Drugie "Wesele" Smarzowskiego

Obrazek użytkownika Ośrodek Myśli Niezawisłej
Blog

Po seansie nowego „Wesela” Wojciecha Smarzowskiego, wychodząc z kina, pomyślałem w stronę reżysera to, co powiedział Franz Maurer do Angeli w „Psach” Pasikowskiego: „Nie chce mi się z tobą gadać”. Idąc na film spodziewałem się, że będzie jechanie prętem po klatce, że będzie ostro, ale założyłem, że nie da się być bardziej nieobiektywnym i nie można jeszcze ohydniej generalizować, niż w „Klerze”. Film, jednak zweryfikował moje założenia bezlitośnie. Wojciech Smarzowski udowodnił, że można pójść dalej i zdołał jeszcze bardziej przesunąć granicę tendencyjności.

Nie wiem, jaką swoją traumę reżyser przepracowuje tym filmem, ale musi być ogromna, bo ilość wylewanego szamba i pomyj jest porażająca. W oczach Smarzowskiego wszyscy jesteśmy rasistami i ksenofobami, do tego jeszcze pijaczkami, prostakami i drobnymi kombinatorami. Na imprezach chlejemy wódę na umór, urządzamy chamskie, obsceniczne zabawy, a w przerwach między jedną czynnością a drugą, opowiadamy sobie dowcipy o Żydach. Ja znam Polskę inną i w innej żyję, a taka wizja, jaka jest przedstawiana, mogła narodzić się tylko w chorym umyśle. Może Smarzowski opisuje świat, który zna z autopsji? Może ten cały syf, który ukazuje w ostatnich swoich filmach, to jest obraz hermetycznego świata show biznesu, w którym funkcjonuje? Jeśli tak, to warto opuścić „szklaną bańkę”, rozejrzeć się dookoła i pooddychać świeżym powietrzem, a nie bezustannie wentylować się antypolonizmem.

Jak przy okazji „Kleru” tak i tutaj po premierze odezwały się głosy dyżurnych dziennikarzy, publicystów i wszelkiej maści „fajnopolaków” z „Tenkraju” zapewniające jak arcyważny jest to film, jakże uczciwie pokazany jest w nim obraz Polski i nawołujące do tego, by nie zmarnować szansy na zmierzenie się z narodowymi traumami. Z tego całego zalewu absurdalnej czołobitności, traktującej Wojciecha Smarzowskiego niemal, jak narodowego wieszcza, na powierzchnię wypłynął głos Tomasza Raczka, który oznajmił: „Widziałem nowe „Wesele” Smarzowskiego. Wielki film. Od czasu premiery „Wesela” Wyspiańskiego w 1901 r. nie było tak wstrząsającego odbicia Polaków w lustrze”. Nawet nie potrafię tego skomentować. Kompletny odlot.

Ten parszywy paszkwil Smarzowskiego nie jest o nas i — przede wszystkim — nie jest dla nas. Dla kogo więc? Kiedyś Rafał Ziemkiewicz powołał do życia określenie „michnikowszczyzna” i to właśnie jest dla nich. Drugie „Wesele” Smarzowskiego jest na potrzeby „michnikowszczyzny” i uczciwiej byłoby, gdyby produkcja współfinansowana była przez Agorę, a nie, jak to ma miejsce, przez Polski Instytut Sztuki Filmowej.

 

 

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (9 głosów)

Komentarze

Więc skomentuję  to tak:

Oto, jak zachowuje się autorytet moralny, jeden z ulubionych aktorów Smarzowskiego, którego muzyka występuje w filmie, Arkadiusz Jakubik:

 Dr Misio - kontrowersyjny występ w Opolu

 

Romuald Kałwa

#1632914