"Jeszcze będzie na nas", czyli o biurokracji

Obrazek użytkownika Rybitzky
Kraj

W zapowiadanych przez rząd cięciach budżetowych najbardziej zastanawia – czy wręcz przeraża – to, iż będą dotyczyć spraw najistotniejszych. Nie będzie budowy dróg, nie będzie broni dla armii, nie będzie komputerów dla policji. Tymczasem nikt nie mówi o ograniczaniu przerośniętej do granic możliwości biurokracji.

Machina biurokratyczna co roku pożera miliardy i jest rakiem niemal każdej państwowej instytucji. Sam byłem jej trybikiem półtora roku temu, co ostatecznie przekonało mnie, iż w polskich urzędach niezbędne są cięcia. I trzeba ja wykonać nie chirurgicznym skalpelem, a katowskim toporem.

Odbywałem praktyki w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim. To położony nad Odrą monumentalny gmach, typowy przykład architektury narodowego socjalizmu. Bardzo podobny do słynnej berlińskiej Kancelarii Rzeszy.

Pominę, w jakim dziale pracowałem, ale był on dosyć istotny dla funkcjonowania województwa. Mimo to trudno było tam dostrzec objawy wytężonej pracy. Połowa urzędników zajmowała się głównie siedzeniem na Naszej Klasie i robieniem bałaganów w skoroszytach.

Skoroszyty to była zresztą główna oś działania wydziału. Jednym z moich porannych obowiązków było ustawianie ich na miejscu (wiadomo, stażysta). Ku mojemu zdziwieniu, w szafie ze skoroszytami panował nieustannych chaos. Po pewnym czasie odkryłem dlaczego.

Otóż, głównym zajęciem urzędników nie była praca, a symulowanie pracy. W DUW papiery ciągle krążą z wydziału do wydziału, a urzędnicy je przenoszą. Takie przenoszenie papierów to najlepsza rzecz. Najpierw trzeba taki papier znaleźć w skoroszycie. I prawdziwą tragedia dla urzędnika jest, gdy skoroszyt leży na właściwym miejscu. Wtedy nie można stać kilku minut przed szafą.

Potem można ruszyć z dokumentem w ręce poprzez niekończące się korytarze urzędu. Pokonanie szybkim marszem budynku DUW z jedno końca na drugi i z powrotem zajmuje kilkanaście minut. Ale kto mówi, że marsz urzędnika ma być szybki? Można przecież pogadać z kolegami, skoczyć na kawę, kupić gazetę… I pół godziny przelatuje!

Najzabawniejszą przygodę miałem z niszczarką do papieru. Zawsze chciałem się czymś takim pobawić i ucieszyłem się bardzo z worka „poufnych” dokumentów przeznaczonych do likwidacji.

Niestety, ledwie po paru kartkach urządzenie przestało działać. Zdjąłem pokrywę i okazało się, iż noże niszczarki są zupełnie tępe, a w dodatku skorodowane. Pomyślałem więc, że znajdę jakiegoś administratora, który da mi nowe ostrze. No, ale gdzie takiego znaleźć? Postanowiłem poprosić o pomoc kolegę. Rozmowa wyglądała tak:

- Niszczarka się zacięła.
- Co? Popsuła się?!
- No tak, ale można przecież pójść do…
- Nie, nie, bo jeszcze będzie na nas! Zostawmy ją jak jest.
- Hm, ok, ale co z papierami?
- Eee… wrzuć je do kosza, sprzątaczka wyniesie.

Swoje doświadczenia spisywałem w dzienniczku praktyk. Oczywiście, w bardziej oszczędnej formie, ale i tak nie spodobało się to dyrektorowi wydziału. Swoją droga, nie wiedziałem w ogóle, że on to będzie czytał. Dzienniczek jest przeznaczony dla uniwersyteckiego opiekuna praktyk.

Pan dyrektor był zbulwersowany przedstawionym przeze mnie obrazem pracy urzędników i zbolałym głosem zapytał, czemu im to robię, skoro byli dla mnie dobrzy i nie obciążali pracą. A potem dodał, że już żaden student politologii u nich miejsca nie znajdzie.

Musze podkreślić, iż poza panem dyrektorem wszyscy w DUW faktycznie byli dla mnie bardzo mili. Co nie zmienia faktu, że znaczną część z nich powinno się zwolnić, tak jak i tysiące innych urzędników. Taki krok wymagałby jednak od polityków odwagi. Lepiej więc rezygnować z autostrad, niż nałogowych użytkowników Naszej Klasy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

brzmi bardzo znajomo... ja praktykę robiłem tylko w urzędzie miejskim, jednak wyglądało to podobnie. Choć niektórzy coś robili, to miałem poczucie marazmu i braku ikry.

Niektóre panie, z całym szacunkiem dla nich, zamiast tabelek używały tabulatorów, bo tak im wygodniej... Oczywiście wszędzie MS Office, jakby nie dało się pisać prostych dokumentów doc w OpenOffice?

Kolejna rzecz, to brak jakiejś wizji. Odniosłem wrażenie, że trzeba ludowi dać "chleba i igrzysk" a reszta nieistotna. Więc zamiast budowy dróg lokalnych, uznano za ważniejszą budowę stadionów... Oliwy do ognia dolewa fakt, że wiele dróg ma sytuację prawną nieuregulowaną... Strach się bać.

A najgorsze to jak trzeba jakiemuś zatroskanemu obywatelowi odpowiedzieć. Burzy on przecież błogi spokój, dlatego trzeba dać mu odpowiedź na odwal... Pięknie

Jak ma być w kraju dobrze, skoro wiele rzeczy zależy nie od rządu czy województwa, jak na poziomie gmin mamy brzydko mówiąc "burdel"?

Lepiej dawać pieniądze rodzinom biednym (bez większej refleksji, co z nimi robią), aby mieli za co pić - moja propozycja, aby kupować hurtowo im alkohol została niemiło przyjęta... A ja jako realista wiem, że moja racja!

Coś dziwnego, u nas wszystko jest paradoksem, są pieniądze dla pijaków, dla obiboków a zwykły obywatel się nie liczy.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#12698