Szarża

Obrazek użytkownika coryllus
Historia

O drugiej po południu wydawało się, że jest już po wszystkim. Rannego w obydwie nogi generała Chłopickiego odwieziono na Pragę. Odjeżdżał, leżąc na wozie, milczący, z poczuciem klęski i rozczarowania brakiem dyscypliny wśród niższych rangą wojskowych. Nie mógł, a może także nie chciał, widzieć tego co stało się potem.

Zepchnięte na skraj olszyny, za rów, dywizje Skrzyneckiego i Szembeka szykowały się na ostateczność. Była druga po południu i wszystko wskazywało na to, że przed piątą nie będzie po tej stronie Wisły nikogo, kto mógłby zaświadczyć o postawie żołnierzy, o dyscyplinie w szeregach, o stopniu i wyszkolenia, o męstwie w końcu. Tak właśnie było tuż po drugiej po południu dnia 25 lutego 1831 roku.

Po drugiej stronie pagórków wznoszących się przed olszyną sytuacja jest dobra, nastroje może nie wyśmienite, ale na pewno dalekie od defetyzmu. Wielki książę pojawił się znów po tej stronie Bugu i jest pod Warszawą. Nie bierze udziału w walce, ale jego obecność bardzo podnosi morale generałów. O żołnierzy nikt tutaj się nie troszczy, biegną, padają, umierają. Na ich miejsce wchodzą nowi, wielu jest chorych, ale tym także nikt się nie przejmuje. Chory jest również sam feldmarszałek, ale nie wpływa to na sposób prowadzenia batalii. Wszystko przebiega zgodnie z jego wolą, która nie słabnie ani na moment.

Po trzech zmasowanych atakach Olszyna jest prawie oczyszczona z Polaków. Feldmarszałek nie wie, kto tam teraz dowodzi i nie interesuje go to wcale. Rozkazał właśnie, by przygotowano do szarży dziewięćdziesiąt szwadronów jazdy. To ponad dziesięć tysięcy ludzi i koni. Taka rzecz nie może się – co oczywiste - odbyć szybko. Całością dowodzi książę Albert, jego kirasjerzy pojadą w centrum natarcia. Flankować ich będą huzarzy i ułani, oraz 24 baterie polowej artylerii. Tak to sobie zaplanował pan feldmarszałek. Po piątej musi być już po wszystkim, a książę Albert ma wprowadzić swoją pancerną brygadę na most i przejechać nim powoli w kierunku słabych umocnień Pragi. To powinno wywrzeć odpowiednie wrażenie na buntownikach.

Przygotowanie dziesięciu tysięcy ludzi do szarży to bardzo wiele pracy, książę Albert rozpoczął całą operację po drugiej, ale wszystko się przeciągnęło. Wszystko jest gotowe w chwili kiedy słońce jest już bardzo nisko i wszystkie blachy na piersiach żołnierzy i oficerów płoną krwawo. W armii jego cesarskiej wysokości nikt jednak nie czyta wróżb, tym zajmowali się i zajmują nadal z lubością i dziecięcym wręcz wdziękiem Polacy. Tam nie ma miejsca na takie rzeczy. Słońce zachodzi i odbija się światło w wypolerowanych blachach, to wszystko. Kirasjerzy mają przed sobą mają pagórek, potem obniżenie terenu, potem pole, potem rów, a potem flankę pogruchotanej kulami i kartaczami olszyny i flankę wojsk polskich, w którą mają uderzyć. Do przeciwnika doprowadzi ich zamarznięta droga, właściwie bita szosa, którą wjadą potem na most zgodnie z wolą feldmarszałka.

Dwie godziny w polu, na mrozie, w zniszczonym przez żelazo lesie to bardzo dużo. Skrzynecki, który niewiele jeszcze rozumie z tego co się wydarzyło przed trzema miesiącami doskonale wie jak należy wykorzystać darowany czas. Przerzedzone pułki zmieniają front, stają pod ostrym kątem do drogi prowadzącej na most, generał wydaje rozkaz by uzupełnić ładunki, pułki ścieśniają się. Przed czwartą przychodzi wiadomość, że od Białołęki zbliża się generał Krukowiecki z armatami. Od Pragi podchodzi Giełgud i jego armaty oraz Skalski i baterie rakietników. Wzdłuż drogi, wśród szarzejącego lutowego popołudnia ustawia się brygada Kickiego. Jest tam piąty pułk ułanów, kilka setek samych siwych koni, zlewają się z brudnawym śniegiem, gałęzie i krzaki przesłaniają jeźdźców. Z daleka w ogóle ich nie widać. Trzeba mocno się wypatrywać by w pogruchotanym pociskami horyzoncie rozpoznać sylwetki ludzkie i końskie. Książę Albert ich nie widzi, patrzy na wprost w nadziei, że zobaczy krótką flankę polskiej piechoty. Zamiast niej jednak wyłania się długi, białawo błyszczący szereg kilku tysięcy bagnetów, stanowczo za długi by zwinąć go jednym uderzeniem. Książę nie ma jednak czasu na myślenie, trwa szarża i pułki pędzą coraz szybciej, wprost ze wzniesienia ku szosie prowadzącej do mostu.

Brygada Kieckiego jest właściwie poza zasięgiem ognia artylerii wspomagającej szarżę, kule jednak przenoszą i co jakiś czas słychać komendę – równaj! Oznacza to, że szrapnel lub kula zabiły jakiego ułana. Brygada stoi bez ruchu, w całkowitym milczeniu. Przed niedługim czasem minął ich pułk Szembeka zmierzający na nowe pozycje i baterie Skalskiego, sześć batalionów śpiewało „Jeszcze Polska nie zginęła” jak jeden człowiek, ale teraz jest cisza. Widać tylko zjeżdżających ze pagórka Rosjan . Cisza.

Kiedy szarżujący są w połowie drogi z ziemi odrywają się dymne smugi i kreśląc w powietrzu półkole zanurzają się w zwartej masie jeźdźców, jest ich coraz więcej i więcej, ale kirasjerzy księcia Alberta nie zatrzymują się, jadą wprost ku drodze, ku zasłoniętym przez krzewy i gałęzie ułanom Kickiego. Rakiet w powietrzu przybywa, ale pierwsze szeregi jeźdźców są już bardzo blisko rozciągniętego sznura białych bagnetów, bardzo, bardzo blisko. Kicki i jego ułani nie słyszą komendy, widzą tylko jak biała stal zabarwia się na czerwono w jednej chwili i pierwszy szereg atakujący wali się w śnieg. Piechota pierwszej linii cofa się o krok, a na jej miejsce wstępują nowi żołnierze z załadowaną bronią.

Ci, którzy padli wraz z końmi to huzarzy. Pancerni księcia Alberta dopadają do czworoboków, polskich, przełamują kilka i zwinąwszy się w kolumnę ruszają wprost ku drodze prowadzącej na most – cały pułk. Kicki nie czeka. Widzi, że z pagórków zbiega już rosyjska piechota, która zwietrzyła zwycięstwo. Komendy są ciche i jednym słyszalnym wyraźnie odgłosem jest szelest proporczyków na lancach, które pochyliły się nisko, niżej niż końskie chrapy. Brygada rusza wprost na flankę pędzącej kolumny kirasjerów. Nikt jej nie widzi do ostatnich sekund.

Uderzenie jest miażdżące. Nie mają znaczenia pancerze. Kirasjerzy padają na zamarzniętą ziemię jak wielkie tłuste żuki. Nikt z Polaków nie dobywa szabli, trwa walka na odległość, krótka i nawet nie bardzo zawzięta. Lanca ma oczywistą przewagę w tym starciu i pułk kirasjerów księcia Alberta rozsypuje się w ciągu kilku minut, ci którzy padli na ziemię są albo martwi albo martwych udają, byle tylko przeczekać i przetrwać. Reszta rusza w panice z powrotem. Odwrotu jednak nie ma, bo za pułkiem w kierunku Pragi ruszyły kolejne masy jeźdźców ostrzeliwane przez żołnierzy Skrzyneckiego, za nimi prze piechota. Ułani Kickiego nie ustępują, szarża rozłamała kolumnę pancerną na trzy części i teraz każda z nich uciekając tworzy zamęt w innym miejscu nacierających wojsk. Pan feldmarszałek, nie rozumiejąc, że wszystko stracone wpuszcza na plac boju dywizję generała Szachowskiego, która przybyła niedawno z północy, to jeszcze pogłębia chaos. Ten w jednej chwili przeradza się w panikę, której efektem jest bezładna ucieczka mas piechoty i kawalerii w kierunku czerniejących za pagórkami sosnowych borów.

Tuż przed zmrokiem patrolujący pobojowisko ułani, przekonują się, że wielu z leżących na ziemi kirasjerów nie jest nawet rannych, to tylko przerażeni ludzie, którzy chcą przeżyć. Prości żołnierze nie mają dla nich żadnej litości, nie zważają na słowo – pardon, które oczywiście znają doskonale, kłują lancami w odsłonięte miejsca, padają bezbronne trupy, którym jeszcze przed chwilą wydawało się, że wyciągniętą zza pasa sakiewką kupią sobie życie. Kirasjerzy książęcy to sam dobierany żołnierzy, wielu nie rozumie sytuacji. Oficerowie polscy jeżdżąc po obu stronach drogi wrzeszczą na swoich podwładnych starając się ich powstrzymać. Zapada zmrok. Skrzynecki wydaje rozkaz odwrotu na Grochów. Pułki są przerzedzone, Polacy zabierają jeńców i ruszają po ciemku ku Pradze. Od samego rana, dnia następnego czekać będą na kończące bitwę uderzenie feldmarszałka. Nikt nie wierzy, że ono już było, że właśnie zostało odparte. Dybicz nie ma odwagi atakować znowu, przeczuwa śmierć, wie że jest blisko i nie boi się już nawet wielkiego księcia Konstantego. Nastrój w obozie jest ponury, drogi wokół Warszawy zawalone są bezużytecznymi działami, do których nie ma amunicji, piechota błąka się po lasach. Tylko prasa w Berlinie zachłystuje się zwycięstwem Rosjan i zajęciem Pragi.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Witaj,
"Tylko prasa w Berlinie zachłystuje się zwycięstwem Rosjan i zajęciem Pragi." - jedno zdanie, tyle treści. Serce i boli i dumne.

Patriotycznie Pozdrawiam i Pisz Pięknie i jeszcze Piękniej

jwp

Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ?
Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

jwp - Ja też potrafię w mordę bić. Hr. Skrzyński - Panie Marszałku, a jaki program tej partii ? Marszałek Piłsudski - Najprostszy z możliwych. Bić kurwy i złodziei, mości hrabio.

#126641

o Olszynce Grochowskiej. Jednak jeden z jej bohaterów to jak pamietam słabiutki dowódca. Gen. Skrzynecki nie wykorzystał sytuacji i oddał inicjatywę ruskim. Nie chciał zrealizować świetnego planu rozbicia dużych rosyjskich wojsk jaki miał świetny strateg Prądzyński Nie wierzył w powodzenie powstania. Jego nieudolność sprawiła, że całkowicie zmarnował zwycięstwo I. Prądzyńskiego pod Iganiami. Przegrał mimo przewagi kluczową bitwę pod Ostrołęką. Przez takich jak Skrzynecki powstanie mimo realnych szans na powodzenie zakończyło sie klęską.

------------

Ciężko wyznać: Na taką miłość nas skazali, taką przebodli nas Ojczyzną... Z. Herbert

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Jesteś Polakiem? Zastrzeliłbym się, gdyby w moich żyłach płynęła inna krew. W. Łysiak

#126679