Jak Pani Swojczowa od siekiery i noża rodzinę wybawiła

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Stanisław Syzduł był Polakiem, mieszkał już od pokoleń na kolonii polskiej Boża Wola, która przylegała do Swojczowa, a drugim końcem łączyła z polską dużą kolonią Władysławówka. Dom Staszka stał około 500 m tylko od naszego kościoła, położonego na wzgórku. Do dziś dobrze pamiętam jego rodziców, to byli ludzie dobrzy i wierzący, często widywałam ich w niedzielę i święta w naszym kościele. Choć nigdy nie byłam u nich w domu, znałam jednak dobrze Staszka, który często przychodził do nas, do mojej starszej siostry Lodzi, do której się wyraźnie zalecał. To był naprawdę dobry chłopak, porządnie wychowany, o miłym usposobieniu, koleżeński, nic więc dziwnego, że miałam i nadal mam o nim, jak najlepsze zdanie.

Podobnie jego rodzeństwo: młodszy brat Leonard oraz siostry Janina i Zofia, też byli dziećmi dobrymi, ułożonymi i mogli być właściwym przykładem dla nas wszystkich. W tych strasznych dniach, także rodzina Syzdułów, wiele razy zastanawiała się nad możliwością opuszczenia swoich rodzinnych stron, przynajmniej na razie. Póki co, w lęku i w coraz większym zastraszeniu, trwali na swojej ojcowiźnie. Nawet już po wymordowaniu Dominopola, gdy inni uciekali całymi rodzinami do miasta, oni wciąż mieli nadzieję na lepszą przyszłość, na przetrwanie tego banderowskiego koszmaru. W dzień życie w nieustannym lęku, a po nocach wielki strach przed ukraińskimi bandziorami. I to jakże bolesne, upokarzające się chowanie po przeróżnych kryjówkach, jak zaszczute zwierzęta przed wprawnym myśliwym i jego psiarnią. Człowiek patrzył na niebo, patrzył na zegarek i już wiedział, że nadchodzi noc dosłownie i w przenośni, że idzie wielki krokami zło, straszne godziny leku i udręki, a może nawet gwałtowna śmierć, pośród hańby i barbarzyńskich metod znęcania się nad ofiarami. Tego jeszcze i dziś nie da się wprost opisać, ileż to kosztowało ich i nas wszystkich zdrowia psychicznego i fizycznego, jeden Pan Bóg tylko na niebie wie i niech on tylko to mierzy, człowiek w tych rachunkach na pewno się pomyli.

            Na razie rodzina Syzdułów z Bożą pomocą jakoś to wszystko znosiła, jednak gdy niebezpieczeństwo stawało się, coraz bardziej realne, rodzice i rodzeństwo Staszka, wszyscy potajemnie uciekli do Włodzimierza Wołyńskiego. Na ojcowiźnie został jedynie Staszek z żoną i dwójką dzieci. Dobrze znam tę historię od mojej siostry Leokadii oraz tatusia Jana, których Staszek spotkał potem przed kościołem pw. św. Joachima i Anny na ulicy Farnej we Włodzimierzu. Opowiedział im wtedy ze szczegółami historię ocalenia jego rodziny, mówił z przejęciem tak: „Kiedy mój ojciec i moja macocha oraz rodzeństwo, wszyscy uciekli do Włodzimierza, w domu zostałem tylko ja z żoną Zofią oraz dwójką naszych dzieci, przy czym jedno miało niecały roczek. Szczerze mówiąc cieszyłem się, że już ich nie ma bowiem oto mogłem objąć we władanie, całą naszą gospodarkę, całą ojcowiznę. Wcale nie myślałem uciekać  z domu tym bardziej, po tych zmianach. Jednego dnia, wczesnym rankiem, wyszedłem z domu po mleko dla moich dzieci, właściwie wciąż jednak nurtowały mnie niespokojne myśli: ‘Co robić, zostać czy uciekać, a nóż nas tu wszystkich Ukraińcy wymordują?!’. Zarazem po głowie wciąż tłukły mi się słowa żony: ‘No gdzież na głód pójdziemy z małymi dziećmi?!’. Naprawdę nie wiedziałem co robić!

W takich właśnie rozterkach, udrękach duchowych, popatrzyłem przez przypadek na Kościół, bowiem rozglądałem się na wszystkie strony, czy aby mogę swobodnie przejść po mleko. W tych czasach, trzeba już było bowiem zachować najwyższą ostrożność, inaczej groziła śmierć i to w najokrutniejszej formie, ukraińscy bandyci nie przebierali w środkach. I właśnie wtedy zobaczyłem, że na jednej ze starych, wiekowych lip, które otaczały nasz kościół w Swojczowie, korona gałęzi została przysłonięta mgłą gęstą. A w tej mgle, ukazał się mi się cudowny, nasz ukochany Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Maryja trzymała na rączkach Pana Jezusa i była dokładnie taka sama, jak na Obrazie w kościele, z jednym małym, ale jakże ważnym wyjątkiem: jej prawa ręka, zamiast spokojnie spoczywać na ręce lewej, jak to jest zawsze na Obrazie, była wyprostowana i wyciągnięta w kierunku zachodnim, wyraźnie wskazywała na miasto Włodzimierz Wołyński. Byłem tym cudownym spotkaniem, tak zaskoczony, że właściwie nie wiedziałem, czy to prawda, rzeczywisty cud, czy też może mi się coś, tak dziwnego przewidziało. Dlatego zaraz wróciłem do naszej kryjówki i zawołałem na swoją żonę Zofię, aby natychmiast ze mną poszła, gdy się zjawiła, poprowadziłem ją w to miejsce i mówię do niej: ‘Co widzisz?’. A ona niemal natychmiast wykrzyknęła z wielkim zdziwieniem: ‘O Matka Boska! I ma wyciągniętą rękę!’.  A ja zaraz widząc, że mi się nie przewidziało, że to nieprawdopodobna rzeczywistość, powiedziałem do niej zdecydowanie: ‘Wskazuje na Włodzimierz, jednak widać musimy uciekać!’.

Żona jednak, jak to kobieta i matka, tak mi zaczyna zawodzić: ‘A co my tam będziemy jeść i jak my tam przeżyjemy?!’. Ja jednak wiele tym biadoleniem, już się nie przejmowałem. Wziąłem jedno dziecko, a żona drugie i zaraz, jeszcze podczas dnia, przez błota i Kohyleński Las, przedostaliśmy się do miasta, cali i zdrowi.” 

Pamiętam, że gdy nasz tatuś Jan Rusiecki nam to wszystko opowiadał, to tak się przy tym głośno zastanawiał: „Czy to może być prawda, czy to może być prawda?”. Zaraz jednak znacząco dodał: „Stach to człowiek uczciwy, wiem o nim, że nie potrafi kłamać, widać z tego, że rzeczywiście miał widzenie, że to prawdziwy cud!”.  W tym czasie, byłam już mężatką z dzieckiem na ręku, a więc osobą dojrzałą, dlatego i ja w duchu zastanawiałam się nad tym wszystkim, a myślałam przy tym tak: „Jednak widać mieli jakieś widziadło, widać był to cud, to przecież tak ubodzy ludzie i tak przy tym dobrzy. Widać Bóg ulitował się nad nimi i wskazując im drogę, wyrwał ich z opresji, niemal z pewnej śmierci od zdradzieckiego noża.”. Możliwe, że Staszek Syzduł jeszcze komuś o tym opowiadał, choć niekoniecznie w każdym razie, już nigdy więcej, nie spotkałam jego samego i jego rodziny również. Dlatego nie wiem właściwie, czy przeżyli II wojnę światową i czy później wyjechali do Polski. [fragment wspomnień Janiny Topolanek z d. Rusiecka z kolonii Teresin na Wołyniu]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:8)