Trzeba zabić tę miłość czyli solidarność dziennikarska

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

Moja fatalna i całkowicie chybiona kariera w mediach rozpoczęła się od pracy w archiwum prasowym. Najpierw przez trzy wakacyjne miesiące pracowałem w archiwum GW, a potem, kiedy po wakacjach wróciła do pracy ta pani co to ją zastępowałem poszedłem do „Życia Warszawy”. To był prawdziwy horror, nie tylko ze względu na płacę, która była nędzna i upokarzająca, ale także ze względu na warunki w jakich przyszło nam pracować. Redakcja mieściła się w dawnym kinie „Klub”, wprost w sali gdzie kiedyś stały fotele, budynek się rozpadał i strop podparty był przedziwną konstrukcją drewnianych stempli, co nadawało temu wnętrzu rys dosyć specyficzny. W hali był bez przerwy hałas, a dziennikarze, z nielicznymi wyjątkami zachowywali, się w sposób straszliwy. Myślę, że zyskałbym więcej sympatii gdybym był pracownikiem miejskich zakładów oczyszczania slumsów w Kalkucie, niż tego archiwum. Pamiętam dwie ekipy, które zajmowały miejsca w tym dziwnym newsroomie. Pierwsza to była oczywiście ekipa pod kierownictwem Tomasza Wołka, znanego konserwatysty i miłośnika argentyńskiego futbolu, który wcześniej pracował w katolickim piśmie „Królowa Apostołów”. Był to mężczyzna niski, ale obdarzony charyzmą i otoczony szacunkiem podwładnych. Wszyscy pamiętamy te dramatyczne dni, kiedy to „Życie” zostało sprzedane biznesmenowi nazwiskiem Jakubas. Tomasz Wołek próbował sprzeciwić się tej decyzji i uratować niezależność zespołu. Tak się złożyło, że ja tam pracowałem ledwie trzy dni w tygodniu, tak więc w dniu kiedy Jakubas przysłał swoich siepaczy, żeby wynieśli z redakcji niezależnych dziennikarzy, wynieśli w sensie dosłownym, nie było mnie w pracy. Na szczęście, bo dziś miałbym o wiele więcej do opowiedzenia, a może nawet zacząłbym wymieniać nazwiska. Kiedy przyszedłem do roboty na drugi dzień, w dawnym kinie „Klub” siedział już ktoś inny. Ze starej ekipy pozostało kilku dziennikarzy, którym nie zależało aż tak bardzo na niezależności zespołu, jak Tomaszowi Wołkowi. Ponury ten zamach na wolność słowa miał miejsce gdzieś wiosną, a już w sierpniu zaproponowano mi przejście do nowego archiwum, w nowym całkiem „Życiu” zwanym „Życiem” z kropką, wydawanym przez tegoż, wspomnianego już charyzmatycznego prawicowca Tomasza Wołka. I ja się zgodziłem, bo płacili lepiej i obiecali osobne pomieszczenie. W nowej pracy było dokładnie tak samo jak w poprzedniej, to znaczy unosiło się nad nami gęste poczucie absurdu i bezsensu wszystkich naszych poczynań. Nasza kanciapka traktowana była przez dziennikarzy jak pomieszczenie przeznaczone do spiskowania, a my sami jak eunuchy w seraju, które co prawda poruszają się i żyją, ale nie ma obaw, by któryś cokolwiek zrozumiał z tego co słyszy i gdzieś to powtórzył. Nie powiem było mi nawet z tym wygodnie. Dawne to czasy i wiele z tego nie pamiętam, poza tym, że skonfliktowałem się ze swoim przełożonym, który był jakimś pociotkiem szefa działu krajowego, pana co to obecnie kieruje „Faktem”. Pan ów chciał mnie nawet kiedyś pobić na schodach, ale mocno się w swoich rachubach przeliczył i porozmawialiśmy tylko po męsku jak archiwista z szefem krajowego. Było nieźle.
Zanim opiszę dalsze szczegóły mojej pracy w „Życiu” z kropką, rzeknę jeszcze słów kilka na temat tej nowej ekipy z „Życia Warszawy”. Naczelnym został wtedy Aleksander Chećko, który pokazywał się z rzadka i robił wrażenie raczej sympatyczne. Pan kierowca, co to czasem zachodził do mnie poplotkować powiedział mi, że Chećko to po prostu oficer z wojska, a ja w ogóle nie zrozumiałem o co mu chodzi. Zastępcą Chećki był Karol Małcużyński, człowiek, który całą swoją karierę oparł na tym, że udawał arystokratę. Ponoć tak właśnie, w wyobrażeniu wielu Polaków i Polek przede wszystkim wyglądają arystokraci, są podobni do Małcużyńskiego. Z Małcużyńskim miałem następującą przygodę. Przyszedł po południu to tego naszego nieszczęsnego archiwum, kiedy siedziałem tam zupełnie sam. Powiedział, że chce jakąś teczkę, że muszę mu ją odkserować w całości, bo on chce te papiery zabrać do domu. Stałem przy maszynie ponad godzinę, a potem zaniosłem Małcużyńskiemu do gabinetu stos papierów, którym można było zabić średniej wielkości psa. Położyłem to na biurku, pożegnałem się grzecznie i wyszedłem. W gabinecie prócz Karola Małcużyńskiego nie było nikogo, co jest niesłychanie ważne dla naszej opowieści. Nie zdążyłem jeszcze dobrze rozsiąść się na krzesełku kiedy Małcużyński był przy mnie z powrotem i powiedział, że mam mu tę samą teczkę kserować na nowo, bo on tamten plik papierów gdzieś zgubił. Nie powiem, zdziwiłem się. Było to jedno z większych zaskoczeń w moim życiu.
Wracajmy jednak do bezkompromisowego prawicowca i konserwatysty nazwiskiem Tomasz Wołek, który ogłosił, że pieniądze na jego nową gazetę wyłożył jakiś biznesmen z branży budowlanej oraz – nie wiem czy nie przekłamuję – Andrzej Olechowski. Pismo starowało z wielką pompą, kupiono nowe komputery, zatrudniono nowych ludzi, których w niedługi czas potem zaczęto wyrzucać jednego po drugim. Okoliczności tych redukcji nie są mi znane, ale pamiętam, że dział miejski został rozbity, ze względu na to, że koledzy z miejskiego zbytnio się ze sobą solidaryzowali. Taki motyw pojawił się w czasie dyskusji w palarni, w których ja również brałem udział jako nie znający się na niczym pracownik archiwum prasowego. W „Życiu” z kropką najważniejsi byli pracownicy działu krajowego i ekonomicznego, których nazwisk nie wymienię, a to z tego względu, że niektórych z nich spotykam dziś w Grodzisku Mazowieskim, w czasie zakupów w Lidlu. To oni nadawali ton całej redakcji i chyba nawet Bronisław Wildstein nie był od nich ważniejszy, choć był tam prawdziwą gwiazdą. Pracowałem tam pół roku i na szczęście nie byłem świadkiem najbardziej spektakularnych redukcji. Pamiętam tylko takiego chłopaka z ekonomicznego, jakiegoś działacza Solidarności, obarczonego gromadą dzieci, który jak się w jego obecności wymawiało nazwę „Solidarność” to miał łzy w oczach. Tłumaczył mi ów człowiek kiedyś jak ważne jest to, że redakcja „Życia” z kropką mieści się na rogu Al. Solidarności i Alei Jana Pawła II. Stał w tym archiwum i mówił o symbolicznej wymowie tego faktu, a ja słuchałem go z uwagą i kiwałem głową. Wywalili go z roboty jeszcze w czasie kiedy tam pracowałem. Później kiedy poszedłem, jak wielu dziennikarzy z tego właśnie „Życia” z kropką i jak wielu z „Życia Warszawy” do pracy w wydawnictwach niemieckich, usłyszałem, że Wołek, znany prawicowiec i konserwatysta, wyrzucił z pracy Wildsteina. Zostało to nawet przez jednego z nich opisane. Ponoć zabrał Bronisława Wildsteina na piwo, czy gdzieś i powiedział mu: tracisz pracę, ale nie tracisz przyjaciół. I ja sobie to bardzo dobrze zapamiętałem.
Jeszcze słowo o Tomaszu Wołku, znanym miłośniku i znawcy argentyńskiego futbolu: w archiwum zgromadzono całe stosy argentyńskich i brazylijskich gazet sportowych. Było tego mnóstwo nieprzebrane. Wołek przywiózł tę makulaturę z domu i trzymał w redakcji. Zajrzałem kiedyś z ciekawości do kilku nastu numerów, biorąc je ze stosu na chybił trafił. W każdym były długie listy nazwisk graczy, ułożone w dziwnych tabelach. Niektóre z tych nazwisk – a szło to w setki – podkreślone zostały długopisem czerwonym, a inne niebieskim. Uczynił to własną ręką w wolnym czasie redaktor naczelny „Życia” z kropką. Tomasz Wołek.
Odchodziłem stamtąd z wielką ulgą, albowiem już po kilku miesiącach okazało się, że brakuje pieniędzy na wypłaty, ludzie są wyrzucani z dziwnych powodów, a największym sukcesem pisma obok ujawnienia sprawy Ałganowa, było wręczenie Pinochetowi ryngrafu.
Nie wiem czy za mojego tam pobytu, czy później ukazał się w „Życiu” wywiad z Gustawem Herlingiem Grudzińskim, który uważany był za bezwzględnie „naszego” myśliciela i pisarza. Wywiad ten przeprowadziło trzech dziennikarzy, którzy pojechali do Herlinga do Włoch, był między innymi Wildstein. Zapamiętałem sobie jedno pytanie i jedną odpowiedź Grudzińskiego. - Na kogo będzie pan głosował w najbliższych wyborach, albo na kogo głosowałby pan w najbliższych wyborach – brzmiało to pytanie. Herling zaś odpowiedział, że głosowałby na Unię Wolności, bo uważa, że to partia ludzi rozsądnych.
Od kwietnia roku 1997 pracowałem już w innym miejscu i losy dziennikarzy prawicowych nie obchodziły mnie wcale.
Mam nadzieję, że dla wszystkich jest jasne, po co ja o tym przypominam akurat dzisiaj. Czynię to albowiem nie mam żadnych złudzeń co do intencji, którymi kierują się „nasi” i każdy dzień mnie w tym moim przekonaniu utwierdza. Podobnie jak każdy dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że ludzie są bezgranicznie naiwni i niczego tak bardzo nie pragną jak tego, by okłamywano ich co dnia, w ten sam prymitywny sposób. Ważne jest by sposób nie uległ zmianie, bo wtedy poczują się oszukani i będą mieli poważny dyskomfort, który może rzutować na ich wybory polityczne.
Wczoraj przeczytałem o tym, że powstanie nowa telewizja prawicowa, której naczelnym będzie Bronisław Wildstein, a dyrektorem Tomasz Sakiewicz. Niech powstaje, co mnie to obchodzi. Zdziwiłem się jedynie czytając o motywacji jaką ujawnił w tym tekście Bronisław Wildstein. Otóż powiedział on, że nowa telewizja, o nazwie – o zgrozo - „Telewizja Republika”, musi powstać, bo mamy w Polsce dziennikarzy, którzy potrafią zgromadzić przed telewizorami spora grupę widzów, a nie mają na to żadnej szansy i trzeba im tę szansę dać. Dlaczego się zdziwiłem? Bo pierwszy raz tak wyraźnie ktoś zadeklarował intencję biznesową przy inicjacji projektu prawicowego. Nie ma gadania o idei, o zbawianiu ojczyzny czy Matce Bożej. Jest republika i widzowie przed telewizorami. To ciekawe i z mojego punktu widzenia nowatorskie. Nie mam jednak złudzeń co do losów tego projektu. On się rozpadnie, po kilku miesiącach najdalej, a jeśli przetrwa to po ciężkich redukcjach zespołu prowadzącego. Nie może być inaczej. Głównie z tego względu, że tam są same gwiazdy. Zresztą, sami zobaczycie, co ja się będę mądrzył.
Mamy także wreszcie informacje dotyczącą finansowania nowego przedsięwzięcia Pawła Lisickiego. Okazuje się, że pieniądze na nowy tygodnik wyłożą ci sami biznesmeni z Donbasu, którzy finansują tygodnik „Wprost”. I co? I nic. Wszyscy czekają z uwagą na to co się stanie, czy nowy wydawca pozwoli na całkowitą niezależność dziennikarzom niepokornym, czy nie pozwoli. Śpieszę uspokoić wszystkich, moim zdaniem na pewno pozwoli, w końcu chodzi o to, by zachować demokratycznie standardy i by republika zwyciężyła. Teraz mała dygresja: myślę, że za tą nazwą „Telewizja republika” musi stać Adam Michnik, nie może być inaczej. Nowy tygodnik wydawany za pieniądze biznesmenów z Donbasu będzie jeszcze bardziej prawicowy, jeszcze bardziej patriotyczny i jeszcze bardziej bezkompromisowy niż „Uważam Rze”. Naprawdę. Nie wiem kiedy zaczną się w nim redukcje, ale co do linii pisma, przekonany jestem, że będzie taka jak trzeba i wszyscy będą szczęśliwi. Najbardziej zaś blogerka elig, która w swoim wczorajszym tekście najpierw zacytowała obszerne fragmenty tekstu Doroty Kani z roku 2010 demaskujące rzeczywistego inwestora, który kupił „Wprost”, a potem podsumowała swój wpis słowami wyrażającymi niepokój o los niepokornych dziennikarzy, którzy według niej będą przytrzymywani przez nowego wydawcę „na krótkiej smyczy”. Nie będą, elig, nie martw się. O żadnej smyczy nie może być nawet mowy. Teraz to już naprawdę, naprawdę, naprawdę....Wszystko będzie dobrze, tyle że redakcja nie będzie się już mieścić na rogu Al. Solidarności i Al. Jana Pawła II.
Po mieście chodzą jednak jeszcze inne plotki. Otóż mówi się, że wydawcą nowego tygodnika Lisickiego nie będzie Donbas, ale całkowicie polski, rodzimy biznesmen, o nazwisku Zbigniew Benbenek, który jest właścicielem 'Superexpresu” oraz prezesem zarządu, albo kimś równie ważnym w firmie Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe. To może być jedynie plotka, ale sam już nie wiem co byłoby dla niepokornych dziennikarzy i ich niezależności lepsze: Donbas czy Benbenek. Trudno się doprawdy zdecydować. Nie mam za to najmniejszych wątpliwości, co powinno być mottem pisma, w jego kolejnej odsłonie, bo co do tego, że jest to kolejna odsłona „Życia” z kropką też nie mam wątpliwości. Otóż mottem tym winny być słowa Bronisława Wildsteina dotyczące nowej „Telewizji Republika”. Cytuję z pamięci: Są w Polsce dziennikarze, którzy gromadzą dużą publiczność i trzeba im dać szansę.
Na koniec pragnę umieścić tu jeszcze jeden cytat, są to słowa znanego blogera i publicysty współpracującego obecnie z dwutygodnikiem „W sieci” wydawanym przez braci Kranowskich, a brzmią one: Bingo, a nawet podwójne bingo.

Na koniec wiadomość: do końca roku „Baśń jak niedźwiedź” sprzedawana będzie w pakiecie pod dwa tomy, w cenie 60 złotych plus koszta przesyłki. Taka świąteczna promocja, a do końca roku dlatego, żeby prawosławni też mogli sobie kupić pod choinkę tę piękną i potrzebną książkę. W promocyjnej cenie jest również „Atrapia” - 15 złotych plus koszta wysyłki. Zapraszam www.coryllus.pl
Czytelnikom z miasta Łodzi pragnę przypomnieć, że wszystkie książki w tym „Dzieci peerelu”, których nakład już się wyczerpał są dostępne w księgarni wojskowej w Łodzi, przy ulicy Tuwima 33. Dokonanie zakupów tam właśnie jest dużo łatwiejsze niż zamawianie książek przez mój sklep. Zapraszam. 

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

a potem podsumowała swój wpis słowami wyrażającymi niepokój o los niepokornych dziennikarzy, którzy według niej będą przytrzymywani przez nowego wydawcę „na krótkiej smyczy”.
-------------------------------------------------
O qrde. Ciekawostka. Dla mnie. Z zacytowanego zdania wynika, że dziennikłgarze jeszcze potrzebują smyczy? Mniejsza o jej długość. Ja sądziłem, że obecnie funkcjonariuszom medialnym wystarcza czip pod skórą, wszyty wraz z umową ratalną.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#316166