Pieniądze a dyskusje o teologii i tolerancji

Obrazek użytkownika coryllus
Idee

Wczoraj na blogu Tomasza Nowickiego, czyli blogera o nicku Tipsi umieszczonym w www.niezalezna.pl rozpoczęła się dyskusja pomiędzy gospodarzem a pastorem Chojeckim na temat różnic dzielących katolików i protestantów. Ja się również do tej dyskusji włączyłem wpisując tam kilka prowokacyjnych komentarzy. Nie wiem czy pastor Chojecki na to zareagował, ale odpowiedział mi jakiś innych uczestnik podpisujący się nickiem „antoniusz”. Jak ktoś chce może prześledzić całość http://naszeblogi.pl/37896-kontynuujac-wymiane-opinii-z-p-chojeckim
Już pobieżna analiza umieszczanych tam wpisów będzie gotową odpowiedzią na pytanie czy możliwe jest zasypanie przepaści pomiędzy katolikami a protestantami. Otóż nie jest możliwe, a przyczyna tego jest jasna i prosta. Oto nie wiem ile razy Kościół uderzył się w pierś i ustami papieża przepraszał za krzywdy i grzechy, których w Kościele na przestrzeni wieków się dopuszczano, tak przeciwko protestantom, jak i przeciwko Żydom i w ogóle przeciwko tym wszystkim, którzy wskutek działań sług Kościoła ucierpieli. Odbyła się niezliczona ilość mszy ekumenicznych, dochodziło do spotkań na najwyższym szczeblu, gdzie dyskutowano zawiłe kwestie teologiczne. Być może poruszano tam także kwestię, która mnie najbardziej interesuje i którą próbowałem bezskutecznie podjąć we wczorajszej dyskusji, ale pewności co do tego nie mam. Otóż chodzi mi o to, że najważniejszą kwestią dzielącą protestantów i katolików nie jest dylemat predestynacja czy wolna wola, ale coś zgoła innego, rabunek klasztorów mianowicie. Na pytanie: czy kościoły protestanckie zamierzają jakoś rozliczyć się ze zrabowanego w klasztorach dobra, czy korona brytyjska zamierza wypłacać odszkodowania za ukradzione pieniądze i kruszec, nie można się doczekać odpowiedzi. Nie można, bo cała dyskusja wekslowana jest na inne tory, rzekomo poważniejsze. Jeśli ktoś zaś próbuje dyskutować inaczej pastor Chojecki tłumaczy, że stoczył się on na pozycje marksistowskie. Kiedy jakieś podstawione indywidua domagają się odszkodowań za molestowanie przez księdza, to nie ma mowy o pozycjach marksistowskich, prawda?.
Ja się nie spodziewam, że ktokolwiek mi na te pytanie odpowie. Mogę wręcz sam sobie na nie odpowiedzieć markując z dużą dozą prawdopodobieństwa to co mogliby mi odpowiedzieć koledzy blogerzy wyznań reformowanych. Otóż o żadnym rabunku nie może być mowy, bo nie dokonywano tego w imię kościołów reformowanych, ale z pobudek niskich, a także na rzecz władcy świeckiego. I duchowni protestanccy nie mają z tym nic wspólnego. Świątynie zaś protestanckie, co każdy może naocznie stwierdzić, wolne są od pychy, przepychu i pompy katolickiej. Króluje tam skromność i pokora, a także duch skrzętności. Ja nie mam zamiaru nikomu grać na nerwach doprawdy, ale myślę, że narracja uprawiana przez kolegów protestantów musi się stoczyć na nieco inne tory. Na takie, w których oni nie traktują nas jak idiotów i nie zarzucają nam marksizmu tylko dlatego, że piszemy i mówimy o pieniądzach. To jest szalenie ciekawa rzecz spędzić dwie godziny na dyskusji o tym, czy zasłona, która rozdarła się w świątyni w czasie kiedy Jezus umierał na krzyżu, oznacza iż nie może być pośrednictwa między człowiekiem i bogiem czy może coś innego. Mnie jednak nie interesuje ta zasłona, ale pieniądze. Podobnie jak protestantów, prawda? Ja całe życie słyszę o tym, że wyznania protestanckie to religia sukcesu. No więc warto może o genezie tego sukcesu porozmawiać.
Jak pamiętamy w XVI wieku Kościół stoczył się na dno i dzięki dzielnemu augustiańskiemu mnichowi nazwiskiem Luter udało się z tego upadku coś niecoś uratować. Przekonał on dzielnego Albrechta z Prus, że lepiej będzie uwolnić się od dominacji Rzymu i cesarza i oddać w opiekę królowi Polski. Polska jest co prawda katolicka, ale za to bardzo tolerancyjna i można się z Polakami porozumieć. I tak już zostało. Kiedy zaś okazało się, że sukces Prus jest duży inni zaczęli go naśladować. I już, tak rozpoczęła się nowa epoka. Wolna od bałwochwalstwa, jak napisał wczoraj jeden z dyskutantów. Takiego słowa użył: bałwochwalstwo. Ja nie wiem czy pan ów zdaje sobie sprawę czym w religii rzymskiej jest kult świętych, ale myślę, że to właśnie dzięki tego rodzaju głosom o żadnym porozumieniu nie może być mowy. Ja nie chcę tutaj już pisać o całkowitym zachwianiu proporcji jeśli chodzi o ocenę win i krzywd, bo czasy to są dawne, ale może kilku duchownych wreszcie by oprzytomniało i zamiast pisać te cienkie i krępująco płaskie biografie Lutra, rozpoczęło jakiś rzeczywisty dialog.
Nie spodziewam się rzecz jasna żadnej odpowiedzi na ten tekst, jestem bowiem małym i nic nie znaczącym człowiekiem, koledzy zaś wyznań reformowanych zachowują się tak, jakby dyskusja z kimś postawionym niżej biskupa była dla nich uwłaczająca. No więc nie dyskutujmy, nie rozmawiajmy, bo to niepotrzebne. Nie ma to również wielkiego sensu praktycznego. Po prostu omijajmy się i nie zauważajmy. Każdy bowiem, prócz deklarowanych sensów i emocji ma również jakieś intencje ukryte. Pytanie tylko czyje są bardziej ukryte.
Ponieważ ja zajmuje się tutaj pisaniem Baśni, w przeciwieństwie do kolegów uczonych i pastorów, ale także księży i innych sług Kościoła, chciałbym, żebyście posłuchali jeszcze jednej, bardzo krótkiej. Będzie to baśń o ziemi. Otóż tak się składa, że Kościół istnieje w świecie realnym. Na definiowanie swojej roli oraz struktury w tym świecie poświęcali i poświęcają ludzie Kościoła mnóstwo energii, a efekty tego od dłuższego czasu są wyłącznie jednego rodzaju. Otóż Kościół usprawiedliwia swoje istnienie. Dzieje się tak ponieważ coraz trudniej jest utrzymać się tak potężnej instytucji na dużym obszarze, bez sensownego systemu finansowania. Ja się nie będę teraz rozwodził nad tym jak to jest dzisiaj. Baśń moja, tak jak wszystkie wcześniejsze, dotyczyć będzie przeszłości. Otóż wyobraźcie sobie, że papież w dawnych czasach ma do rozwiązania dwa problemy: ciągłe próby podporządkowania Rzymu cesarstwu, oraz ciągłe próby podporządkowania Rzymu bankom. To się zawsze odbywa w ten sam sposób, a mianowicie poprzez kwestionowanie ziemskich struktur Kościoła i innych poza religijną posługą jego funkcji. Żeby papież był niezależny i mógł zarządzać tą olbrzymią, gwarantującą – co jest rzeczą najważniejszą – wolność mieszkańcom Europy i świata instytucją musi mieć pieniądze. Te zaś mogą pochodzić tylko z jednego źródła – z ziemi. Rzym żyje z latyfundiów produkujących duże ilości taniej żywności sprzedawanej po całym świecie. Rzym to latyfundia biskupów, oraz samego papieża. Kłopot w tym, że w chwili kiedy Europa zaczyna zarabiać na kredycie miasta występują z brzegów i rozpoczynają inwestycje w ziemię. Konkurencja jest mordercza, a do tego pojawia się herezja, która ułatwia miastom oddzielenie się, to znaczy oddzielenie swoich majątków od Rzymu. Papież wpada wtedy na pomysł, by tak zreformować życie monastyczne, żeby klasztory zamieniły się w wielką sieć wielkoobszarowych gospodarstw rolnych, które produkować będą jeszcze tańszą żywność i wypchną z rynku produkty miast, heretyków oraz średnio lojalnych wobec Rzymu władców. To jest dość proste i trzeba tylko oprzeć się na kilku wiernych władcach oraz opanować tereny targowe w Europie. A przynajmniej jeden z nich, ten najważniejszy. I to się odbywa w stuleciu XII. Obszarem triumfu papieskiej koncepcji ekonomicznej jest Szampania. Konkurencja jednak nie śpi i już w kolejnym stuleciu wyrasta Rzymowi potężny konkurent w postaci Tuluzy i miast na południu Francji. Jak się sprawy potoczyły dalej, wszyscy wiemy.
Ważne jest byśmy zrozumieli jedno: papież w średniowieczu walczy bez przerwy o niezależność Kościoła tu na ziemi. To jest najważniejsze. I nie jest to żaden marksizm pastorze Chojecki, ale gwarancja wolności każdego człowieka. Próba uniezależnienia się od operacji bankowych za pomocą pieniądza pochodzącego z ziemi, nie powiodła się. Nie czas teraz na analizę przyczyn, ale miały one polityczną naturę. Kiedy szlachetny augustiański mnich Marcin Luter pali bullę Leona X oburzony na przeniewierstwa hierarchii, popierający go książęta protestanccy już wiedzieli, jakie będzie ich główne zadanie. A kiedy królowie z dynastii Tudor zorientowali się jakim sukcesem zakończyła się reformacja w Niemczech nie mieli ani chwili wahania. Ograbiono i zniszczono przede wszystkim klasztory. I uczyniono to, nie ze względu na ich funkcję mistyczną, ale jak najbardziej doczesną. Podcięto ekonomiczną potęgę Kościoła. Rozprawiono się także z tym komicznym bałwochwalstwem, o którym uczenie rozprawia na blogu Tipsiego jakiś mądry pan.
I tu kończy się nasza baśń, utrzymana jak twierdzą uczeni w tonie marksistowskim. Życzę wszystkim powodzenia w czasie dyskusji o zasłonach w świątyni, w czasie konstruowania kolejnych wielopiętrowych metafor, no i w ogóle w czasie tego zamiatania śmieci pod swój dywan i wymiatania ich spod dywanu kościelnego. Dobrego dnia.

W zeszłą sobotę nagraliśmy z Grzegorzem Branem spory materiał dotyczący III tomu Baśni jak niedźwiedź. Jeśli ktoś ma ochotę go wysłuchać, proszę bardzo, oto link. http://www.pch24.pl/grzegorz-braun-i-gabriel-maciejewski-o-ksiazkach-z-cyklu--basn-jak-niedzwiedz--,14338,i.html
 
Zapraszam oczywiście na stronę www.coryllus.pl, do księgarni multibook.pl, do sklepu FOTO MAG przy metrze Stokłosy oraz do księgarni Tarabuk w Warszawie przy Browarnej 6.

Ocena wpisu: 
Brak głosów