Telewizja i rzeczywistość

Obrazek użytkownika Marcin B. Brixen
Humor i satyra

Pewnego ciemnego, listopadowego popołudnia rodzinę Hiobowskich odwiedził gość. Profesor. Prawdziwy. Taki, co go w telewizji pokazują (jak to mawiał gospodarz domu przy ulicy Alternatywy 4, Stanisław Anioł). Prawnik. Specjalista od praw przestępców, często wypowiadał się w telewizji i w "Wiodącym Tytule Prasowym" na temat tego, że z przestępcami trzeba łagodnie. Mama Łukaszka, która go zaprosiła, była u szczytu szczęścia. Siedziała obok profesora, nieprzytomnym wzrokiem wpijała się w jego twarz i co pewien czas wymykała się na korytarz podotykać profesorskiego płaszcza. Okazało się, że profesor był dawnym wykładowcą mamy, szedł do znajomych, nie zastał ich, przypadkiem się spotkali i mama Łukaszka zaprosiła go na kawę.
Profesor zaproszenie przyjął, kawę wypił i poprosił o włączenie telewizora. Okazało się, że tego dnia nadają pilota nowego, polskiego serialu i profesor musi go obejrzeć, aby być na bieżąco.
Akcja działa się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Młody, obiecujący naukowiec został przyłapany nocą na sikaniu w bramie kamienicy. Został zadenuncjowany przez wstrętnych, donoszących na wszystko, zawistnych Polaków i choć milicja była ludzka i wyrozumiała to trafił do aresztu. Rano doprowadzono go na przesłuchanie do oficera SB. Co prawda młody naukowiec opierał się i krzyczał, że on z SB nigdy nie rozmawia, ale strażnicy błaganiami, pochlebstwami i czekoladkami zdołali go przekonać, żeby porozmawiał. Tylko porozmawiał.
- No dobrze - zgodził się naukowiec i poszedł.
W gabinecie przyjął go sympatyczny, starszy pan, w eleganckim mundurze. Pogadali chwilę o pogodzie, o sporcie, kawę wypili i zapalili papierosa.
- Wie pan co, coś musimy z panem zrobić - powiedział oficer i zaproponował, że puści go do domu, jeśli ten podpisze zobowiązanie do bycia TW.
Oczywiście młody naukowiec odmówił.
- Daj pan spokój, wszyscy podpisują - skrzywił się oficer.
- Ale ja nie chcę nikomu szkodzić!
- Panie, a czy ja panu będę kazał szkodzić? Pan podpisze papier i będzie wolny, ot, co najwyżej wpadnie pan do nas raz do roku na kawę i sobie pogadamy. Tak jak teraz.
- To wszystko? - zapytał czujnie młody naukowiec. - A co pan będzie z tego miał?
- Ja będę miał premię, bo mi przybędzie kolejny agent - uśmiechnął się szeroko oficer i uspokoił, że przybędzie oczywiście tylko na papierze.
- No ale pana przełożeni... - zaniepokoił się młody naukowiec. Ale oficer zrobił zdumioną minę, lekceważąco machnął ręką i powiedział:
- Panie, kto by się tym przejmował, przecież ten system się zawali za trzydzieści lat! Koniaczku?
I obaj roześmiali się szczerze.
I tak zakończył się odcinek pilotowy. Profesor wstał, podniósł palec do góry i powiedział:
- Tak było!
- Tak było! - powtórzyła mama takim tonem, jakim Indianie mówią "howgh", a katolicy "amen".
Dziadek zazgrzytał zębami i poszedł do siebie, gdzie wypił z gwinta pół butelki nalewki wiśniowej.
Tata Łukaszka dostał zadanie specjalne odprowadzić gościa na przystanek autobusowy. Przy wyjściu z bloku natknęli się na grupę głośnych, młodych mężczyzn, którzy ruszyli w ich stronę. Tata Łukaszka, wiedziony instynktem wieloletniego mieszkańca bloku, bezbłędnie rozpoznał w nich napastników. Błysnęły w świetle latarń ulicznych noże, padły żądania pieniędzy.
- Chłopcy, co wy robicie? - zapytał łagodnie profesor.
- A gówno cię... - zaczął jeden, ale drugi go szturchnął i zawołał:
- Hej, to nasz pan profesor! Bardzo przepraszamy, nie poznaliśmy pana po ciemku! A co my robimy? To taki dowcip... e... my tak...
- Do filmu - podpowiedział z tyłu trzeci.
- O, właśnie, my do filmu! Ćwiczymy!
- Wy mnie znacie? - profesor przyjacielsko pogłaskał drugiego, dwumetrowego dryblasa, po łysinie.
- No, z telewizji! Wczoraj pan profesor był w telewizji i mówił pan, że trzeba obniżyć kary za rozbój z pięciu lat do trzech!
- Tak mówiłem - pokiwał głową uradowany profesor. - A wy...?
- No my oczywiście jesteśmy za! Ma pan nasze pełne poparcie! Szacun! Szacun!
I młodzi napastnicy rozstąpili się przed profesorem niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem.
- No widzi pan - rzekł zadowolony profesor. - Kara niczego nie daje. Tylko łagodność i ustępstwa. Zaproponowałem obniżenie kary i nas nie napadli! Tak się zastanawiam, czy nie postulować całkowitego zniesienia kar. O, jedzie mój autobus. Dobranoc!
- Dobranoc - powiedział tata Łukaszka wsiadającemu profesorowi i wolno zawrócił w stronę bloku. Miał wrażenie, że to co się dzieje, to nadal film. Więc na wypadek, aby zbyt brutalnie nie zetknąć się z rzeczywistością, wszedł do bloku innym wejściem. Bo tak się składało, że w kwestii młodych napastników miał przeciwne zdanie niż profesor. Czyli dożywocie, kajdany i kamieniołomy.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Tata Łukaszka zdecydowanie odnalazłby się w serwisie Niepoprawni.pl:)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#8530

Puki co musimy zadowolić się jego przygodami. :)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#8536