Czy koledzy Igora Janke to....?

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

Opowiem Wam dziś historię 400 egzemplarzy książki zatytułowanej „Baśń jak niedźwiedź”, dwóch egzemplarzy książki zatytułowanej „Napastnik” oraz pewnej transakcji, która niestety nie miała szczęśliwego końca, ale może się to jeszcze zmieni.
Na fali coraz większej popularności tej mojej Baśni, dzwonią tu różni ludzie, z których część chce sobie pogadać, część chce mnie oszukać, a część chce zrobić jakiś tam interes. Niewielki, bo jaki interes można ze mną zrobić. To w końcu są książki, a nie tankowiec z ropą, ani nawet silos z pszenicą. To nawet nie jest dystrybutor biopaliwa, ani wniosek o dotację z Unii, tak więc myśląc o tych interesach musicie cały czas trzymać odpowiednie proporcje.
W listopadzie zeszłego roku zadzwonił do mnie pewien pan, który przedstawił się jako reprezentant wydawnictwa „Demart”, zapragnął porozmawiać ze mną w sprawie sprzedaży moich książek, a także jakiejś innej współpracy, być może pisania dla nich. Ja się chętnie na spotkanie zgodziłem i pojechałem do Piastowa, gdzie firma ta ma siedzibę. To było jakoś po targach książki w Krakowie, na które nie mogłem pojechać. Początek listopada. Przyjęli mnie dwaj panowie, jeden był szefem przedstawicieli handlowych, a drugi prezesem, jak się później okazało jednym z dwóch prezesów. Ten pierwszy miał i ma nadal na imię Andrzej, a ten drugi niestety nie wiem jak, bo nie zapamiętałem. Po kilku wstępnych uprzejmościach ten drugi oznajmił ni z tego ni z owego:
Znamy Igora Janke, to świetny autor. Wydajemy jego książki.
Uśmiechnąłem się uprzejmie i czekałem na dalsze rewelacje.
Może pan także napisałby dla nas coś, możemy o tym porozmawiać
Akurat o tym nie miałem ochoty rozmawiać, choć obaj panowie zrobili na mnie jak najlepsze wrażenie, nie z powodu Igora Janke, ale z powodu sieci przedstawicieli handlowych, którą dysponowali. Podejrzewałem, że jeśli dam im książki w konsygnację, oni sprzedadzą je szybko i współpraca będzie rozkwitać jak kaczeńce na wiosnę. Każdy będzie zarobiony, a ja będę mógł spokojnie pisać to co sobie zaplanowałem. Wykręciłem się jakoś z tej współpracy pisarskiej, bo miałem własne plany, a także podejrzewałem, że nie dostanę za nią tyle pieniędzy ile bym oczekiwał i postanowiłem skupić się na drugim obszarze naszych negocjacji. Nie było łatwo, ale nigdy nie jest łatwo, w końcu ustaliliśmy, że dzielimy się zyskiem po połowie, co jest jak się domyślacie skrajnie niekorzystne dla autora. No, ale kiedy mamy do czynienia z taką a nie inną sytuacją na rynku autor nie ma wiele do gadania.
Zawiozłem im książki, a część oni sami odebrali ode mnie kurierem. Czegoś tam brakowało, jakiś dodruk się szykował akurat, czy coś podobnego. W każdym razie poszło to do nich w dwóch transportach. Policzone, zważone, umowa podpisana, czekamy co będzie. Był to, o ile mnie pamięć nie myli 18 listopada 2012.
Na początku stycznia zadzwoniłem do pana Andrzeja, żeby się dowiedzieć co tam słychać u moich książek. Okazało się, że prawie wszystkie sprzedane. Super - pomyślałem, teraz dopiero się zacznie, będziemy opychać nakład za nakładem. I oni i ja będziemy zarabiać i będzie fajnie. W drugiej połowie stycznia zadzwonił pan Andrzej i smutnym głosem oznajmił mi, że choć sprzedał wszystkie książki, współpracy niestety nie będziemy kontynuować.
Dlaczego? - nie mogłem uwierzyć – dzielę się z nimi po połowie moją krwawicą, w stosunku skrajnie dla mnie niekorzystnym. Książki sprzedają się jak świeże bułki, bo musicie wiedzieć, że sprzedaż 400 egzemplarzy jednego czy dwóch tytułów, bez ogromnej promocji w mediach, w ciągu półtora miesiąca to jest na polskim rynku wyczyn.
Prezesi się nie godzą – powiedział pan Andrzej – chcą, żeby im pan sprzedał prawa do tytułu „Baśń jak niedźwiedź” i chcą, żeby pan dla nich pisał.
Niech mnie pocałują w dupę, pomyślałem brzydko o prezesach i zapytałem pana Andrzeja z jaką datą wystawiamy rachunek. Wydawnictwo „Demart” zastrzegło w umowie, że rachunek płatny będzie w terminie 90 dniowym. Zgodziłem się. Wystawiliśmy rachunek z datą 1 lutego 2013. 90 dni minęło jak łatwo policzyć 3 maja. Oczywiście żadnych pieniędzy nie dostałem.
W międzyczasie pan Andrzej zadzwonił do mnie jeszcze z prośbą następującą: on mi wyśle dwa egzemplarze książki Igora Janke pod tytułem „Napastnik”, a ja ją zrecenzuję na swoim blogu w salonie24. Powiedziałem mu wprost, że jakakolwiek entuzjastyczna recenzja nie wchodzi w grę. Nie dlatego, żebym nie potrafił jej napisać, nawet gdy uznam, że książka Igora Janke to nędza, ale dlatego, że w moim wykonaniu taka recenzja będzie skrajnie niewiarygodna i publiczność jej nie kupi. No dobrze - powiedział pan Andrzej - rozumiem, ale może by pan coś wymyślił. Obiecałem, że wymyślę, bo w tamtym czasie miałem jeszcze bardzo dobre zdanie o wydawnictwie „Demart” . No i właśnie wtedy napisałem tekst pod tytułem „Czy Igor Janke chce być polskim Orbanem”, który nasz gospodarz z właściwą sobie werwą uznał za nieudany tekst konkursowy. Poświęcił mu nawet kilka życzliwych uwag omawiają wyniki ogłoszonego przez siebie konkursu, który dotyczył tej książki, Orbana, oraz wycieczki do Budapesztu, którą fundował wydawca, czyli wspomniane tu już i wymienione przez Igora Janke wielokrotnie wydawnictwo „Demart”.
Wracajmy jednak do pieniędzy. Jakoś pod koniec kwietnia postanowiłem upomnieć się o swoje i zapytałem grzecznie za pomocą poczty elektronicznej czy mam szansę na to, by otrzymać swoje pieniądze wcześniej. Rachunek wystawiony, wszystkie książki sprzedane, nie ma więc powodu, by zwlekać. Prawda? Nie chodziło wszak o towar zalegający półki magazynowe i podłogi, nie chodziło o jakąś niesprzedającą się nędzę, którą trzeba wspomagać konkursami, programami telewizyjnymi, gdzie autor kroi cebulę, a prowadzący morduje ryby. Nic takiego nie wchodziło w grę, chodziło o książki, które sprzedały się właściwie od razu.
Otrzymałem odpowiedź odmowną i wykrętną. - Jest bardzo ciężko, kontrahenci nie płacą – powiedział pan Andrzej. Postanowiłem więc czekać aż upłynie termin. I on wreszcie upłynął. Znów wymieniliśmy maile i znów okazało się, że pieniędzy nie ma. Przy okazji sprawdziłem kogo jeszcze prócz Igora Janke wydaje wydawnictwo „Demart”, oto okazało się, że również Tomasz Rożka, znanego salonowego blogera i dziennikarza naukowego zdaje się z Katowic, który swoim sympatycznym stylem wzbudza szczery entuzjazm i młodszych i starszych. Mam nadzieję, że chociaż temu Rożkowi płacą w terminie. W końcu jest czerwonym blogerem, pracuje w poważnych mediach, nie to co ja.
Jakoś przed targami majowymi pan Andrzej zadzwonił do mnie raz jeszcze i zaproponował mi wyjście takie: oni będę mi płacić co tydzień 1000 złotych, a zaczną już w przyszłym tygodniu i jakoś tę należność z siebie zepchną. Powiedziałem, że się zastanowię, a zastanawiałem się dokładnie tydzień, czekając na pierwszą wpłatę, która byłaby z ich strony wyraźnym gestem dobrej woli i szczerej chęci uregulowania należności. Oczywiście żadne pieniądze nie wpłynęły. Odrzuciłem więc propozycję pana Andrzeja informując go o tym drogą mailową. Powiedziano mi potem, że dobrze zrobiłem, bo nie uzyskałbym swoich pieniędzy pewnie przez najbliższy rok. Istnieje bowiem coś takiego jak wykazywanie dobrej woli. Można po prostu płacić człowiekowi raz na pół roku po 50 złotych wykazując dobrą wolę i każdy sąd to uzna.
Maj to jak wiemy miesiąc targów i jakoś w czasie tych targów, nie miałem głowy by pisać maile do pana Andrzeja. Poza tym chciałem im jednak dać czas, bo może rzeczywiście akurat nie mieli pieniędzy. Kiedy jednak siedzieliśmy z Toyahem na stadionie narodowym, podszedł do nas sam pan Andrzej, bardzo się ucieszył, że mam już trzeci tom i zapytał ile mu dam rabatu, jeśli zdecyduje się na zakup. Nie chciałem być niegrzeczny, więc dałem mu 5 złotych rabatu. On zaprosił do naszego stoiska jeszcze prezesa sieci hurtowni „Azymut” i ponarzekaliśmy wszyscy wspólnie na sytuację rynkową. I nagle pan Andrzej zapytał – czy ci moi prezesi zapłacili panu w końcu? Wyznałem, że nie. Posmutniał trochę i się pożegnał. Wzruszyłem się jego postawą, ale postanowiłem nie wymieniać już z nim maili tylko zadzwonić do księgowej wydawnictwa „Demart”, słusznie przypuszczając, że telefonami do prezesów niczego nie uzyskam. Pani księgowa odnalazła bez trudu mój rachunek i powiedziała mi, że nie został on jeszcze zaakceptowany przez prezesów, tak więc pieniądze nie mogą być wysłane na moje konto. Zwróciłem jej uwagę, że w świetle nowych przepisów niezapłacone rachunki nie mogą być wrzucone w koszta, bo jest to wtedy przestępstwo skarbowe. Coś tam bałakneła niezbyt grzecznie i rozstaliśmy się bez entuzjazmu. Ach! Byłbym zapomniał, powiedziała, że termin płatności mojego rachunku upłynął nie w dniu 3 maja, ale w dniu 20 maja, nie ma się więc o co denerwować, bo firma przekroczyła go zaledwie o parę dni. No, ale minął jednak ten termin – próbowałem się bronić. Jak się okazało bezskutecznie. Na początku czerwca, dokładnie 5 dnia tego miesiąca, wysłałem do wydawnictwa „Demart” wezwanie do zapłaty. Powiedziano mi bowiem, że to zawsze działa. - Jak kochany wysyłasz wezwanie do zapłaty i piszesz, że idziesz do sądu, od razu płacą – tak mi powiedział znajomy. No więc wysłałem to wezwanie i czekałem dwa tygodnie, a potem znów zadzwoniłem do księgowej. Miała dziwną miękkość w głosie i zaproponowała mi, żebym zadzwonił do prezesów. Dała mi nawet telefon. Zadzwoniłem. Odebrała sekretarka.
Pan w jakiej sprawie?
W sprawie niezapłaconego rachunku
Łączę z prezesem
Pi, pi, pi, pi, pi, pi, pi, pi
Niestety prezes nie odpowiada
Poproszę w takim razie o rozmowę z drugim prezesem
Pi, pi, pi, pi, pi, pi, pi, pi
Prezes nie odpowiada
Proszę w takim razie powtórzyć prezesom, że opiszę całą tę historię na swoim blogu i skieruję sprawę do sądu
Dobrze, powtórzę
Ponieważ nie chciałem być namolny odczekałem jeszcze dwa tygodnie i dopiero wczoraj pojechałem do znajomego prawnika, żeby mi powiedział jak się pisze pozew. I on mi powiedział. Pozew ten składam jutro w sądzie rejonowym w Pruszkowie, a całą historię zgodnie z obietnicą daną pani sekretarce opisuję na blogu. Jak widzicie jestem grzeczny i nie awanturuję się. Dawno już bowiem straciłem wiarę w to, że za pomocą słowa pisanego można coś uzyskać. Jestem nawet w stanie określić precyzyjnie dzień, kiedy moja wiara w interwencje słowne załamała się całkowicie. To był ten sam dzień, w którym Igor Janke ogłosił, że odchodzi z dziennikarstwa. - Jest bardzo źle – pomyślałem – już nic się nie da załatwić po dobroci, skoro tacy ludzie odchodzą.
Dla każdego jest bowiem oczywiste, że kiedy ludzie wolnych mediów idą do thing thanków, to takie sprawy jak moja i setki podobnych będą już tylko spychane w coraz ciemniejsza zakamarki archiwów sądowych. Oby tylko pan Igor spełnił się w tej swojej walce o wolność dla nas wszystkich i żeby mu choć wydawcy płacili w terminie, bo jeśli przestaną to śnieg nas tu już całkiem przysypie. I jeszcze ten Rożek, mędrzec, naukowiec, współpracownik wielu redakcji i pracownik akademicki. On to dopiero musi imponować prezesom wydawnictwa „Demart”. Jemu też powinni płacić w terminie. Zastanawiam się, czy nie założyć jakiegoś think thanku, który zajmowałby się monitorowaniem terminów płatności zawartych w umowach wydawniczych pomiędzy znanymi i lubianymi dziennikarzami a dużymi i bogatymi wydawnictwami. Nie wiem czy to dobry pomysł. A Wy? Jak myślicie?

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl gdzie można kupić nasze książki i przypominam, że 6 lipca mam wieczór autorski we Wrocławiu, w kawiarni Merlin o 18.00, a 12 lipca, wieczór autorski w Nysie, na dziedzińcu muzeum, także o godzinie 18.00

Ocena wpisu: 
Brak głosów