Let's go Murphys

Obrazek użytkownika Budyń78
Kultura

"Idzie punol anarchista i rastaman pacyfista/Idzie depesz pomylony, obok skinhead pierdolony/Nikt nikogo nie zaczepia, oni wcale się nie biją/Ludzie, ludzie, ja zwariuję, oni razem piwo piją/To są tylko marzenia/Marzenia!" śpiewał na początku lat 90-tych warszawski Zamach Stanu a wczoraj przy okazji koncertu Dropkick Murphys można było zobaczyć, że jednak coś się od tamtej pory zmieniło. O ile bowiem depeszów żadnych nie było, oprócz tego w warszawskiej Progresji można było spotkać i punków, i hardcore'owców, i kilku fanów ska, a z drugiej strony skinheadów - i to niekoniecznie apolitycznych - i Teddy Boysów (wyróżniających się tatuażami na całe plecy). I mimo tego totalnego wymieszania nie doszło do żadnej awantury. Tyle obserwacji socjologicznej, teraz o muzyce słów kilka.

Support pierwszy, czyli The Black Tapes sobie darowałem, bo czułem, że przyjemniej będzie jednak przed klubem, niż w klubie. Do środka wszedłem więc dopiero, gdy zaczynał grać pierwszy gość ze Stanów, czyli dziewczęcy, punk rockowy Civet. W zgodnej opinii uczestników tu wrażenia wzrokowe wyraźnie dominowały nad słuchowymi, ze sceny dobiegła dość monotonna, szybka łupanka na jedno kopyto, męcząca po dwóch, trzech utworach. A wina leży raczej w nagłośnieniu, niż w kapeli, bo z płyty brzmi to o wiele przyjemniej.

Po dziewczynach i dość długiej przerwie przyszła pora na bohaterów wieczoru. Zaczęli od setu zagranych prawie bez przerw szybkich kawałków, które trudno było nawet rozpoznać. Później stopniowo zaczęli czady przetykać numerami o bardziej irlandzkiej proweniencji. Dla mnie najważniejszym momentem tej części koncertu, a może i samego koncertu w ogóle było "Johnny, I Hardly Knew Ya". Takie mieszanie sprawdziło się idealnie, bo nie zabrakło i krótkich punkowych piguł, jak "Citizen CIA" zagrany z tłumem fanów na scenie, i rzeczy spokojniejszych, jak "Kiss me, I'm shitfaced". W pamięć wbiło mi się jeszcze "Losers parade" i, z gościnnym udziałem wokalistki Civet, "Dirty glass". Pod sam koniec zaś publiczność doczekała się "Shipping to Boston" i można było się pomału zacząć rozchodzić. Kierowcy autobusów zapewne zastanawiali się tego wieczoru, kto grał mecz i co to za dziwna drużyna to Marfis...

Ja bawiłem się dobrze i choć jestem fanem raczej wybranych kawałków Dropkicków (z których większości się nie doczekałem!) , niż całej ich twórczości, to po wczorajszym koncercie lubię ich jeszcze bardziej. Musze jednak napisać, ze sporo czytam dziś w sieci osób zawiedzionych, piszących, ze zarówno niedawny koncert Flogging Molly, jak i widziane kiedy indziej występy DM były o wiele lepsze, zaś teraz zespół sprawiał wrażenie, że chce jak najszybciej odbębnić swoje, wziąć kasę i spadać. Nie mam porównania, bo nie widziałem niestety Flogging Molly, a i Dropkick oglądałem po raz pierwszy, jednak nie mam takiego wrażenia. Zagrali długi koncert, w koszmarnym upale (w klubie ledwo dało się wytrzymać) i dali radę. Nagłośnienie oczywiście mogłoby być lepsze, a i klub mógłby zrobić coś, by sala nie była sauną, jednak uważam, zę nawet to tworzyło pewien niesamowity klimat tego wieczoru. Choć za 90 zł można chcieć trochę lepszych warunków.

Podsumowując - kto był, niech sobie narzeka, ale kto nie był - niech żałuje! Po kompletnie nieudanym Ladytronie i jeszcze gorszym Sisters of Mercy nareszcie jakiś udany koncert zagranicznej kapeli, na którym byłem.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

więcej, ale w gorszej jakości:
http://forum.hard-core.pl/viewtopic.php?p=626670#626670

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#25753