Ofiar nie było - czyli - nikt nie ucierpiał?

Obrazek użytkownika matka trzech córek
Kultura

Ileż to razy słysząc, że w tym, czy innym wypadku ofiar nie było, oddychamy z ulgą, lekceważąc całe doniesienie. Naszą uwagę przykuwają zazwyczaj takie katastrofy, w których krwawe żniwo zbiera kostucha.
Podobnie było i ze mną, do momentu, kiedy sama doświadczyłam traumy otarcia się o śmierć. Od tego czasu inaczej reaguję na doniesienia typu: na szczęście - nikt nie został nawet ranny!
To było parę lat temu, ale pamiętam to tak, jakby zaledwie wczoraj doszło do tej sytuacji…

 

Trzynastka się spóźniała i nerwowo spoglądałam na zegarek. Moja córka zniecierpliwiona czekaniem zadzwoni pewnie zaraz na komórkę. Jest sygnał: „Mamo, gdzie jesteś?” - Czekaj przed bramą szkoły! Już widzę tramwaj, za chwilkę będę!

Zapchana 13-nastka z trudem pomieściła wsiadających. Udało mi się jednak stanąć przy oknie naprzeciwko środkowych drzwi - to moje ulubione miejsce w tramwaju. Większość pasażerów wysiadła na następnym przystanku. Dworzec Wschodni o tej porze jest wyjątkowo oblegany. Ludzie wracają po pracy do swoich domów w podwarszawskich miejscowościach.
Wszystkie miejsca siedzące w tramwaju pozostały jednak zajęte, bo chociaż trasa dobiegała końca, to godziny szczytu zawsze zapewniają komplet pasażerów. Stałam przytrzymując się poręczy siedzenia. Mimo woli zajrzałam do Angory czytanej przez siedzącą poniżej mnie kobietę. Pomyślałam sobie nawet, że takie sprośności, które ma przed sobą, powinno się czytać raczej w dyskretnym zaciszu domowym.

Tymczasem tramwaj skręcał w lewo, pomiędzy usytuowany frontem długi blok mieszkalny, a ogródki działkowe i zajezdnię tramwajową. Zwykle spoglądam wtedy w stronę podblokowego nieużytku, bo hasające tam dzieciaki nieraz potrafią dla zabawy rzucać kamieniami w przejeżdżające tramwaje. Ot, Praga!

Dlaczego wtedy odwróciłam wzrok w przeciwną stronę? Może zadziałała intuicja - jakiś wewnętrzny sygnał ostrzegawczy i skupił moją uwagę na tramwaju, który pojawił się jakby spod ziemi. Rzadko używane torowisko z tyłu zajezdni, osłonięte działkami, kierowało ku nam jakiś pojedynczy pędzący w szaleńczym tempie wagon.

W zdumieniu obserwowałam sytuację, a logika kazała wytężyć uwagę. Tramwaj nie hamował, a malejący gwałtownie kąt jazdy "intruza" względem naszego składu, sugerował wyraźnie, że zwrotnica znajdowała się tuż przed nami. Dalej był tylko jeden tor!

  Co czuje człowiek w chwili nieuchronnego zagrożenia? Niezwykle podłe jest to uczucie. Bezradność w oczekiwaniu na najgorsze i świadomość, że cokolwiek się zrobi w tej ostatniej sekundzie, to i tak nie ma się wpływu na to, co ma nastąpić.
Skamieniała, chwyciwszy się oburącz poręczy siedzenia nad głową zaczytanej współpasażerki, czekałam…
Potężne uderzenie poprzewracało ludzi nieświadomych sytuacji - stojących, zaczytanych, zamyślonych. Następne pozrzucało z plastikowych foteli tych, których siły były zbyt słabe, by się utrzymać na miejscu.
Tramwaje zdawały się walczyć ze sobą o miejsce na szynach i szarpiąc wzajemnie, zabawiały się jakby zgromadzonymi w środku pasażerami. Trzymając się kurczowo swojej poręczy, obserwowałam ludzi bezradnie przesuwających się obok mnie, by dokończyć ten dziwny stan nieważkości na stosie leżących już z przodu wagonu ludzi. Przypomniały mi się sceny z „Titanica”, kiedy po pochylonym pokładzie tonącego statku bezradni pasażerowie zsuwali się w otchłań.

Pamiętam moment zwątpienia, które pojawiło się, kiedy kolejne szarpnięcia i uderzenia zdawały się nie mieć końca. Wszak mój umysł przygotował mnie na jedno, potężne, ale pojedyńcze uderzenie. Rzeczywistość zaś trwała i zdawała się nie mieć końca. Boże! Więc to taki mój kres?
Krzyki ludzi nie podnosiły na duchu: „Jezuuu!” Niosły się pod niebiosa i chyba zostały wysłuchane, bo nagle wszystko ustało. Cisza. Teraz już ze złorzeczeniami, dla odmiany, na ustach, ludzie podnosili się wzajemnie i w przerażeniu sprawdzali stan swoich kości. Poobijani, pomazani pośniegowym błotem z podłogi, głośno wyrażali swoje opinie na temat obu motorniczych.
Drzwi naprzeciwko mnie zabarykadowane były tramwajowym intruzem. Wcisnął się pomiędzy nasz wagon, a metalowe ogrodzenie zajezdni tramwajowej i zapewne to wyhamowało ten rajd ku śmierci. Tym bardziej pewny, że z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie kolejny tramwaj, a nasz dwuwagonowy skład usytuowany już był w najgorszym z możliwych miejscu na przyjęcie skroniowego zderzenia.
Całości koszmaru dopełnił krzyk jednego z pasażerów: „Zaraz wybuchnie benzyna”! Jaka benzyna? - Pomyślałam. Paliwo w tramwaju? Pojawił się jednak dym i to zapewne wywołało panikę, a słowa potraktowano poważnie. Nie próbowałam już rozumować na temat mechanizmów tramwajowych, ale wyobraziłam sobie swoje dziecko zbliżające się do ewentualnego miejsca wybuchu i poddałam się ogólnemu nastrojowi. Grozy dopełniały zablokowane drzwi. Udało się jednak wyważyć ostatnie z nich i tłum zmaltretowanych ludzi w pośpiechu opuścił wagon.

Kiedy w wieczornej, króciutkiej wzmiance telewizyjnej lakonicznie podano, że nikt nie został ranny, uśmiechnęłam się z zażenowaniem. Panika, którą obserwowałam, była w stanie nieść ludzi z zagrożonego wybuchem miejsca, nawet na połamanych kończynach. Rozpierzchli się jak stado przepłoszonych gołębi.
..........................................................

Następnego dnia, w internecie, znalazłam komentarz dotyczący zdarzenia. Rozbawił mnie, ale nie do końca:
Zderzenie tramwajów na Pradze. Wykolejone wagony
Autor: Gość: Aga …………. 20.02.10, 10:02
Moj mąż jechał ta 13-stką i od wczoraj mam przez to przechlapane, gdyż zacierpiał na "syndrom ocaleńca". Cały czas powołuje się na traumatyczne przeżycie i cudowne ocalenie i w związku z tym odmawia udziału w sobotnim sprzątaniu. Uważa, że ocalał nie po to, aby sprzątać, lecz dla jakichś wyższych celów!

Ocena wpisu: 
Brak głosów