Koniec ironii?

Obrazek użytkownika Romek M
Idee

Taki obraz: statki stojące na redzie u morskich bram Gdańska, Szczecina, Gdyni i cień małego samolotu, prześlizgujący się między nimi po falach. Towarzyszy tym zdjęciom muzyka, która ma nastrajać lękiem, oraz groźnie brzmiące słowa komentatora dziennika telewizyjnego o "nieodpowiedzialności i pogrążaniu gospodarki". Koniec sierpnia 1980 roku. Koniec wakacji. Kiedy przypominają mi się te kadry, równocześnie brzmi mi w głowie piosenka "Lombardu". Konkretnie ten dwuwers w którym: "spiker cedził ostre słowa, od których nagła wzbierała złość". Tak myślę teraz, że strach najłatwiej jest zneutralizować gniewem. Nie jestem do końca przekonany, czy to najlepsza metoda, ale na pewno w roku 80 była skuteczna.

Pierwsze ważne przesłanie pontyfikatu Jana Pawła II brzmiało "Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi." Wówczas już same pierwsze trzy słowa zadziałały. Niestety nie na długo. Tylko na chwilę układ uległ dezintegracji, by zaraz potem zmodyfikować swój kurs, i na nowo podjąć się zadania - rządu dusz. Kiedy się przyglądam telewizyjnym programom, dochodzę do wniosku, że teraz nie zarządza się już strachem, ale ironią. Udało się zbudować nową medialną narrację. Używając ironii, tego małego bożka z soli, jak pisał w wierszu Z mitologii Herbert można osiągnąć cel - jakim jest urobienie widza, na obraz i podobieństwo wykreowanych modeli - znacznie skuteczniej niż przez strach czy perswazję. Przeciwnika pokonuje się szyderstwem, przebija się jak szydłem ciętą ripostą. W dyskusji nie jest ważne kto mówi prawdę, ale kto dowcipniej puentuje. Żyjemy w kabarecie. A, może to co mówię to nieprawda? Kto w takim razie jest autorytetem dla większości młodych ludzi? Ojciec? Albo ksiądz, czy nauczyciel? A może naukowiec? Czy już na sam dźwięk tych słów, mimowolnie na Twoich ustach czytelniku nie pojawił się uśmiech? A może żachnąłeś się? Jeśli tak, to musisz zdawać sobie z tego sprawę, że obydwa te odruchy zostały w Tobie (nas) zaprogramowane. Obrzydzono nam te postacie. Estetyka kabaretu każe szydzić z wartości, które one reprezentują. Kto ich zatem zastąpił? Celebryta (nie mylić z celebransem), polityk-showman, artysta-podlizywacz, pisarz-skandalista, albo cyniczny kabareciarz. Oni uzurpują sobie rolę soli ziemi. To ich opinie są najbardziej cool i oni to budują narrację, którą bezkrytycznie przejmują odbiorcy. Odbiorcy wcześniej już urobieni. Wpędzeni w sztucznie wytworzoną kulturę, odciętą od korzeni. Zakompleksieni, bez życiowej pewności, poczucia własnej tożsamości, zastraszeni, przepełnieni winą i niechęcią do samych siebie.

Na szczęście czas ironistów się kończy...
Skąd moja pewność, że się kończy? Bardzo prosto mogę to wytłumaczyć. Co się dzieje, kiedy w rozmawiającym towarzystwie pojawi się nagle prymitywny cwaniak-żartowniś, który sypie dowcipami jak z rękawa, ze wszystkiego dworuje, każdą próbę podjęcia poważniejszego tematu obraca w żart? Początkowo nas bawi, a jeśli nasze życie jest nudne, to może nawet zapraszamy go na kolejne spotkania i cieszymy się z nich. Ale po jakimś czasie jego towarzystwo zaczyna męczyć. Mechanizm dowcipu jest stosunkowo prosty, więc powtórzony setki razy przestaje nas zaskakiwać. Estetyka cynika - szydercy, w końcu zawsze wywołuje u zdrowego człowieka zmęczenie i rozdrażnienie. Problem w tym, że kiedy ten gość się wypali, na jego miejsce gospodarz może wprowadzić innego kawalarza. I tak do zupełnego znudzenia. A jeśli nam się kpiarze przejedzą? Herbert pisze, że po nich zwykle przychodzą barbarzyńcy.
Co robić aby nie przyszli? Wydaje mi się, że odpowiedź jest w tym tekście. W drugiej części przesłania papieża. Ja, dla siebie odczytuję te słowa jako "otwórz się na drugiego człowieka." I próbuję je stosować, choć przyznam, jeszcze nie bardzo i nie zawsze mi to wychodzi.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (1 głos)