych szybkościowych, choć nie aż tak szybko, najlepszy jest moment po solówce...który po chwili okazuje się być wejściem do drugiej solówki. "Chains of Misery" to zgrabny rockowy kawałek, tym razem z chóralnym zaśpiewem w refrenie, dość fajna solówka, bez zaskoczeń, ale fajnie. Pewne zaskoczenie mamy w "The Apparition", tu mamy dość nietypowy układ, dwie bardzo długie, opatre na jednym riffie, pomiędzy którymi dość dużo się dzieje, mamy tam klawisze, solo na przyspieszeniu, melodyjkę, zwolnienie na drugą solówkę i dość ciekawy riff, a wszystko dość skondensowane...W sumie ten kawałek mógłby trwać dłużej niż niecałe 4 minuty. "Judas My Guide" - fajny początek, znów ciekawa solówka, numer ciut podobny do "Chains of Misery" ale chyba lepszy, trochę szybszy, bardziej energetyczny, bardziej wydarty, ciekawszy. Z kolei "Weekend Warrir" mogłoby być grane przez AC/DC, czy też może jeszcze bardziej przez The Cult z czasów płyty "Electric", zwłaszcza zwrotka tak mi się kojarzy - bardzo prosty, soczysty rockowy riff, potem uspokojenie i trochę złośliwy, pasujący do tekstu wokal... Ciekawie dzieje się po solówce, dość miła dla ucha melodia się pojawia, a potem (już norma) druga solówka, ta jednak niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ogólnie w tym kawałku za wiele się nie dzieje, aż dziwne, ze jest dłuższy od wspomnianego wyżej "The Apparition". A potem...

I am a man who walks alone
And when I'm walking a dark road
At night or strolling through the park

When the light begins to change
I sometimes feel a little strange
A little anxious when it's dark

Fear of the dark, fear of the dark
I have constant fear that something's always near
Fear of the dark, fear of the dark
I have a phobia that someone's always there

...kolejne słowa które wryły się chyba na stałe w pamięć fanów. Spokny początek i przywalenie, szybko i energetycznie. Znów najwięcej dzieje się na końcu płyty, choć nie jest to "Ryme of Anciet Mariner" ani też "Alexander the Great" kawałek raz przyspiesza, raz zwalnia, ale cały czas trzyma w odpowiednim napięciu...

When I'm walking a dark road
I am a man who walks alone

CDN

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

1993 - The Real Dead One ***3/4
1993 - The Real Live One**1/2

Głównym zarzutem wobec tych dwóch płyt było to, że nagrania pochodzą z różnych koncertów, nawet niekiedy poszczególne fragmenty jednego kawałka pochodzą z różnych miejsc. Brzmienie dobre i bardzo koncertowe, bardzo dobrze słychać publiczność. "Real Dead One" zawiera lawałki starsze, "Real Live..." nowsze. Płyta, o ile pamiętam, maiała być pożegnaniem z Dickinsonem...który tu radzi sobie dużo lepiej wokalnie, niż na poprzedniej legalnej koncertówce. Zaskakuje aż tak wierne brzmieniom oryginałów wykonanie i realizacja. Cieszy mnie w tym zestawie "Remember Tomorrow" choć dla mnie tu bardziej pasował głos Paula Di'Anno. Ale riff jest ten sam. Ogólnie pierwsza płyta jest tu reprezentowana aż przez sześć kawałków, zapewne chodziło o to, by czymś ten zestaw staroci różnił się od "Live After Death".

"The Real Live One" podobnie jak "Live After Death" rocpoczyna pierwszy kawałek z poprzedzającej ją płyty studyjnej, czyli tym razem "Be Quick or be Dead". Dla mnie tu trochę lepiej brzmią kawałki z "Seventhsona", choć refren "Can I Play..." wkurza mnie dalej, dodatkowo tu też coś brzmi jak klawisze:/ Ogólnie brzmienie podobnie jak na części ze starymi kawałkami dość surowe, bardzo wyraźny bas, kawałki brzmią jakby były trochę starsze, niż są w rzeczywistości, jak dla mnie. I tu Bruce nie zawsze aż dobrze wypada wokalnie, czasami też jest po prostu cicho. Ta część mi się mniej podoba.

1994 - Live at Donington ****1/4
Na początku ta płyta zdaje się nie była oficjalną pozycją w dyskografii, choć mogę się mylić. Wg mnie jest lepsza od poprzednuch dwóch koncertówek, choć tu już polityki wydawniczej zespołu nie rozumiem. Skład utworów taki sam jak na "Real Ones", dochodzi jedynie "Wrathchild". Brzmienie ładniejsze, bardziej dopieszczone, choć cały czas słychać, ze to koncert. Ale wszystko brzmi o niebo lepiej, niż na innych płytach "live".

1995 - The X Factor ***

Pierwsza płyta z Blaze'm, choć słychać, że część kawałków pisana jeszcze pod Bruce'a. Długo ta płyta dla mnie składała się tylko z jednej piosenki, czyli "Sign of the Cross". Wolny, patetyczny, majestatyczny... Potem polubiłem jeszcze "The Aftermath" a potem resztę... Mój kolega się śmiał z Ironów, ze w każdym tytule muszą mieć słowa "of" albo "on", tu tylko w dwóch ich nie ma. A płyta.... Trochę złagodzone brzmienie, tym razem mocno wyeksponowany bas, trochę kombinowania z tempem, reszta w zasadzie bez zmian. Choć poza zmiana wokalisty jest jeszcze jedna rewolucja - to utwór otwierający płytę a nie wieńczący ją jest najdłuższy, do tego trwa ponad 11 minut. "Lord of the Flies" zaczyna się dość nietypowo, by rozwinąć się zgrabny rockowy kawałek, z ciekawie zaśpiewaną zwrotką. Ale jak na Im dzieje się tu dość mało. "Man on the Edge" to zaś najszybszy i wręcz punkowy kawałek, może nawet po prostu punkowy.Zresztą i tekst jest punkowy, a jakże...

The freeway is jammed
and it's backed up for miles
The car is an oven and baking is wild
Nothing is ever the way it should be
What we deserve we just don't get you see

A briefcase, a lunch and a man on the edge
Each step gets closer to losing his head
Is someone in heaven are they looking down
'Cause nothing is fair just you look around

Falling down.
Falling down
Falling down

"Fortunes of War" zaczyna się spokojnie, typowy Ironowy spokój, trochę podobne to do "Afraid to Shot Strangers", ale słabsze. Znów patos, którego na tej płycie jest sporo. Pojawia się pewna schematyczność: prawie każdy kawałek ma spokojny wstęp i rozkręca się w okolicach końca pierwszej zwrotki. "Look for the Truth" się trochę jak "Don't Cry" zaczyna innego zespołu, znów spokój, ale tym razem jak dla mnie zupełnie bezpłciowy. Na szczęście się rozkeca w zapadające w pamięć OoOO, wchodzi dość ciekawy riff i jest już dobrze. "The Aftermath" znów zaczyna się spokojnie, ale tym razem wstęp ograniczony jest do minimum. Później melodyjna zwrotka, znów patetyczna, znów bardzo fajna, później typowe zmiany tempa i solówka na najszybszym fragmencie. "Judgement of Heaven" zaczyna się prawie jak "From Here To Eternity", potem jak zwykle...Refren trochę z kolei podobny do zwrotek z "Childhood's End". Następny kawałek, "Blood on Wordl Hands" zaczyna dość śmiały jak na Harrisa bas, a potem.... jak zawsze. Tyle, ze tu Blaze śpiewa już niemal jak identycznie jak Dickinson. Następny kawałek jest dokładnie taki sam, co zaczyna być nużące, choć później, gdy przyspiesza jest lepiej. 2 A.M. zaczyna się, jak można przewidzieć spokojnie, dalej znowu dzieje się to samo.... Każdy z tych kawałków pojedyczo wypada lepiej, gorzej, gdy słuchać ich jeden po drugim. Kończący płytę "The Unbeliever" próbuje być ciekawszy, ma trochę nietypowy rytm, ale nurzy.... I taka jest ta płyta, nienajgorsze kawałki, ale jako całość trochę nudne. A tak się ładnie zaczynało...

1998 - Virtual XI **1/2

Kazali czekać trzy lata i nagrali najsłabszą wg mnie płytę w historii. Tym razem zaczyna się tak, jak nas przyzwyczaili, od szybkiego kawałka, który tym razem jednak nie powywa tak jak piosenki, których zapewne miał być następcą. Singlowy "The Angel and the Gambler" też dla mnie nic nie wnosi, poza strasznie kiczowatymi klawiszami na początku. Za to na zwrotce brzmią one dość kultowo. Do tego jest najnormalniej w świecie za długi, 9 minut a praktycznie cały czas to samo. "Lightning Strikes Twice" to już schemat, spokojny początek i znowu patos... Zdaje się, ze tu Ironi chcieli już do końca świata jechać na jednym, teoretycznie nośnym patencie, dobrze, że im się nie udało. Potem znów przyspieszenie, wyższy, Bruce'owy wokal, coś się jednak dzieje. "The Clansman" - jeden z przebojów z tej płyty, znów spokojne wejście, ale dość ciekawe melodycznie, a potem zaśpiew "Freedom" i kawałek leci już dość szybko do przodu. To najciekawszy utwór na tej płycie. Opisywanie następnych traci sens, w zasadzie problem mam taki sam, jak z płytą poprzednią, cały czas tak samo, oddzielnie fajnie, razem męczy jednak i jest dość monotonne. Pozatym, choć może nie jest to aż tak słyszalne, jak w "The Angel..." ale kawałki są trochę za długie. "Don't Look to the Eyes of the Stranger" wnosi jakiś oddech, choć drugi motyw jest żywcem zerżnięty z "Keep on Rockin in The Free Wordl" Neila Younga. Niestety pod koniec 3 minuty zaczyna się zarzynanie kawalka obsesyjnym powtarzaniem jednej linijki tekstu, co niebezpiecznie przypomina patent z "The Angel...". Na szczęście tu coś jednak się zmienia, w końcu nawet zespół zaczyna grać szybko. Ale niestety znów cały czas to samo:( Końcówka udana, powrót do pierwszego motywu szczęśliwy i ciekawie wzbogacony, nagłe bum! i koniec. Potem jeszcze "Como Estas Amigos" i już na szczęście po wszystkim. Nie jest to może jakieś straszne gówno i niejeden zespół nigdy się nawet do tego poziomu nie zbliży, jednak Ironów stać na wiele więcej - ta uwaga się tyczy całej płyty, nie ostatniego kawałka. Brzmienie takie jak na "X Factor" choć niby gitary podgłosnione, ale czegoś brak. Na szczęście powrót do zespołu Bruce'a Dickinsona wraz z Adrianem Smithem przerwał ten okres stagnacji.

2000 - Brave New Wordl ******
Tryumfalny powrót Bruce'a Dickinsona i w moim odczuciu najlepsza płyta zespołu w całej jego historii. Zaczyna się znów dość szybko, tym razem jednak naprawdę porywająco "Wicker Manem". Refren wbijający się w glowę i idealny do śpiewania z zespołem, do tego jeszcze dość fajny teledysk i już było wiadomo, ze płyta nie zawiedzie oczekiwań. Po singlowym pewniaku klasyczny i bardzo Ironowy "Ghost of the Navigator", trochę tu "Somewhere in Time". trochę "No Pryer...", niesamowity klimat i szybki refren

Take my heart and set it free, carried forward by the waves
Nowhere left to run, navigator's son,
Chasing rainbows all my days

Where I go I do not know, I only know the place I've been
Dreams they come and go, ever shall be so,
Nothing's real until you feel

Numer lotniczy znów i faktycznie aż czuć w nim przestrzeń. Tytułowy utwór po spokojnym i dość smutnym początku szybko wpada w klimat poprzedniego. Znów jest bardzo przestrzennie, to kwestia bardzo sprawnej realizacji. Wszystko brzmi dobrze, naturalnie i w optymalnych proporcjach. Choć znów sporo tu patosu, ale jakoś w wykonaniu składu z Dickinsonem to nie męczy, brzmi naturalnie, poza tym jednak dzieje się tu dużo więcej. "Blood Brothers" to siedmiominutowy kawałek, przy którym w swoim czasie Marta uczyła mnie tańczyć walca.... Bo to taki metalowy walczyk. "The Mercenary" i "Fallen Angel" to dwa typowe czadziory, przedzielone kolejnym genialnym kawałkiem, "The Dream of Mirrors", dość spokojnym przez pierwsze zwrotki, potem bardzo klasycznym, z zaśpiewem oOOoOO Smile. "Nomad" to dla mnie najwspanialszy utwór na tej płycie. Zaczyna się dość orientalnym motywem, który niektórym kojarzy się z Faith No More, potem pełna siły zwrotka, refren śpiewany na pierwszym motywie, potem, po 3 zwrotce zmieniony i zwolniony, dość odważna jak na Ironów solówka, kolejna zwrotka, klimatyczne uspokojenie... Diść nietypowy i ciekawy układ ma ten kawałek. I mimo trwania 9 minut ponad mi się ani na chwilę nie nudzi...

Legend has it that you speak an ancient tongue
But no one's spoke to you and lived to tell the tale
Some may say that you have killed a hundred men
Others say that you have died and live again

Nomad, you're the rider so mysterious
Nomad, you're the spirit that men fear in us
Nomad, you're the rider of the desert sands
No man ever understood your genius

Potem kolejny singlowy przebój. "Out of the Silent Planet", znów szyciej, prawie punkowo, druga zwrotka ze zwolnioną perkusją, wychodzi to dość ciekawie, jak na singiel nawet dość ambitnie. Ostatni, "Thin Line Between Love And Hate" to znów dość prosty, w sumie punkrockowy riff na zwrotkach i trochę zamącony rytm w perkusji, znów trochę w klimacie "Childhood's End". Na końcu długie uspokojenie, zwrotka, refren, i tak najlepsza płyta Iron Maiden się kończy.

2003 - Dance of Death ****3/4

Płyta zachowawcza w stosunku do wielkiej poprzedniczki, zespół znalazł sobie idealne miejsce, tak pomiędzy stylistyką z "Piece of Mind" i "Somewhere in Time" a brzmieniem z "No Prayer..." i na razie się z niego nie zamierza ruszać. Otwierający ją singlowy pewniak uchodzi za najgorszy na płycie. Jak dla mnie jest już raczej prostacki, a nie prosty. Drugi kawałek to też drugi singiel, już ciekawszy, choć też dość prosty to rock'n'roll. Tym razem dostajemy ciekawą Ironową harmonię gitarową. Znów spokój pojawia się na początku trzeciego "No More Lies", wytrzymują tak dwie minuty, a potem jest już jak zawsze. Dalej cały czas tak samo, czyli fajnie i do przodu, ale bez żadnych prób zaskakiwania fanów. Dominuje tempo średnio-szybkie, i przyjemne, choć odpowiednio ostro zagrane melodyjki. "Montsegur" - nie ma się o co przyczepić, tytułowy znów trochę walczykowo się zaczyna, potem się rozkręca w bardzo ciekawą kompozycję, normalny poziom czadu osiągając w 3 minucie. Poza zespołem słychać tu brzmienia orkiestrowe, a zespół powraca w rejony znane z monumentalnych kompozycji takich jak choćby "Alexander the Great". "Gates of Tomorrow" zaczyna się trochę jak "The Angel and the Gambler", następnie potem jest dużo ciekawiej, linia wokalu jest dość optymistyczna, tak samo jak we wcześniejszym "Montsegur". "New Frontier" niczego nie zmienia, jest fajnie i do przodu, tak jak było. Pierwsze dźwięki "Paschendale" są dość nietypowe - tylko jedna elektryczna gitara i leciutkie uderzenia w blaszki, później wolniej niż dotąd, majestatycznie, dużo pełnych siły akcentów. "Face in the Sand" znów zaczyna się jak walczyk, wygląda na to, ze Ironi polubili to tempo, zaraz jednak robi się trochę niepokojąco, za sprawą klawiszy i powoli narastająch gitar. Nicko Mc Brain gra tu na dwie stopy, znów jest wolno i patetycznie, raz śpiewane wyżej (wtedy jest dość banalnie) raz niżej (wtedy jest ciekawiej). W "Age of Innocence" robi się bardzo metalowow zwrotkach, refren niestety jest nijaki, melodycznie kojarzy mi się z kiczowatym rockiem z lat 80-tych a la Starship. To chyba dwa najsłabsze kawałki z tej płyty, oba są pełne zmarnowanych dobrych pomysłów ginących w takiej sobie całości. "Journey" zaczyna się dokładnie tak samo jak "No More Lies" a przytym bardzo się kojarzy z jakąś inną piosenką innego wykonawcy, ale tylko przez kilka sekund. Potem jest spokojnie i ładnie, czyste gitary i orkiestra, do tego kolejny bardzo udany refren. Ta ballada wieńczy płytę, jak dotąd ostatnią, najlepiej jak można było to uczynić.

Iron Maiden - A matter of live and death
EMI 2006
****
Different wordl; These colours don't run; Brighter than thousands suns; The pilgrim; The longest day; Out of the shadows; The reincarnation of Benjamin Breeg; For the greater good of God; Lord of light; The legacy

Recenzent "Dziennika" napisał o "A matter of life and death", że to arcydzieło Ironów, ozdobione nieudaną okładką. Moje pierwsze wrażenia zaś były takie, że to najlepsza okładka Ironów, ilustrująca dość nudną płytę. Po kilku przesłuchaniach moja ocena materiału złagodniała, jednak do zachwytu wspomnianego recenzenta jest mi wciąż daleko.

Płyta atakuje nas zmienionym brzmieniem, z jednej strony ostrzejszym i bardziej metalowym, z drugiej też jednak mniej Ironowym. Oczywiście w żadnej chwili nie powinniśmy mieć wątpliwości, jakiego zespołu słuchamy, jednak perkusja straciła swoje specyficzne brzmienie, mniej echa i blach, więc tu mniej Ironów i Ironach. Gitary zaś na zmianie zyskały, nowe brzmienie czasami kojarzy się bardziej z metalem progresywnym typu Opeth, niż z klasycznym NWOBHM. Na sczęście nie przez cały czas. Pierwsze dwa kawałki to typowy Iron, najpierw szybko i bez specjalnego kombinowania, potem już z mieszaniem, zmianami tempa i chóralnym zaśpiewem ("These colours don't run")ale nie wychodzącym poza utarte Ironowe wzory. Ta otwierająca płyta dwójka przy pierwszym kontakcie z płytą mocno rozbudziła mój apetyt i na początku to właśnie te utwory stały się moimi ulubionymi, później dołączył do nich piąty "The longest day", wyróżniający się mocną, apetyczną melodią, trochę w klimacie kawałków pisanych w czasach, gdy za mikrofonem stał Blaze Bayley. Progesywnie zaczyna być od trzeciego, trwającego ponad 8 minut "Brighter than a thousand suns" - gitara ciężka jak nigdy dotąd i połamany rytm, później już bardziej klasyczne przyspieszenie. Dzieje się sporo i słychać, ze zespół kombinuje nie tylko w wyznaczonych przez wcześniejszą twórczość ramach. Pytanie tylko, czy na pewno właśnie tego oczekują od nich fani? Na wszelki wypadek następny utwór jest klasyczny aż do bólu, najpierw typowa harmonia, będąca znakiem rozpoznawczym grupy, potem, szybkie, rocknrollowe zwrotki, wreszcie niepokojące zwolnienie, przypominające trochę "The fear is the fey" z "Fear of the dark". Po wspomnianym już "The longest day" (też dość mrocznym i niepokojącym", mamy, co nie zdarza się tak często, balladę. "Out of the shadows" nie uniknie porównań z "Wasted love", raczej jednak wypadnie w nich słabiej. Gdzieś w połowie gitary zaczną na chwilę udawać Opeth, jednak gdy trzecia zacznie grać melodyjkę, przypomnimy sobie, ze jednak słuchamy Iron Maiden. Niestety ten wątek nie zostanie zbytnio pociągnięty, za chwilę wejdzie refren i na tym koniec. Zaskakująco mało się tu dzieje, jak na pod 5 i pół minuty. A na singiel trochę za długie. I dlatego też zapewne singlem został następny na płycie utwór "Reincarnation of Benjamin Breeg", choć to wyraźna zmiana polityki promocyjnej. Do tej pory, odkąd pamiętam, jako pierwszy singiel z każdej nowej płyty, wychodził kawałek szybki, metalowo-punk'n'rollowy, jak "Wicker man", czy "Wildest dreams". Idąc tym tropem tu singlem powinien być pierwszy na płycie "Different wordl", a jednak padło na "Reincarnation...". Nie wiem, czy to szczęśliwy wybór. Jest wszystko, co być powinno - i spokojny początek (najsłabsza część), i mocniejsze zwrotki, i wreszcie bardziej patetyczny refren. Po nim jeszcze ostrzejsze gitary, najpierw z melodyjką, potem same riffy, później wszystko naraz. Niestety fragmenty porywające przetykają się z trochę nudzącymi, co zresztą jest przekleństwem chyba całej płyty, oprócz pierwszej dwójki. Po singlu dostajemy rozbudowany, niemal dziesięciominutowy "For the greater good of God". Duża porcja muzyki składająca się ze znanych już dobrze składników i wymieszana według podobnej receptury. Sporo się tu dzieje, spora ciekawych gitar, porywający duet wokalu i gitary w refrenie, ciekawe zwolnienie, z dodaniem ciężkości, w połowie. Jeden z jaśniejszych punktów tej płyty. Przedostatni "Lord of light" zaczyna się spokojnie, a potem jest tak jak zawsze. Zespół gna sobie do przodu, niczego nowego to raczej nie wnosi, ale też nie przynosi muzykom żadnego wstydu. Kończący płytę "The Legacy" to znów prawie 10 minut, od wcześniejszych rzeczy różni się tym, ze sporo dzieje się jeszcze w rozpoczynającej, spokojnej części, która ubarwiona jest mocniejszym, smutnym motywem. Znów przypomina mi to Opeth, niestety część mocniejsza jest mniej interesująca, przynajmniej na początku. Potem Dickinson zaczyna śpiewać wyżej i prowadzić dialog sam ze sobą, jednak nie jest to specjalnie interesujace. Sprawę ratuje powrót do smutnego motywu i przyspieszenie, moze nie porywające, ale przynajmniej nie jest już tak nudno. I to już koniec.

Płyta dobra, choć trzeba się z nią osłuchać, sporo na niej ciekawych fragmentów, kilka zdecydowanie słabszych, a całość jest godną następczynią "Brave new wordl" i "dance of death", bardziej podobna chyba do tej pierwszej, jednak poprzeczki postawionej przez te płyty tym razem Ironi nie przeskoczyli.

Niedawno stałem się szczęśliwym posiadaczem tej ostatniej pozycji na dwupłytowym winylu, bardzo pięknie wydanym (picturedisc). Nie słyszałem kilku ostatnich koncertówek, a o wrazeniach z czwartkowego koncertu napiszę, gdy już dojdę po nim do siebie :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#1002

Koncert zaczął się planowo, a grupy fanów w Warszawie widać było od przedwczoraj, a i dziś w centrum można było spotkać bardzo wiele osób, które były wczoraj na koncercie. Nic dziwnego - stawiło się na nim 29 tysięcy fanów Iron Maiden z całej Polski. Na stadionie panował spory tłok, ale nic złego nikomu się nie stało.

Ironi zaczęli - jak zwykle - przemówieniem Churchilla z czasów Bitwy o Anglię i traktujacym o niej "Aces High". Niestety, na tym utworze jeszcze trochę szwankowało nagłośnienie, z którym i potem bywało różnie - jak to na wielkich imprezach na powietrzu. Jednak rekompensowała to z jednej strony energia zespołu, z drugiej zaś wspaniała scenografia, łącznie z plączącym się po scenie Eddiem - wielką maskotką rodem z tandetnego horroru komiksowego. Ironi zagrali przekrój największych przebojów z pierwszych 10 lat działalnosci. Widać było wielki entuzjam publiczności i radość muzyków. Przez tłum cały czas wędrowała olbrzymia flaga, kilkukrotnie też odśpiewaliśmy "Sto lat" obchodzącemu urodziny Dickinsonowi, który najpierw nie wiedział, co chodzi, ale potem się zorientował.

Podsumowując - wspaniały koncert, bardzo dobry kontakt zespołu z publicznością, wiele radości i sporo wzruszeń dla fanów, ale na pewno i dla muzyków. A teraz czekanie na nową płytę i kolejny koncert w Warszawie.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#1226