Benmore – Argyll’s Magnificent Mountainside Garden

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Kultura

Od wielu tygodni i dni mieliśmy w planach wyjątkową podróż do Dunoon i ostatni piątek 24 lipca, okazał się właśnie tym naszym wymarzonym dniem. Na szczęście nie obowiązują już ograniczenia związane z morderczą pandemią coronawirusa i można było w końcu zrealizować dłuższą wyprawę do bajecznego Royal Botanic Garden Edinburgh at Benmore, założony już w roku 1670.

Przygotowaliśmy plecak i gorącą herbatkę w termosie (flask). Z domu wychodzimy 10.25. Wygodny pociąg z Greenock Central do Gourock odjeżdża 10.48. Nasz prom (ferry) odpływa do Dunoon o 11.20. I gdy my dłuższą chwilę czekamy na Terminalu, w tym czasie odprawił się ferry do Kilcreggan. Teraz nasza kolej. Płynie z nami ok 20 osób, większość to młodzi turyści, spotkamy ich później na górskiej trasie. W środku jest b. wiele miejsc wolnych (seat out of use), to zabezpieczenia na wypadek pandemii. Pogodę mamy dobrą, ciepło i właściwie bezwietrznie, a ma to znacznie w górskich warunkach.

Opuszczamy Gourock. Dawno, b. dawno nie płynąłem łajbą. Płynie się b. przyjemnie, jest fajnie. Rozglądamy się ciekawie na wszystkie strony. Podchodzi pani bileterka, bilet powrotny dla jednej osoby 7 funciaków. Mijamy dość duży statek drobnicowy, spokojnie zakotwiczony sporo od brzegu. Mijamy małą latarnię morską. Zachmurzenie się utrzymuje, lecz chmury są dość wysoko i widoczność jest dobra, cicho i spokojnie. Dunoon jest coraz bliżej, a wzgórza coraz to wyraźniejsze. Chwila jeszcze i cumujemy przy nadbrzeżu, płynęliśmy tylko 27 miut. Przed nami małe, spokojne miasteczko, gdzieś na krańcach Zachodniej Szkocji.

Tuż przy przystani rzuca się w oczy b. stylowy pałacyk na niewielkim, skalistym wniesieniu. My kierujemy się w stronę kościoła św. Jana, spod którego mamy autobus do owej rajskiej krainy gór. Idziemy jakieś siedem minut małą, wdzięczną uliczką, pełną małych sklepików w małych i wiekowych kamieniczkach. Ciakawostką są narodowe flagi pokaźnych rozmiarów, wywieszone specjalnie z myślą o turystach, było nam miło gdy ujrzeliśmy i naszą biało-czerowną. Niestety pandemia dotarła i w ten zakątek świata, stąd wiele sklepików było zamkniętych. My tymczasem bez trudu znaleźliśmy kościół św Jana (Saint John's) i nasz przystanek. Trzeba przyznać, iż jak na tak małą mieścinkę, to świątynia a owszem niczego sobie.

Nasz wózek podjechał 12.20, a już 12.40 byliśmy na miejscu. Bilet powrotny (return ticket) dla jednej osoby 5 funciaków. Już na przystanku zaskoczyły nas ogromnych rozmiarów drzewa, które są niejako pierwszą wizytówką Benmore Forest. W naturalnym odruchu zrobiliśmy pierwsze fotki, szeroko przy okazji otwierając usta. A przecież to nie tą stronę mieliśmy zwiedzać, choć i tu były przygotowane specjalne dróżki i mapy dla krewkich turystów. Nasz cel znajdował się dokładnie po drugiej stronie dobrze utrzymanej drogi.

Na miejscu jest b. duży parking dla samochodów i dość małe centrum dla turystów. Jest to zarazem biuro informacji turystycznej, sklepik z nielicznymi pamiątkami, jak i mała gastronomia, w której można zakupić coś na ciepło, znaczy lekkie posiłki, napoje, ciasta. Ja osobiście szukałem małych znaczków, które można sobie wpiąć dla przykładu w bluzę, naturalnie z tematyką Benmore Park ale nic takie nie znalazłem, czego b. żałowałem. Bilet dla jednej osoby dorosłej to 7 funciaków, a sam Park jest otwarty od 10.00 do 18.00. Kupiliśmy też dwie gorące herbatki (naszego flaska zatrzymaliśmy na wyższe partie gór) i dwa zestawy kanapek z pastą rybną. Przed nami było bowiem niemało zwiedzania, co poznaliśmy po mapkach, które otrzymujesz w cenie biletu.

Siedząc na wygodnych ławeczkach wcinaliśmy ze smakiem kanapki, podziwiając zarazem wspaniałą aleję (Redwood Avenue) niezwykle grubych i wysokich drzew, które niejako otwierają zwiedzanie całego kompleksu. Dawniej ta szeroka aleja była jakoby drogą dojazdową do zgrabnego zameczku, zamożnej rodziny, właścicieli tej niezwykłej posesji i twórców samego ogrodu. Jest jeszcze złota brama (Golden Gates Arboretum), która była de facto oficjalną drogą wjazdową dla ważniejszych gości.

Na samym początku niemałą atrakcją jest mostek nad dość szeroką górską, rwącą rzeką, z którego rozpościerają się pierwsze widoki, wprowadzające w bajeczny nastrój, poczucie swobody i w prawdziwie górskie klimaty. W końcu to przecież Argyll’s Magnificent Mountainside Garden i 50 hektarów egzotycznych roślin nie tylko z terenów Szkocji, czy Wielkiej Bratanii ale i z wielu innych miejsc na świecie. Za mostkiem w różne strony rozchodzą się ścieżynki dla zwiedzających, my wybraliśmy się by zobaczyć mały staw (Pond).

A miejsce to jest naprawdę szczególne dla każdego kto lubi wodę, wodne kwiaty, szuwary i mnóstwo gatunków krzewów i pomniejszych drzew. Rzuca się w oczy duża ilość wygodnych ławeczek w miejscach, gdzie każdy może spocząć, prywatnie popłynąć, lekkuchno schować się ze swoją sympatią. Nagromadzenie okazów roślinnych jest tak obfite, iż chwilami człowiek nie wie, w którą stronę odrwócić się, by strzelić kolejną fotkę. I gdy inni wdzięcznie sobie przysiadają przy choćby Dolphin Fountain, my idzeimy wolno dalej z napoły otwartymi ustami, bo trasa jest przed nami jeszcze b. długa. Tak trafiamy na Walled Garden ale ten nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, taki trochę angielski, znaczy b. poukładany. Za to ładne są tam widoki na otaczające nas wzgórza.

Teraz postanawiamy pnąć się wytrwale trasą w górę, by osiągnąć najwyższy punkt w Benmore Parku, zwany Wright Smith Memorial Viewpoint and Shelter. Po drodze mijamy ogromne pałacie Rododendronów (Rhododendrons collection key locations), które już niestety przekwitły, jesteśmy spóźnieni jakieś pięć tygodni. Trudno bowiem sobie wyobrazić przejście tymi ścieżkami w sezonie, gdy to wszystko kwitnie. Tym bardziej, iż ta kolekcja rododendronów jest jedną z najlepszych na świecie, zawiera bowiem aż 300 gatunków tych przepięknych krzewów.

I znowu w wielu miejscach na kolejnych stopniach wysokościowych ławeczki, a z nich piękna panorama gór otaczających Park. Fotki, fotki, fotki! Wreszcie docieramy na ów punkt widokowy i owszem domeczek fajny ale z tym widokiem, to już tak z lekka przesada. Nie zabawiliśmy tam długo, tym b. że jakaś młoda para się tam właśnie b. grzecznie migdaliła i nie chcieliśmy zbytnio przeszakadzać.

Teraz ruszyliśmy za mapą w kierunku Chilean Viewpoint Refuge i to był ten tzw. strzał w dziesiątkę. Wyszliśmy bowiem po niedługim spacerze na drugą stronę góry, skąd roztaczały się przecudne widoki na okoliczne szczyty, wyższe i jeszcze b. urocze, niż te oglądane do tej pory. Na wstępie naszym oczom ukazała się dość szeroka niby polana, niby ponieważ większość drzew była w tym miejscu wyłamana, a zgrabna informacja dla turystów zdawała się mówić wszystko: Chile a Land of Great Extremes. To symboliczne nawiązanie do pięknego kraju Ameryki Południowej, znanego z ekstremalnych warunków pogodowych.

Zgrabny, drewniany, otwarty domek zapewnia schronienie od wiatru, deszczu i stanowi znakomity punkt spoczynku, relaksu oraz posiłku we własnym zakresie. Jest tam też opis i historia tego domku, zbudowanego jako mała kopia kapliczki górskiej z Chile, która misiała przypaść do gustu podczas wyprawy w tamten zakątek świata fundatorowi Parku. Najcenniejsze są jednak widoki z tego miejsca, jak i z wielu innych punktów, które teraz przyszło nam zwiedzać.

Wąską ścieżynką zeszliśmy teraz nieco w dół i trafiliśmy za mapą na niezwykle urocze miejsce z kolejnym małym, drewnianym domkiem (Bhutanese Pavillion), b. wygodnym, z którego jak na dłoni mogliśmy podziwiać strome skałki jednej ze ścian (Bhutanese Glade), tuż na przeciwko. Tam to naprawdę chce się posiedzieć dłużej i po prostu zapomnieć o wszystkim, choć na krótki czas. A kiedy jeszcze dysponuje się czasem, to lepiej se odpuścić i zwyczajnie poddać wolę na ten moment uczuciom, skąd inond b. dobrym. Tym bardziej, iż osobiście uważam to miejsce za najfajniejsze w całym Parku.

W naszych planach było także zwiedzanie położonego niedaleko Chilean Shelter „The Condor” ale niestety w tych dniach szlak, który tam prowadził był zamknięty z uwagi na prace remontowe. Ruszyliśmy zatem wolno w dół, by dotrzeć do zabudowanej szkłem groty skalnej (Victorian Fernery), w której największą atrakcją było nie tylko źródełko z pondem ale przede wszystkim ogromne paprocie, wychodowane przez lata w b. sprzyjających warunkach. To prawdziwa dżungla paproci, choć na b. małej powierzchni. To miejsce specjalnie przypadło do gustu Marysi. Niedaleko jest jeszcze Japanese Valley ale ostatnie burze dokonały na trasie nieco zawałów skalnych i póki co droga tam jest zamknięta. Może przy następnym razie.

Wolno nasz spacer dobiegał końca. Zostało nam jeszcze zwiedzanie systemu pałacowego oraz otuliny parkowej ale największe atrakcje były już właściwie za nami. Sam zameczek robi b. pozytywne wrażenie, oj żyło się kiedyś tu ludziom, oj żyło, na pewno nie mogli narzekać. Jeśli jednak niekiedy to czynili, no cóż natura ludzka jaka jest każdy widzi i dziś. Pewnie można być jednak w takim miejscu szczęśliwym, codziennie dziękując Bogu za dar piękna natury i Jego łaski, której wszystko zawdzięczamy. Tak czy siak z czasem dla jakiś przyczyn państwo przejęło właściwie całość i dziś Benmore House to Outdoor Education Centre - Private, okresowo jednak zamknięty z uwagi na pandemię coronovirusa. Nasze zwiedzanie zakończyliśmy 16.30 w miejscu startu, znaczy w Redwood Avenue.

Na pewno warto zobaczyć też ten film (dobre zdjęcia i dobra muzyka), opublikowany 15 sierpnia 2011 r. przez Royal Botanic Garden Edinburgh:

 

Benmore Botanic Garden - Garden Highlights

 

In a magnificent mountainside setting on the Cowal Peninsula lies Benmore, an enchanting Garden steeped in history and surrounded by dramatic scenery. Benmore's 120 acres boast over 300 species of rhododendron; Bhutanese and Chilean plantings and a spectacular avenue of Giant Redwoods.

 

Nasz autobus w drogę powrotną do Terminalu w Dunoon odjeżdżał 17.25, mając więc nieco czasu na gorąco przeglądaliśmy, co ciekawsze fotki i krótkie filmiki, walcząc z małymi, natrętnymi muszkami, zwabionymi zapachem pomarańczy. Niespodziewanie na przystanku zatrzmał się prywatny samochód i miła Sandra zaproponowała nam, że podrzuci nas do miasteczka. Zgodziliśmy się. Okazało się, że wraz z bratem też wracali do Gourocka, z przejażdżki i Parku Benmore. Dłuższą chwilę rozmawialiśmy w drodze o przeżyciach, wszyscy byli zafascynowani tym niezwykłym miejscem. Okazało się, iż oni płyną z Terminalu Zachodniego, a my z Centralnego. Podziękowaliśmy zatem i ruszyliśmy szeroką, nadmorską Promenadą Dunoon, ku naszemu celowi.

Dystans jest niemały. Jednak zadowolenie kompensuje lekkie zmęczenie. Po drodze ustaliliśmy przy okazji miejsce, gdzie można uczestniczyć w przyszłości we mszy świętej, w katolickim kościele Our Lady and St Mun’s, blisko samej Promenady nadmorskiej, (widoczny dla spacerowiczów). Znaleźliśmy również przy Promenadzie duży Morrison, w którym kupiliśmy gorące herbatki i kanapki. Posileni ruszyliśmy dziarsko na Terminal i czekaliśmy na nasz prom 18.50 do Gourocka.

Było już nieco chłodnawo i dzień chylił się ku zachodowi, jednak to nie przeszkodziło nam wgramolić się na wyższy pokład ferry, by lepiej podziwiać uroki przeprawy morskiej. Trzeba przyznać, że ma to swoje plusy kiedy możesz do woli nawdychać się tego morskiego wiatru, nieco więcej poczuć tego morskiego klimatu. Wilkom morskim to nic ale dla nas to była prawdziwa frajda. W Gourocku już czekał na nas pociąg, którym w siedem minut byliśmy na miejscu. Jeszcze chwila i popijaliśmy już własną, gorącą herbatkę z cytrynką i z b. szerokimi bananami na twarzach, wspominaliśmy naszą udaną wyprawę. To był naprawdę cudowny czas, pełen wspaniałych przeżyć, niezapomnianych chwil i wrażeń.

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 4.2 (głosów:4)