MIJA 76 lat...Opowieść o sygnecie z katyńskiego grobu.

Obrazek użytkownika prof Rycho
Historia
Przypomnę to, co najważniejsze, co w gąszczu obecnych wydarzeń politycznych umyka, a PAMIĘĆ o tym co nieludzkie, musi byc WIECZNA Sygnet z grobu, ukryty w płaszczu oficerskim? Uchował się i przetrwał, jakby BÓG dał świadectwo PRAWDY o KATYŃSKIEJ ZBRODNI... Tak to Sowiecka Zbrodnia- straszna, lecz niedoskonała. Mija właśnie 76 rocznica. Notatka Berii, szefa NKWD skierowana do Stalina zawierała propozycję wymordowania elity polskiej, jeńców wojennych w mundurach z marca 1940 r. W mundurach – a to już zbrodnia przeciwko ludzkości! Zawierała też liczbę kilkunastu tysięcy oficerów, żandarmów, policjantów, urzędników, służby więziennej i dla podkreślenia – obszarników – jako antykomunistyczna ostoja. Notatka wymieniała liczbę 295 generałów i pułkowników! W tekście jej - zdanie „biorąc pod uwagę, że wszyscy oni są zatwardziałymi, nierokującymi poprawy, wrogami władzy sowieckiej, NKWD uważa za niezbędne… rozpatrzeć w trybie specjalnym z zastosowaniem wobec nich najwyższego wymiaru kary – rozstrzelanie”. Dalej jest „sprawę rozpatrzeć bez wzywania aresztowanych, bez przedstawiania zarzutów, decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia”! Dokument sporządzony na blankiecie NKWD - ZSRR, na nim widnieją podpisy własnoręczne, dekretacje w poprzek tekstu J. Stalina, K. Woroszyłowa, W. Mołotowa, A. Mikoliana, a na marginesie dopisano Kalinin – za, Kaganowicz – za. WYROK WYKONANO! Wśród ofiar był hrabia, kapitan Władysław Cieślewicz – rezerwista, co sam pomimo wieku na wojnę w sierpniu 1939 r. poszedł. Był spod Krakowa. Na rautach, u którego bywali miedzy innymi biskupi, kardynałowie Hlond i Sapiecha, a nawet Prezydent Mościcki. Rodzina jego mi bliska była w tym, niezwykła jego córka, trzy lata już nieżyjąca. Była ona - Anna historycznej wiedzy, prawnik, dociekała przyczyn sowieckiego mordu. Sprawa ta kiedyś wywoływała ciągłe nasze zainteresowanie, czytanie, poszukiwanie śladów i mej w końcu podróży do tego upiornego lasu. O tym dalej… We wrześniu 1941 r., letnisko sowieckich wojskowych z NKWD na terenie lasu katyńskiego, zajął 537 pułk łączności dowodzony niemieckiego płk F. Ahrensa. Przez półtora roku żołnierze niemieccy spacerowali po lesie nie wiedząc, co się w nim kryje. Lecz po wojnie pułkownik zeznał na potrzeby komisji Kongresu USA, powołanej głównie z inicjatywy Polonii, że wilk na przełomie lutego i marca 1943 r. odsłonił kości ludzkiej w jamie dochodzącej do pierwszego zbiorowego grobu. W tym czasie też czterech robotników sowieckich o tym wydarzeniu władzom okupacyjnym donieśli. Ten fakt oraz krążące wieści od ludzi ze wsi pobliskiej Gniezdowo, którzy w 1940 r. widzieli oficerów polskich prowadzonych przez NKWD na bocznicy stacji w tej miejscowości do ciężarówek. Było to wielokrotnie jak informowali od kwietnia do maja 1940 r… Mówili, że czarne samochody wywoziły ich w głąb lasu katyńskiego, gdzie oni wstępu nie mieli. Lecz prawda jest taka, że na wiosnę 1942 r. polscy robotnicy, wcieleni do brygady pracowniczej w tamtych okolicach, chwilowo znaleźli się w tej wsi. Wtedy już jeden z wieśniaków powiedział im, że dwa lata wcześniej NKWD prowadziło do lasu z ciężarówek Polaków i że przypuszczalnie ich rozstrzelano. Ci robotnicy pierwsi odnaleźli kilka płytko zakopanych ciał, polskich oficerów i oznaczyli miejsce krzyżem, zrobionym z gałęzi brzozy. Po tym wydarzeniu krążyły już plotki do tego stopnia, że w gazecie wydawanej w Smoleńsku wspomniano w styczniu 1943 r. o zaginięciu tam Polaków wojskowych. To i inne spowodowało niemieckie poszukiwania tak, że pod koniec lutego 1943 r. odnaleziono ten krzyż brzozowy, a dalej po informacji o ludzkich kościach wykopanych z jamy w marcu wszczęto poszukiwania. Nadzór medyczny nad tym powierzono prof. G. Buhtzowi od medycyny sądowej. Podjęto ekshumacje i badanie szczątków ludzkich wraz z identyfikacją. Wiele ciał było w doskonałym stanie zachowane. Wiele zmumifikowanych. Organizacją techniczną tego przedsięwzięcia kierował policjant por. L.Voss. On to z ludzi okolicznych wsi formował brygady, powołał straż, też bowiem obawiano się, że w miarę odkrywania grobów z mundurów na zwłokach, często w zaszytych miejscach były przedmioty, by nie okradano zawartości… Szybko odkryto płytkie, masowe groby Polaków w liczbie siedem, a ponad to inne, których zidentyfikowano na następne cztery. Największy grób oznaczono numerem jeden. Miał wymiary ok 28 na 16 m i głęboki był na 3.5 do 4 m.Masowy grób zawierał jak wspomniany profesor podał, 12 warstw ciał starannie poukładanych naprzemiennie. W ostatniej warstwie było ok 250 ciał, więc oszacowano, że łącznie mogło ich tam być ok 3000. Ale co ciekawe znaleziono tysiące łusek amunicji GECO kaliber 7,65. Tak dla wskazania innych winnych mordu. Jak ustalono NKWD posługiwało się bronią Walther skonfiskowana wcześniej w zajętych krajach nadbałtyckich na mocy paktu Ribbentrop – Mołotow. Był to podstęp i dowody, jakby przewidywali, że Niemców w przyszłości oskarżać będą... Tam też w grobie nr 1 znaleźli zwłoki kpt. Cieślewicza z podkrakowskiego Grębałowa, który tyle zacnych gości przyjmował, a w 1939 r. ojczyzny bronić poszedł, choć mógł nie iść jak twierdziła rodzina, lecz on patriota, pierwszy bez wahania mundur założył! Po klęsce wrześniowej znalazł się w niewoli u Sowietów w Kozielsku, a grób swój w katyńskim lasku na wieki finalnie znalazł! Legł z przestrzeloną w potylice czaszką przez sowieckich, bezkarnych oprawców. Legł jak i inni ze skrępowanymi drutem rękoma… Żona jego na salonach wiedeńskich wychowana, pełna manier, matka trzech synów i wspomnianej córki Anny, sama w wojnę radzić sobie musiała. Pozbawiona majątku przez okupanta i nie tylko, założyła sklep warzywny w Krakowie. Sama właściwie była, bo przyjaciół ich- profesorów UJ, zamordowano, a z kadry oficerskiej z przed wojny nikogo nie ostało.. . Czekała na męża w nadziei, że wróci, lecz żadnego sygnału, ni wieści nie było. W sklepie, najbardziej nastoletnia córka jej pomagała, bo synowie już w tajnych związkach, szukali swego miejsca, potem w AK byli. Anna codziennie o godz. 5 wózkiem wielkim na Tandetę jeździła, by zaopatrzenie zrobić . Warzywa i owoce od chłopów kupowała i tak tym w sklepie do wieczora handlowała. Lecz w niedzielę czas znajdowała, by jeszcze się uczyć, na tajne komplety uczęszczała. Sklep dawał im środki na bieżące utrzymanie, ile było, lecz mało, bo i Żydów ukrywali. Jedną nawet przez całą wojnę , a jak był „nalot” to w piwnicy ją chowano, we wnęce zakrytą starą szafą. Przeżyła, do Ameryki po wojnie wyjechała. Rok był 1943 – sierpień, o ojcu i mężu cisza, rodzina przeczuwała, że nie ma go wśród żywych, znaku nijakiego A tu nagle niemiecka policja wzywa! Poszła matka i żona – wysokiej rangi oficer ją przyjął. I rzekł: Frau – Pani z Wiednia, doskonałą wiedeńszczyzną włada, a dlaczego zatem nie Niemka? Jam z dziada pradziada Polka – jak i me dzieci. Oficer niemiecki ponoć niezwykle grzecznie rozmawiał i powiedział na końcu – szkoda! Po czym wyjął z szuflady sygnet, popatrzyła i rozpoznała, sygnet jej męża. On oświadczył: Mam dla Frau Cieślewicz przykrą wiadomość – ona zrozumiała i w gabinecie wysokiego funkcjonariusza niemieckiej policji… zemdlała! Ocucono hrabinę Cieślewicz, żonę zamordowanego w Katyniu kapitana, pośpiesznie jakieś środki podano. W gabinecie wysokiego niemieckiego oficera, jak doszła do siebie, tylko tyle powiedziała, że przeczuwałam, że mąż nie żyje, że go zabito. Niemiec dalej na to - Frau Cieślewicz, to nie wszystko, nie tylko sygnet dla Frau mam i wyjął jeszcze legitymację jej męża i do tego zdjęcie, na którym są razem na tle swego podkrakowskiego domu w 1938 r. Skąd to jest, te rzeczy, oficera niemieckiego zapytała?. On na to - z grobu, z Katynia , z grobu nr 1. Tam Komisja Czerwonego Krzyża Międzynarodowa przy zwłokach męża znalazła i dlatego zwraca je Frau. Zrozpaczona zapytała go - A kto to zrobił, jak mąż zginął? On jej opowiedział bez szczegółów wielkich o dochodzeniu i zakończył - tak was Polaków russische Bolschewiken potraktowali . Ona do końca pewna jednak była, że to gra oficera, że to Niemcy zrobili, że on kłamie, bo niemożliwe żeby Sowieci? Plotka już od kilku miesięcy po Krakowie krążyła o mordach oficerów na wschodzie. Kto zrobił, różnie wieści nosiła, jak i o przyczynach zerwania paktu przez Stalina. Wiedziała, że dużo osób z armią Andersa wyszło, myśli nie dopuszczała, wiedza była za mała jak kto, co wiecznie w sklepie zaganiany. Wyszła podziękowała, niemiecki oficer ponoć niezwykle grzeczny był i wtedy przyznał się, że i on z Wiednia i tym naddunajskim slangiem co ona, operuje. Chciała coś się dowiedzieć więcej. Do znajomego wieczorem poszła. Mówił jej, że Goniec Krakowski pisał o tym i pierwsze listy poległych były drukowane, lecz mało kto wierzył, że to uczynili Sowieci. Znajomy radio miał, za co kara śmierci była. W radiu mówiono o tym z Londynu, lecz bez przekonania, że mord był, ale nie stanowczo, że to Sowieci. O wojnie, żołnierzach polskich i sygnałach dla wywiadu więcej było. Dopiero kolejny jej znajomy, urzędnik krakowski do którego poszła pytać o zbrodnie, potwierdził jej, że na pewno to Sowieci i o masowych grobach powiedział i rozstrzeliwaniach w głowę w potylice przez NKWD – wtedy dopiero uwierzyła. Pisała listy przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż do męża, a córka kwiatki mu w nich kredkami rysowała, lecz żadnej nie dostali od męża odpowiedzi. Ostatni list pisali do MCK na święta 1942 r. Tak mając swe kłopoty i strach, bo Gestapo nawiedzało za działalność w AK swych prawie dorosłych dzieci, dotrwała do końca wojny w Krakowie, choć synowie z końcem 1944 r. ukryli się na wsi, by nie być aresztowanym. Kraków praktycznie nietknięty, w nocy jeszcze Niemców widziano, bano się wysadzenia miasta, ale w południe 18 stycznia 1945 r. już sowieckie wojska na ulicach ujrzała. Ludzie fetowali wyzwolenie, każdy szczęśliwy, że wolność , że żyje. Było to z końcem wojny w kwietniu, do jej mieszkania NKWD zawitało. Pytali o jej synów, co w AK byli. Było to kilka razy zresztą, ona odpowiadała, że nie wie, że rok ich nie widziała i ostrzeżona matczynym instynktem nic poza tym nie mówiła. Przyszli znów i córkę jej Sowieci z NKWD też z nieznanych matce powodów szukali. Ona znów mądrze, że na zachodnie ziemie wyjechała, że jeszcze korespondencji z adresem nie dostała. Lecz oni dalej pytali tym razem, czy nie wie coś o swoim mężu, czy kto pytał o niego, czy Niemcy w tej sprawie ją gdzieś wzywali. Ona na to, że nie wie i znów mądrze, że od 1939 r. go nie widziała. Tak dzielnie instynktownie odpowiadała, bo u NKWD jak powiedziałeś jedno słowo nawet nieopatrznie, to tak bili, że sto następnych słów, powiedzieć już musiałeś! Później UB ją nachodziło i nieraz wzywało – ona uprzedzona, mówiła to samo. Synowie potajemnie do Amerykanów się dostali, a córka Anna do rodziny dalszej do Rzeszowa uciekła z Krakowa. Córka tam poznała starszego człowieka co z Londynu powrócił, a był 1947 r. już. On miał pełną wiedzę i broszury, gazety i książkę pierwszą wydaną w Anglii o Katyniu, o mordzie Sowieckim, także zdjęcia i dokumenty. Opowiedział jej to wszystko, co solidnie zbadał, wiele wyjaśnił, a także to jak Niemcy w 1943 r. w kwietniu zaprosili kogo mogli do Katynia w tym dziennikarzy, oficerów jeńców i polskie PCK, by pokazać bolszewicką zbrodnię. Ruszyła wtedy propaganda w tym Gebbelsa. Wiedzieli Niemcy jak sprawę mordu użyć, by sojuszników podzielić. Lecz nawet nie było potrzeby, zachodni i tak cicho siedzieli, nie chcieli o tym mówić, sprawy mordu na sojuszniku polskim wyjaśnić. Trzy lata Stalin zwodził wszystkich w tym Sikorskiego, że pewnie oficerowie polscy do Mandżurii uciekli. Lecz po odkryciu masowych grobów i nagłośnieniu przez Niemcy zbrodni (jak jeden z generałów niemieckich po wojnie powiedział – to była jedyna prawdziwa rzecz co Niemcy głosili) w eter 15 kwietnia, pierwszy raz w sprawie mordu z moskiewskiego radia padły słowa „niemieckie zbiry faszystowskie, nie cofając się w tej potwornej bredni przed najbardziej łajdackim i podłym kłamstwem, za pomocą której chcą ukryć niesłychaną zbrodnię popełnioną, jak to teraz widać przez nich samych”. Radio mówiło w komunikacie o „jeńcach polskich, którzy od 1941 r. znajdowali się w rejonach położonych na zachód od Smoleńska na robotach budowlanych wraz z wieloma ludźmi sowieckimi, mieszkańcami obwodu smoleńskiego i że wpadli w ręce niemieckich katów faszystowskich w lecie 1941r. po wycofaniu się wojsk sowieckich z rejonu Smoleńska. Mordercy hitlerowscy nie ujdą słuszną i nieuchronną zapłatą za swe krwawe zbrodnie”. Tak oto w imię przyszłej prawdy Sowieci siebie nazywali de facto mordercami i zbirami - co warto dziś pamiętać! Słowa te w radiu przeciw Niemcom wymierzone jak bumerang przeciw rządowi londyńskiemu w dniu 19 kwietnia 1943 r. zostały obrócone. Wtedy to PRAWDA - komunistyczny ich dziennik, niezwykle ostro potępił nasz rząd na prośbę skierowaną do MCK o zbadanie mordu. Artykuł miał tytuł „Polscy pomocnicy Hitlera”, zawierał słowa ”oszczerstwo gwałtownie się szerzy, zanim wysechł atrament na piórach faszystowskich pismaków. Ohydne wymysły Gebbelsa i spółki na temat masowego mordu na polskich oficerach dokonanego przez władze sowieckie w 1949 r. zostały pochwycone nie tylko przez wiernych hitlerowcom służalców, ale co dziwne przez ministerialne kręgi rządu gen. Sikorskiego… Polscy przywódcy w niewybaczalny sposób poszli na lep chytrej prowokacji Gebbelsa i podtrzymali nikczemne kłamstwa, oszczercze wymysły katów narodu polskiego”. Tu warto pamiętać, że sami siebie znów na przyszłość, nazwali - katami narodu polskiego! Co na to zachód? Angielska prasa i amerykańska nawet Stalinowi … zawtórowały. New York Times napisał, że to „rząd Sikorskiego pomaga hitlerowskim oprawcom, podtrzymują ich oskarżenia o… masakrę”. Times dodał, że to wszystko ”doprowadzi do krytycznego zwrotu w stosunkach polsko-sowieckich i tak burzliwych od początku wojny”. Co za amerykańska zniewaga! Tak oto widać jak nasi sojusznicy na Sowiety „grały”, choć polscy lotnicy i marynarze za nich ginęli, po prostu nas zdradzili! Taka to wielka nauka płynie, bo tak z nimi było zawsze nie tylko w 1939 r. Wtedy Churchill do Sikorskiego powiedział - ”Jeśli oni (oficerowie) nie żyją, nic nie może pan zrobić, co by im życie przywróciło” – tylko tyle? W czym rząd zawinił, że o pomoc do MCK się zwrócił, że Niemcy to wykorzystali i sami za cztery godziny też to uczynili? Zbrodniarz sowiecki tym został urażony? Że my razem z Niemcami? Pretekstu zbrodniarze szukali! Po sześciu tygodniach po odkryciu grobów ppłk H. Szymański – oficer łącznikowy USA przy armii polskiej na wschodzie, przesłał amerykańskim przełożonym pogłębiony raport. Były w nim dokumenty, zdjęcia i oświadczenia kpt. Czapskiego, który był więźniem Starobielska. Z rozkazu Andersa, ocalony, szukał kolegów zaginionych. Po wielu bezskutecznych działaniach i zebraniu wiarygodnych informacji, ostatecznie stwierdził do Andersa, że „Sowieci zamordowali jego towarzyszy broni, bo byli pewni, że Polska nigdy się nie odrodzi”. Szymański przekazując raport swoim zwierzchnikom do Waszyngtonu zawarł w nim także złowieszczy komentarz Berii jeszcze z 1941 r. „Zrobiliśmy błąd, zrobiliśmy wielki błąd”. Te słowa skierowane na jakimś spotkaniu do dyplomaty - mimowolnie! Cóż – dogłębny raport Szymańskiego „utknął” gdzieś za czyjąś aprobatą w archiwach dokumentów rządu USA! Kolejne fakty świadczące o destrukcyjnej roli rządu amerykańskiego wobec sprawy polskiej to, że nawet płk. van Vliet, jeniec niemiecki z afrykańskiej kampanii, w czasie prac MCK sprowadzony do Katynia, początkowo nie dowierzając Niemcom, a oglądając przestrzeliny czaszek, skrępowane drutem ręce polskich oficerów i łuski pochodzenia ich opisywane - świadczył wtedy do swoich - ”Polaków zamordowali Rosjanie”. Pomimo i tego rząd USA nie uczynił nic dla sprawy Polskiej, nawet po zerwaniu stosunków dyplomatycznych z rządem Sikorskiego, który nadal wielbił Stalina! Prezydent Roosevelt nie wierzył nawet (może nie chciał wierzyć) swojemu przyjacielowi Georgowi Earlemu, wysłannikowi USA na Bałkany, który z całą determinacją zrelacjonował prezydentowi całą prawdę o Katyniu. Dał przy tym prezydentowi nowe dokumenty świadczące o tej sowieckiej zbrodni. Od Roosevelta usłyszał - ”George, to wszystko niemiecka propaganda i niemiecki spisek. Jestem przekonany, że Rosjanie tego nie zrobili…” Nieznane może fakty, ale dokumentują, że ci Amerykanie, którzy prawdę Rooseveltowi mówili o Katyniu nie awansowali lub byli w odległe miejsca od Europy wysyłani? Earle nagle po tej rozmowie dostał przydział służbowy na wyspy… Samoa! Tak i idąc dalej w tok myślenia pań Cieślewicz, Roosevelt wraz z Churchillem całkowicie Polskę w Teheranie i Jałcie zdradzili. Zbroili Sowietów, żywność dawali, by zaraz po wojnie, dozbrojone nowocześnie komunistyczne imperium, wiele krajów pochłonęło i im samym zagroziło. Podejrzewały- matka z córką, że tak kazało robić międzynarodowe lobby braci, których pełno w NKWD i Ameryce było, a do tego sam Franklin i Winston? A sprawa Oświęcimia? Tematu tego nie chcę tu rozwijać! Cóż, dopiero komisja kongresu USA z inicjatywy senatorów polskiego pochodzenia w 1952 r. wszystko obnażyła jak Ameryka Roosevelta, Churchill byli słabi, by Ameryka wreszcie zrozumiała u szczytu zimnej wojny, czym jest komuna! Lecz było już za późno o lat siedem dla Polski. Hańba po wsze czasy tym fałszywym aliantom, którzy nawet na defiladę zwycięstwa w Londynie w 1946 r., czwartego pod względem siły alianta nie zaprosiły. Tak do końca życia hrabina Cieślewicz głosiła, tak też za niewyjaśnienie śmierci Sikorskiego, ich obwiniała! Wspominała, że w Krakowie po zamachu w 1943 r. Niemcy ogłosili, że Sikorski to ostatnia ofiara Katynia. Mówili to Niemcy, nie sojusznicy – oni jak głaz o tym milczeli… Pogarda jej dla tych aliantów do końca była wielka. Powiadała ciągle jak to Stalin w 1944 r. do przywódców Jugosławii powiedział, oskarżając Brytyjczyków, jakoby to RAF zestrzelił liberatora i w ten sposób zamordowali Sikorskiego. Wiedział o tym Churchill – też nie reagował. Stalin miał go już gdzieś, ten głowę w kołnierz chował. Miała dokumenty o sowieckim superszpiegu w sztabie angielskim Kima Philbiego, co dokładnie wiedział o ruchach Brytyjczyków i z pewnością o trasie przelotu Sikorskiego. Do końca twierdziła, że Stalin w tym zamachu maczał palce… Stalin był tak bezczelny w kłamstwie i bezkarności swojej, że w 1944 r. nakazał zbiórkę pieniędzy na jednostkę pancerną sowiecką, nazwaną … ”Mściciele Katynia”. Mówiła Anna, że to już szyderstwo samego diabła! Żona kapitana i córka Anna rozległą rodzinę w Ameryce i Anglii miały. Prowadziły obszerna korespondencję, za co i z UB problemy miały. Pomimo zaproszeń, próśb rodziny o wyjazd na stałe, zawsze mówiły - „Polakami jesteśmy, przecież czy u zdrajców Amerykanów, czy Anglików mielibyśmy mieszkać?”. Do końca przestrogę Anna głosiła, że nielojalni zachodni alianci w 1939 r. oszukali Polskę, a w 1941 r. upadającego Stalina potęgą swych dostaw na nogi postawili, nic się nie nauczyli, bo w latach dziewięćdziesiątych zgniłego kolosa na nowo w „złote banki” też ubrali. Kapitał Putinowi, to jak KGB dawali? On już przecież szczerzy zęby na nich jak kiedyś Stalin – nic więc historia ich nie nauczyła! Z Merkel, cóż - buduje układ dla Europy, jaki już w 1939 r. mieli… Dodam jeszcze, że wiele razy słyszałem od nich razem, że Katyń krwi ciągle wymaga, nie wierzcie im! I stało się, jakby przepowiedziały to co pod Smoleńskiem w 2010 r. było. Anna wielką patriotką była, przed UB po wojnie do Rzeszowa uciekła, lecz ci nie zapomnieli o córce kapitana z Katynia. Wyobraźcie sobie co ona zrobiła w 1952 r. Napisała list do Stalina. Pytałem jak zaadresowała, ona prosto - Józef Stalin Kreml MOSKWA ZSRR. Napisała w nim, że jaka to komuna, skoro ona za to, że jej ojciec zginął w Katyniu przez bezpiekę jest szykanowana. Dodała za co? Za głoszenie prawdy, jaka tu w Polsce i Rzeszowie demokracja, jakie to państwo robotników? Domagała się też przydziału mieszkania, bo uzasadniała, że z Niemcami jej rodzina walczyła, a Komitet Wojewódzki PZPR ją ignoruje. I co myślicie? Za dwa miesiące list przyszedł od Stalina, czy z jego podpisem? Pisze w nim, że sprawę przekazuje władzom Polski, by ją załatwili. Napisane było, że ”wajna była” , że „mnoga waszych i naszych pagibło” - i słał pozdrowienia -”pazdrawlajem was tawariszczka Anna ”. A przecież ona w żadnej partii nie była. Co za huk zrobił się w rzeszowskim komitecie wtedy – prosili ją, by nie pisała już więcej, dali mieszkanie i UB nie nachodziło więcej. Historia rzeczywiście niezwykła, bo córka miała charakter i swe zdanie. Tak jak w Krakowie wózek z Tandety targała, tak i żadnej władzy się nie bała, bo jak co, to wszędzie skargi na krzywdę ludzką pisała. Cóż więcej pisać mogę o rodzinie patriotów Cieślewiczów. Mieli na Zachodzie stanowiska, wspierali Polonię w fundacjach i ubogich, bo to córka i rodzina z kręgosłupem ojca, bohatera z katyńskiego grobu. Jeden z Cieślewiczów był nawet dyrektorem w NASA. Jeszcze dodam jak z Anną babcią, od prawie trzech lat nieżyjącą, razem przez lata ubogim, świąteczne paczki robiliśmy z własnych pieniędzy. Mówiła zwykle do mnie – „Nie goń za pieniądzem, to niemiłe Bogu” - i „farsą historii- nowej komuny, okrągły stół"- nazywała. Jakże to przykre, że ta kobieta przed śmiercią przeniosła się na wieś do małego drewnianego domku, tam umarła, a za trumną tej wielkiej patriotki szedł kondukt… kilka osób! A sygnet jej ojca, zamordowanego kpt. Władysława Cieślewicza, wydobytego przez Niemców w 1943 r. z katyńskiego grobu i oddany w tym samym roku jego żonie… mam ja - trzymam go właśnie w ręku… Przypominam opowieść, bowiem rocznica to może najwieksza, a i zdarzenia...Niech ci co rządzą Polską i mówią o Smoleńsku i wojnie na Ukrainie, pamiętają, że tam się zaczęło, tam tkwi PRAWDA, a nader te SŁOWA i dla młodych Polaków ku PRZESTRODZE NA PRZYSZŁOŚĆ!
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (3 głosy)