DETERMINACJA
Nie czuję się niegodziwcem i samolubem plującym na operetkowy system: na państwo skazujące mnie na bycie niedojdą. Odwrotnie: to państwo traktuje mnie jak wroga, ciągle mi wmawia, że to, co mam na twarzy, nazywa się DESZCZ.
Niby jestem u siebie, w swoim niepodległym kraju, ale w rzeczywistości pętam się po fabryce psychicznych odpadów, po zakładzie utylizacji logiki, po miejscu, w którym niedobitki mądrych ludzi chodzą w kaftanach bezpieczeństwa, a pieczę nad nimi sprawują Obywatele Kanciarze.
To oni sprawili, że tkwię w roli przygłupa, frajera o nierentownych poglądach, któremu sprzedaje się Kolumnę Zygmunta i który nie wyje z wdzięczności, że zrobiono z niego durnia.
Moje teksty przypominają zażarte rozmowy dziada z obrazem; nie spełniają warunków dzisiejszego dyskutowania, ponieważ wszystkie ich słowa adresowane są do PRZEKONANYCH. A nieprzekonani nie czytają ich z nawyku. Jak dzieci, które, gdy nie chcą słuchać połajanek rodziców, zatykają uszy.
Przegrywam kolejną walkę. Jakich nie użyję argumentów, wychodzę na awanturnika. Zaś by tam na awanturnika! To określenie jest wielce łagodne. Raczej na pieniacza, sobka i zapiekłego wroga polskości.
Ponoszę klęskę, gdyż zniesmaczonych obecnym stanem państwa jest niewielu, a zachwyconych jego upadkiem, co najmniej legion.
Lecz jeśli prawdą jest, że kropla drąży skałę, to nadal będę protestował, bo a nuż jakiś decydent tego szpitala pójdzie po rozum do głowy, szarpnie się na refleksję i w końcu pojmie, o czym piszę... A jak już pojmie, to może zrozumie, że, zanim zostanie wygwizdany, powinien zniknąć z politycznej estrady.
- Blog
- Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz
- 854 odsłony