Wakacje z polskimi górami (1) - Bieszczady, Karkonosze

Obrazek użytkownika krzysztofjaw
Kraj

Nie zapominajmy, że jeszcze trwa lato i są wakacje...

Moją drugą - po żeglowaniu - pasją są polskie góry i letnie wyprawy górskimi szlakami turystycznymi. Nie lubię odpoczywać biernie np. leżąc na plaży cały dzień.

W swoim życiu przeszedłem pieszo wszystkie polskie pasma górskie i każde ma swój osobliwy urok. Zdobyłem indywidualnie Koronę Gór Polskich [1], bywałem też w górach po czeskiej stronie i zdobyłem tam szczyt Červená hora o wysokości 1333 m n.p.m. oraz okresowo wspinałem się z uprzężą na tatrzański masyw Mnicha (nad Morskim Okiem) o wysokości 2068 m n.p.m, ale teraz raczej bałbym się a wtedy młodzieńcza brawura jednak poprowadziła mnie do takiej wspinaczki. Oczywiście byłem też kilkukrotnie na Rysach, ale wcale nie uważam go za najpiękniejszy, choć jak wszystkie szczyty posiada swój niepodważalny i osobliwy urok, tylko same wejście trwające około 3 godziny jest monotonne.

Mnich w Tatrach źródło: w sieci

Większość z nas nie zdaje sobie sprawy jak piękne mamy nasze, polskie góry. Odwiedzamy raczej miejsca znane, gdzie nawet w klapakach można wejść na szczyt. O reszcie nie mamy pojęcia.

Jednak z tym nie można porównać wycieczek pieszych po różnych szlakach, gdzie trzeba mieć odpowiednie obuwie z grubą i twardą podeszwą antypoślizgową (muszą być wygodne z miejscem na grube wełniane skarpety, np. o pół czy numer większe) i wodoszczelny plecak z najważniejszymi rzeczami: mapy (trzeba nauczyć się je czytać!), podręczna apteczka z kremem chroniącym nas od słońca, pasta do obuwia, wiatro i wodoszczelny długi płaszcz z kapturem, wełniane skarpety na zmianę (na które nakładamy cienkie skarpetki chłonące wilgoć a wtedy wełniane skarpety są niemal suche), nakrycie na głowę, zapas energetyzujących posiłków wraz z czekoladą, coś do picia i w dzisiejszych czasach nawet lekki namiot. Trzeba też mieć ze sobą choć cienkie rękawiczki, które mogą się przydać w czasie pokonywania trudniejszych części szlaków zabezpieczonych linami czy łańcuchami. Można też wziąć ze sobą kompas, choć niektórzy uważają go za przeżytek. Obowiązujące też jest posiadanie telefonu komórkowego z GPS-em i z Powerbankiem, który może nam zasilić telefon w razie rozładowania oraz bardzo mocnej latarki z oświetleniem rozproszonym, która przyda się, gdy zastanie nas zmrok a to jest dość częste, choć szlaki są dobrze oznaczone. Gdy zaś wędrujemy za każdym razem gdzie indziej (bez powrotu na "start"), to wodoodporny plecak musi być wygodny a rzeczy w nim - mimo wszystko - pakujemy w worki foliowe.

Długie piesze wycieczki pozbawiają nas potasu i magnezu, z czego biorą się skurcze. Najlepiej kilka dni przed wędrowaniem brać dwa razy dziennie aspargin lub asparginian, które zawierają obydwa składniki a w czasie wycieczek dalej je stosować. Można też mieć przy sobie tabletki wapnia.

Warto też odpowiednio przygotować się do górskiej wędrówki i robić sobie wcześniej długie marsze wynoszące około 5 kilometrów. Dzięki temu nie straszne będą nam zakwasy. Ważne jest też obcięcie u nóg paznokci na tydzień przed wyjazdem, tak abyśmy w czasie wycieczek mieli spokój z "wcinaniem się paznokci", co jest bolesne i uniemożliwia nam wędrowanie.

Ja preferuję wycieczki w góry na długich szlakach, których przejście wynosi dziennie około 25-30 kilometrów, czyli około 10 godzin. Dla początkujących wystarczą nawet 2 czy 3 godziny dziennie. Po zakończeniu wycieczki bardzo ważną rzeczą jest ponowne zapastowanie skórzanego obuwia (ja jeszcze przeszło 20 lat używam butów górskich produkowanych onegdaj w Nowym Targu. Kupiłem je wtedy trzy pary - dla mnie są najlepsze i bez udziwnień, ale i dziś można kupić świetne obuwie nadające się na piesze górskie wycieczki - technologia poszła w górę:)). Buty winny być za kostki, aby uniknąć zwichnięcia. Trzeba też zadbać o stopy mocząc je w zimnej górskiej wodzie i nacierać odpowiednimi kojącymi kremami lub maściami, można też przed wymarszem użyć talku. Zalecałbym też opaskę uciskową na kolana.

Nieraz jednak robią się "bąble", które niestety trzeba przebić wyjałowioną igłą i wycisnąć gazikami oraz odkazić wodą utlenioną lub spirytusem, choć jest to trochę nieprzyjemne, można wtedy też na noc zawinąć takie stopy w bandaż wpierw zabezpieczając wszystko specjalnym plastrem do nabycia w aptekach. Jeżeli ktoś ma tendencje do alergii to warto mieć ze sobą adrenalinę w razie wstrząsu anafilaktycznego np. po użądleniu osy (akurat osa to dla mnie wróg nr 1).

I jedna bardzo ważna uwaga. Jeżeli wybieramy się pieszo w góry w miesiącach wiosennych lub jesiennych ( a nawet nieraz i letnich) zawsze trzeba mieć na uwadze, że w wyższych partiach gór może zalegać śnieg a wtedy należy dokładnie śledzić komunikaty pogodowe i wybierać szlaki na niższych poziomach.

Nie zapomnę jak jeszcze w technikum wybraliśmy się z naszą klasą w Tatry jesienią. Nasz nauczyciel wybrał trudną trasę o dość wysokim pułapie wzniesień. Starałem się go przekonać, że większość moich kolegów nigdy nie chodziło po górach i może to skończyć się nieszczęściem. Nie słuchał a później był lament i nerwy po nagle pojawił się śnieg do pasa a trzeba było iść dość daleko do schroniska... Udało się, ale strach był wielki, powiem tylko, że moi koledzy schodzili pojedynczo przez niemal 4 godziny a później nawet po zmroku. Później to już ja wybierałem trasy.

Wycieczki piesze w góry są bardzo męczące fizycznie i trzeba je po prostu lubić i oddychać nimi i podziwiać je oraz widoki z nich nas otaczające. Dla tych, którzy "złapali bakcyla" górskiego, samo chodzenie jest przyjemnością, nie czuje się zmęczenia kojąc go widokiem roztańczonej przyrody. Zdobycie każdego szczytu jest jak zdobycie Mount Everest. Rozpiera nas wtedy życie, czujemy, że jednak jest coś warte i trzeba z niego korzystać. Mimo zmęczenia fizycznego piesze górskie wycieczki dają niesamowity kojący odpoczynek psychiczny a np. mycie pod strumieniem zimnej górskiej wody jest nadzwyczaj relaksujące.

I jeszcze jedno. Osoby początkujące muszą unikać brawury i liczyć siły na zamiary oraz zdać się na kogoś, kto ma doświadczenie i doradzi, jaki szlak wybrać. Nie polecam jednak wycieczek górskich osobom mającym lęk wysokości.

Oczywiście w górach jest też innych wiele atrakcji niż samo chodzenie po nich, choć ja to lubię szczególnie. Niewątpliwą dużą frajdę można mieć korzystając z kolejek linowych, z których też można podziwiać piękną panoramę gór. Najbardziej znaną jest kolejka linowa na Kasprowy Wierch w Tatrach, ale gdzie indziej też są, jak np.: na Gubałówkę, na Jaworzynę Krynicką, na Śnieżkę i wiele innych. Jest też wiele górskich wyciągów krzesełkowych: w Karkonoszach - kolej krzesełkowa na Szrenicę, kolej krzesełkowa na Kopę; w Beskidzie Śląskim: kolej krzesełkowa na Czantorię, kolej krzesełkowa na Skrzyczne; w Tatrach kolej krzesełkowa na Nosal czy kolej krzesełkowa "Wielka Krokiew" a to nie wszystkie.

Kolej linowa i wyciąg krzesełkowy: Źródło - znalezione w sieci

Można też udawać się do miejsc szczególnych i zabytków górskich, do miejsc widokowych a nawet stacjonarnie odpoczywać w górskich miejscowościach, korzystając z licznych ich atrakcji. Na samych zaś szlakach też możemy natknąć się na cuda przyrody i cuda ludzkiej ręki.

Maczuga Herkulesa w podkrakowskiej Dolinie Prądnika - Źródło: https://magazyn.travelist.pl/10-polskich-cudow-natury/

Szczeliniec Wielki - Góry Stołowe: Źródło jak wyżej

Wielość górskich atrakcji przewyższa wszystkie inne kierunki naszych wakacji a poza tym górski sezon w górach trwa cały czas i zimą można szusować na nartach, bo jest to piękny sport i rekreacja fizyczna i psychiczna, ale trzeba najpierw nauczyć się jeżdżenia na nartach czy desce i przestrzegać zasad w czasie zjazdów. To samo dotyczy skuterów śnieżnych, które są coraz bardziej popularne, ale nie zawsze je prowadzący wiedzą jak się w górach zachować.

Po takim szusowaniu jakże wspaniale jest spędzić wieczór przy kominku i w ciepłym miejscu. Poopowiadać o swoich wrażeniach, zaplanować kolejny dzień. Na moment zapominamy o tym naszym codziennym świecie...

Wspaniałą atmosferę gór tworzą schroniska, których na szlakach jest dość dużo. Tam można spotkać też pasjonatów, znaleźć bratnie dusze i nawet trochę się zabawić. To też wpisuje się w ducha przepięknych gór...

Ale wrócę do letniego piękna naszych gór i pokrótce przedstawię niektóre z nich.

Bieszczady.

To masyw dość niski, ale urokliwy i ma stosunkowo wysoki jeden szczyt, Tarnicę (1346 m n.p.m). Z niej przy pięknej pogodzie można podziwiać piękno Bieszczad, które onegdaj były raczej słabo zaludnione a dziś np. Ustrzyki Górne tętnią życiem. Ja pamiętam czasy, gdy były tylko pojedyncze chaty i to też miało swój urok, bo odpoczywając nie lubię gwaru a śpiew przyrody. Na zboczach gór bieszczadzkich nożna skosztować dzikich jagód, których jest pod dostatkiem. W górnych partiach Bieszczady zachowały swoją naturalną dziewiczość, ale trzeba tam dotrzeć pieszo i dobrze.

Klasyczny bieszczadzki krajobraz - widok na Halicz i Rozsypaniec z wiaty turystycznej na Przełęczy Goprowskiej. Źródło: znalezione w sieci

Bieszczady o zachodzie słońca: znalezione w sieci

Bieszczady słyną z pięknych połonin i najlepiej je odwiedzać przed sezonem lub o świcie, gdy nie ma jeszcze zbyt wielu ludzi. Mamy do dyspozycji szlaki oznaczone tradycyjnie: czerwony, zielony, niebieski i czarny.

Połoniny w Bieszczadach - Źródło j.w.

Bieszczady to wyjątkowe, niezwykle rozległe góry. Oferują one całą paletę górskich wędrówek, w trakcie których każdy znajdzie coś dla siebie. Są tu zatem długie, lesiste trakty niekończącymi się graniami, są ostre podejścia czy ścieżki biegnące bezdrzewnymi połoninami, gdzie szczególnie latem niemiłosiernie pali słońce. Naprawdę trudno jest powiedzieć, które bieszczadzkie szlaki zasługują na miano najpiękniejszych, najciekawszych czy najbardziej godnych polecenia. Wybór zależy od wielu osobistych preferencji danego turysty. Ja tradycyjnie lubię szlaki zielone i czerwone. Kiedyś znakowano te najpiękniejsze (zielone) i najtrudniejsze (czerwone), ale dziś to już nie ma znaczenia, bowiem każdy szlak ma swoje uroki i warto jest je przejść wszystkie [2].

Gwiezdna noc pod „Chatką Puchatka” - znalezione w sieci

Zachód słońca na Wetlinie j.w.

Masyw Szeroki Wierch. W oddali Tarnica, j.w.

Na zielonym szlaku, j.w.

Panorama ze szczytu Tarnicy. Na niebie zbliżająca się burza, j.w.

Nad brzegiem Sanu - foto z sieci: https://www.ruszajwdroge.pl/2014/10/25-miejsc-ktore-warto-zobaczyc-w-Bieszczadach.html#galeriarwd/44

Grób Stroińskich w Siankach

Więcej: https://www.ruszajwdroge.pl/2014/10/25-miejsc-ktore-warto-zobaczyc-w-Bieszczadach.html#galeriarwd/44

Od Bieszczad jest bardzo blisko nad jezioro Solina. Geograficznie zarówno Solina jak i całe jezioro (zalew) nie leżą w Bieszczadach tylko w Górach Sanocko-Turczańskich. Zapora solińska jest jedną z największych atrakcji turystycznych tej miejscowości a także całych Bieszczadów w ich granicach turystycznych (a już na pewno dla tych, którzy nie przepadają za wyprawami w góry). Jeżeli zamierzamy zwiedzić zaporę, zakładając, że poruszamy się samochodem, zostawiamy nasz pojazd na płatnym parkingu (szczególnie w weekendy trudno tu o miejsce), na który należy zjechać skręcając w prawo na pierwszym ostrym zakręcie przy wjeździe do Soliny od strony południowej i dalej udać się pieszo w kierunku zapory. Parkingów zresztą obecnie jest tu sporo. Po drodze do zapory niezliczone punkty gastronomiczne, kioski i stragany sprzedawców pamiątek, fotografów itp.

Zalew soliński: foto z sieci

Karkonosze.

Subiektywnie dla mnie najpiękniejsze pasmo górskie w Polsce z polsko-czeskim szczytem Śnieżka położonym 1603 m.n.p.m. Oczywiście wszystkie polskie góry mają swoją specyfikę i warto je odwiedzać sukcesywnie, bo każdy może wyrobić swoje własne zdanie na temat określonych masywów i pasm górskich.

Karkonosze są to urokliwe góry a najpiękniejszy dla mnie szlak to zielony łączący Karpacz ze szczytem Szrenica (1361) i Szklarską Porębę. Są tam i drzewa, i pagórki i wodospady oraz strumyki górskie, ale całe Karkonosze i wszystkie szlaki są urokliwe, napawające radością. Sama Szrenica to doskonały punkt widokowy na Kotlinę Jeleniogórską oraz Góry Izerskie, a także Karkonosze czeskie. Sam szczyt Szrenicy wyniesiony jest ponad główny grzbiet Karkonoszy (Śląski Grzbiet) na wysokość 60 m. Wierzchołek leży całkowicie po polskiej stronie granicy.

Ale też Karkonosze to nie tylko góry, ale też urokliwe miejsca warte obejrzenia.

Wodospad Łaby 35 metrowej wysokości i platformą widokową. Źródło - j.w.

Zamek Chojnik: Źródło jak wyżej

Przełęcz Żarska: Źródło jak wyżej

Drewniane pomosty pośród karkonoskiej tundry. To jeden z najbardziej kojących widoków w Karkonoszach: Źródło jak wyżej

Śnieżka zimą - znalezione w sieci

Po Karkonoszach można też wędrować po ich czeskiej stronie, równie urokliwej jak polska.

Źródło: znalezione w sieci

Pančavský vodopád – najwyższy wodospad w całych Sudetach, jest jednocześnie bajecznym punktem widokowym na cały obszar Sedmidoli. Źródło j.w.

Piękno Karkonoszy jest wprost niesamowite. Zawsze przemarsz po górach rozpoczynam od nich a później naładowany pozytywnie odwiedzam inne pasma górskie w Polsce. Zawsze idąc nawet po tych samych szlakach odkrywam je na nowo tak jak czytając po raz wtóry książkę też odkrywam w niej nowe przesłania. Zachłystuję się ich pięknem i zawsze jestem zadziwiony, że natura stworzyła coś tak urokliwego. Obserwując te widoki mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem szczęśliwy.

Źródło: znalezione w sieci

Oczywiście nie tylko chodzenie po górach jest największą atrakcją Karkonoszy. Można (szczególnie z małymi dziećmi) wybrać się na bardzo krótką trasę pieszą, ale te też zobaczyć miejsca, które pozostaną nam na zawsze w pamięci.

Źródło: https://www.ruszajwdroge.pl/2015/03/co-warto-zobaczyc-w-Kakonoszach.html#.XVeLBugza70

I wiele innych miejsc. Zobacz: https://www.ruszajwdroge.pl/2015/03/co-warto-zobaczyc-w-Kakonoszach.html#.XVeLBugza70

W Europie to w Polsce jest najwięcej pieszych górskich szlaków turystycznych, które są chętnie odwiedzane przez miłośników gór. To chyba wynika z naszego romantyzmu. W innych państwach stawia się przede wszystkim na zimę i stoki narciarskie.

Po przejściu szlaku jakże wspaniale jest rozpalić ognisko i piec sobie kiełbaski czy ziemniaki, i wpatrywać się w języki ognia, które są hipnotyzujące. Wtedy też czujemy tą bliskość z naturą, której jesteśmy częścią.

Może to jakoś małostkowe, ale z wypraw w góry kolekcjonuję specyficzne kamienie, jakże różne w różnych partiach gór: kamienie karkonoskie, tatrzańskie, pienińskie, bieszczadzkie i inne. Pod tym względem jestem trochę "zakręcony".

Zakochajmy się w polskich górach...

 

Polskie góry, pagórki, wodospady

I te przepiękne szlaki górskie

Jakżeż o nich nie myśleć rok cały

Przecież to nasze wzgórza himalajskie


Śpiew ptaków, szum drzew, rozmowy z naturą

Połoniny bieszczadzkie i tatrzańskie szczyty

To piękno niczym spotkanie z poetycką literaturą

Daje nam szczęście jakbyśmy odkrywali nowe lądy


Tylko szkoda, że przebywamy z nimi tak krótko

Ale przecież za rok znów odwiedzimy je na pewno...

Żeglowanie po polskich jeziorach i chodzenie po polskich górach... to mi wystarczy, aby przez resztę roku być człowiekiem aktywnym, pozytywnie nastawionym do życia i ludzi, cały czas myśląc, że znów przyjdzie lato i znów czekają mnie niesamowite wrażenia.

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Korona_G%C3%B3r_Polski

[2] http://www.twojebieszczady.net/

 

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...

http://krzysztofjaw.blogspot.com/

kjahog@gmail.com

 

Post jest chroniony prawem autorskim. Może być kopiowany w całości lub w części jedynie z podaniem źródła tekstu na bloggerze lub innym forum, gdzie autorsko publikuję. Dotyczy to również gazet i czasopism oraz wypowiedzi medialnych, w których konieczne jest podanie moich personaliów: Krzysztof Jaworucki, bloger "krzysztofjaw".

Ocena wpisu: 
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:7)

Komentarze

Wspaniały materiał promocyjny

Osobiście tak dużego doświadczenia w łazikowaniu po wierchach nie mam. Ze zdobyczy mogę pochwalić się trasą z doliny Kościeliskiej, czerwonymi wierchami, aż po Kasprowy Wierch i Świnicę. Zejście Zawratem do schroniska na Murowańcu. To była bodaj najbardziej wyczerpująca wędrówka. W Murowańcu byliśmy już po zmroku.

Inna ekscytująca trasa to z Kuźnic do Murowańca, przez Zawrat na Kozie Wierchy i zejście źlebem Kulczyńskiego. Na dalsze pokonywanie trasy już nie było czasu. Dzień jest zbyt krótki.

Kolejnym, miłym wspomnieniem to trasa Doliną Roztoki, przez Siklawę, Dolinę Pięciu Stawów Polskich i dalej przez Świstówkę do Morskiego Oka. Z podejścia na Świstówkę rozpościerają się takie widoki, że dech zapiera.

Mogę pozazdrościć wspinaczki na Mnich. Tam nie ma szlaku i tylko wycieczki alpinistyczne. Z ciekawostek - nigdy jeszcze nie byłem na szczycie Giewontu, czy na Rysach. Wynika to z awersji do zatłoczonych szlaków.

Generalnie polskie góry są jak magnes. Co roku wzywają, przyciągają i trudno się im oprzeć.

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

...

#1600037

Dziękuję za dobre słowo. Faktycznie góry są magnetyczne. Ja lubię te, które są dość wysokie bo mało ludzi. A Zawrat, Świnica, Orla Perć, Kozie Wierchy to jedne z najtrudniejszych miejsc w polskich tatrach. Trudny jest też Kościelec i Wysoka w Czechach. Na Rysach byłem tylko dwa razy i zawsze dziwił mnie widok z drugiej strony: parking czeski niemal dochodzący do szczytu. Fajne było natomiast to, że raz byłem ponad chmurami, też fajne uczucie. Tatry ogólnie są piękne i o nich napiszę w następnej notce. Na Giewoncie byłem i trochę też zaskoczony, bo to dość trudne podejście. 

Na Mnicha wszedłem z uprzężą tylko raz w życiu. Było naprawdę ciężko, tym bardziej, że była to moja pierwsza wspinaczka. I choć byłem asekurowany to jednak gdzieś tam strach się przebijał i sądzę, że gdyby nie brawurowa młodość nie wspiąłbym się w ogóle, ale nie żałuję. To pozostało mi w pamięci. 

Ostatni raz w Tatrach byłem trzy lata temu. Lubię je i choć mam 51 lat to jeszcze mi się chce chodzić. Pozostało z młodości. 

I na szczycie Rysów przydarzyła się onegdaj przy mnie tragedia. Spadła w przepaść dziewczyna i niestety nie było co zbierać, tak, że z górami trzeba uważać i być odpowiedzialnym oraz mierzyć swoje siły na zamiary. Początkującym odradzam wchodzenie na wyższe partie Tatr: zacząć od Bieszczad, Pienin, Karkonoszy a dopiero będąc doświadczonym można bawić się Tatrami. 

Pozdrawiam serdecznie.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

krzysztofjaw

#1600053

Byłem na nim dwukrotnie. Pierwszym razem, lat temu dziesiąt, a może i więcej. Samotny góral biegał po szczytach i zbierał śmieci po turystach. Nauczył mnie szacunku do gór. Od tamtego czasu zbieram każdy pet, butelkę Pet, czy inne zanieczyszczenia.

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

...

#1600061

Polecam:

- Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Krzeszowie

https://www.opactwo.eu/index.php

oraz

Pałac Spiż i obowiązkowo kufelek piwa pszenicznego w restauracji Pani Aleksandry Spiż.

https://palac.spiz.pl/

Pozdrawiam

 

Podoba mi się!
4
Nie podoba mi się!
0

casium

#1600056

Я спросил тебя: - Зачем идете в горы вы?-
А ты к вершине шла, а ты рвалася в бой.
- Ведь Эльбрус и с самолета видно здорово! -
Рассмеялась ты и взяла с собой.

И с тех пор ты стала близкая и ласковая,
Альпинистка моя, скалолазка моя!
Первый раз меня из трещины вытаскивая,
Улыбалась ты, скалолазка моя.

А потом, за эти проклятые трещины,
Когда ужин твой я нахваливал,
Получил я две короткие затрещины -
Но не обиделся, а приговаривал:

- Ох, какая же ты близкая и ласковая,
Альпинистка моя, скалолазка моя!
Каждый раз меня по трещинам выискивая,
Ты бранила меня, альпинистка моя.

А потом на каждом нашем восхождении -
Ну почему ты ко мне недоверчивая?! -
Страховала ты меня с наслаждением,
Альпинистка моя гуттаперчевая.

Ох, какая ты неблизкая, неласковая,
Альпинистка моя,…

 

Podoba mi się!
3
Nie podoba mi się!
0

panMarek

#1600117

Zapytałem cię, ki diabeł w góry ciągnie was,
po co się pchać na szczyt, i na co toto wam,
kto normalny by na te parszywe skały lazł?
Roześmiałaś się, mówiąc: - Spróbuj sam...

I od razu byłaś śliczna jak z obrazka,
alpinistko ty, skałołazko ty,
gdy z urwiska poleciałem w przepaść z wrzaskiem,
uśmiechałaś się, dłoń podając mi...

A wieczorem, kiedy wróciliśmy do bazy,
za ten upadek mój i doświadczenia brak,
ni c nie mówiąc, po gębie dałaś mi dwa razy -
nie obraziłem się, lecz wyszeptałem tak:

- O, chcę za tobą iść na linie jak na pasku,
alpinistko ty, skałołazko ty!..
Ile razy zlatywałem w przepaść z wrzaskiem,
klęłaś, ale klnąc - pomagałaś mi.

I już na każ dej z naszych dalszych wspólnych wypraw,
gdy z tych cholernych gór spadałem wciąż na łeb,
ty mą niezdarność podkreślałaś w sposób przykry,
za każdy nowy błąd czekanem tłukąc mnie.

I byłaś przy tym śliczna jak z obrazka,
alpinistko ty, skałołazko ty,
k iedy z kolejnych urwisk zlatywałem z wrzaskiem,
ty dawałaś w twarz z satysfakcją mi.

Dzieli mnie od ciebie jeszcze tylko jeden metr,
gdy dogonię cię, powiem: - Miła, dość...
Tu z urwiska poleciałem znów na zbity łeb,
lecz to nic - i tak mój usłyszysz głos:

- Ach, moja ty śliczna, himalajska i kaukaska,
alpinistko ty, skałołazko ty!
Nie ma rady, musisz być ze skałyzłazką -
jedną liną wszak powiązaniśmy...

Tłum. Michał B. Jagiełło

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

panMarek

#1600119

Tak tęsknię już za naszymi górami i nie mogę się już ich doczekać. Jeziora, Morze, ma swoje uroki oczywiście ale tęsknię za naszymi górami, kiedy znów wrócę i wejdę na szlak :)

Ps. teraz niestety już coraz częściej turyści mówią, że byli w górach, a tak na prawdę to przez cały okres swojego wyjazdu, tylko raz na szczycie i to w dodatku wjeżdżali kolejką a nie pieszo - a reszta czasu na aquaparkach itp. - i potem mówią, że byli w górach, a nie wiedzą co stracili po powrocie do domów - a byli tak blisko wspaniałego przeżycia swojego wyjazdu.

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

Dziękuję za uwagę,
Twój komentarz wezmę pod rozwagę ;)

#1600383

W górach i nie tylko spotykamy stare i nowe Kapliczki. Jedna z nich jest szczególna. Jest nią  Kibakowa Kapliczka Szczęśliwych Powrotów.   Kapliczka stoi w miejscu niezwykłym, u szczytu (około 502 m) wysokiego brzegu Solinki, gdzie ściany tworzą urwisko, opadające blisko 30 m w dół, niemal pionowo. W Kapliczce zawsze palą się świeczki. Możliwe, że w intencji szczęśliwych powrotów.  W każdym razie tradycja to piękna i godna kontynuowania.

https://www.google.pl/search?q=kibakowa+kapliczka&tbm=isch&source=iu&ictx=1&fir=J4vl3R_l118L7M%253A%252CL5ZaX2ZRQh9QhM%252C_&vet=1&usg=K_6dWtMP0NtHRYd9_nJvnwChoIJI0%3D&sa=X&ved=2ahUKEwi_gcKZ-ZTkAhUttIsKHTWVBtkQuqIBMBN6BAgOEAY&biw=1280&bih=699#imgrc=J4vl3R_l118L7M:&vet=1

Według opowieści najstarszych mieszkańców Terki, kapliczka została postawiona pod koniec XVIII wieku, przez ówczesnego dziedzica wsi Michała Krajewskiego, jako podziękowanie za ocalenie życia. Wracał on, bowiem z Cisnej bryczką, którą powoził pijany fornal Jakub, konie się wówczas spłoszyły nad urwiskiem i bryczka runęła w urwisko do rzeki. Pan nie poniósł żadnego uszczerbku na zdrowiu.

Natomiast inne podanie głosi, że po wybudowaniu kościoła w Wołkowyi, postanowiono przewieźć tam słynącą łaskami, cudowną ikonę Matki Bożej Łopieńskiej. Na przełęczy, gdzie obecnie stoi kapliczka, woły ciągnące wóz z cudownym obrazem madonny zatrzymały się i nie chciały ruszyć dalej. Uznano to za znak dany przez Boga, a procesja wróciła do Łopienki.

Miejsce postawienia kapliczki jest przepiękne, ale też zadziwiające. Zauważono, bowiem, że zatoczony z tego miejsca promień o długości 7 km, wyznacza okrąg, w którym znajduje się aż 14 wsi, w tym 8 niezamieszkanych-wysiedlonych: Jaworzec, Łopieńka, Łuh, Radziejowa, Studenne, Tworylne, Tyskowa i Zawój.

Kapliczka jest inspiracją dla artystów.

Wiesława Kwinto-Koczan, napisała wiersz, który znajduje się w kapliczce, ale również każdy może ze sobą wziąć na dalszą drogę karteczkę z wierszem, znajdującym się w kapliczce:

Na wysokim piętrze

Jakby szykując się do lot

Stromym daszkiem nakryta

Kapliczka Szczęśliwego Powrotu

 

Pod nią rzeczne wiry

Po kamieniach brzęczą

Wędrowcy świece palą

Z wiadomą intencją:

 

„Pozwól wrócić do domu

Z bieszczadzkich wykrotów 

Matko Boża z Kapliczki

Szczęśliwych Powrotów”.

~ by Lidia CHMIELEWSKA.

Jako ciekawostkę dodam:

- Matkę Boską Szczęśliwych Powrotów upodobały sobie rodziny polskich Żołnierzy służących w Afganistanie. Onegdaj na Blogu Marcina Ogdowskiego przybliżyłam informację o cudownej ikonie Matki Bożej Łopieńskiej.

Wiele znajomych kobiet i dziewczyn modląc się do MB od Szczęśliwych Powrotów :

„Pozwól wrócić do domu

Z tej piekielnej ziemi 

Matko Boża z Kapliczki

Szczęśliwych Powrotów”.

- doznało wyciszenia i spokoju serca. A co najbardziej istotne doczekało powrotu mężów, synów lub braci z piekielnej Ziemi!

PS

Kolejny raz w życiu modlę się do Matki Boskiej o szczęśliwy powrót polskich Żołnierzy z X Zmiany NSE misji RESOLUTE SUPPORT.

http://zafganistanu.pl/?page_id=661&forumaction=showposts&forum=2&thread=753&start=0

Pozdrawiam

Podoba mi się!
2
Nie podoba mi się!
0

casium

#1600498

Stalowa Wola 1958-2018

/ felieton retrospekcyjno - penetrujący, wspomnieniowo-sentymentalny /

Stalowa Wola i miasto Rozwadów w latach 1950.

W roku 1958 nikt nie pomyślałby w Rozwadowie, że nie będzie miastem a zwykłą dzielnicą. Idąc od parku Lubomirskiego można było napotkać po prawej stronie drogi duży tartak - przed wojną własność księcia. Zajmował on duży teren . Na placu pracowały olbrzymie traki, tnące grube pnie na potężne kłody i legary.To drewno, już inne mniejsze maszyny przerabiały na deski różnej szerokości i grubości. Kantówki i brusy. Hałas maszyn był spory.

Na placu wyrastały duże góry trocin wysokości piętrowej kamienicy. Poniżej nich składowano w równych, wysokich stosach równoboki desek. Pomiędzy nimi i na wzgórza trocin jeździły po torach małe, wąskotorowe wózki. Przewożące trociny na wzgórza i transportujące materiały. Odważniejsi chłopcy po zakończeniu pracy tartaku przemykali przez dziury w płocie. I pchali wózki na szczyt trocinowych wzgórz. Stamtąd już zaczynała się szaleńcza jazda w dół. Często zakończona wykolejeniem wózka na jakimś wirażu wśród trocin i desek.

Ścigał ich stróż tartaku, ale raczej z obowiązku niż z przekonania. Był to starszy mężczyzna i nie był w stanie dogonić szybko biegających urwisów. Po górach trocin.

Dalej po prawej stał zaniedbany, używany przez edukację drugi pałac księcia. Pierwszy „letni” na terenie parku spalili Rosjanie przy opuszczaniu Polski. Z tyłu pałacu istniały jeszcze czworaki- budynki, gdzie mieszkało sporo biedoty powojennej. Podatnej na idee proletariackie podsycane przez propagandę ówczesną.

(Szlachta Polskę przepiła, „a te Pany to się rozbijały bryczką po wsi”)…

Wszak z ich ciemnych małych okienek widać było pałac księcia. Co prawda nie tak zadbany jak przed wojną. Ale jednak stanowił wrzód na siedzeniu klasy robotniczej w sojuszu z chłopami i pracującą inteligencją.

Raczej jej resztkami, która przemknęła się pod gilotyną stalinowskich transportów na Sybir, uważnym okiem NKWD, czujnym okiem Partii, i zmęczonymi od wysiłku oczami funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Pracowali oni 24 godziny na dobę bez odpoczynku (bez odpoczynku dla przesłuchiwanych). Po łokcie we krwi. Idąc uliczką Poprzeczną można było jeszcze napotkać wystające z ziemi resztki fundamentów synagogi. Na jej miejscu w soboty odbywał się gwarny targ. Wcześniej przeniesiony z ulicy Targowej, nazywanej targowicą. Była ona za murem klasztoru, a jeszcze wcześniej na Rynku miasta, przed wojną.

Na stacji kolejowej panował spory ruch. Autobusy miejskie jeszcze wtedy na prowincji nie kursowały. Kolej stanowiła główny środek transportu tak osobowego jak i towarowego. Wejście na perony i wyjście ze stacji możliwe było tylko w dwóch miejscach. Były to wąskie bramki obsadzone pracownikami kolei w mundurach. Nikt nie wszedł na peron bez biletu. Także po przyjeździe nie można było wyjść do miasta, jeśli nie zwróciło się biletu. Należało tej żółtawo-brązowawej, grubej tekturki, pilnować w czasie podróży i nie zgubić. Brak biletu przy wyjściu oznaczał kłopoty – zostawaliśmy gapowiczami. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Można było jeszcze uciekać przez tory do widniejącego za ugorem lasu. Ale cały teren stacji patrolowali uzbrojeni strażnicy kolejowi. SOK.

Ryzyko było zbyt duże. Można więc było zastosować metodę obywatela kornego wobec władzy. Sprawdzała się ona wobec milicjantów i ORMO. Zginaliśmy się w ukłonie jak parobek przed ekonomem i patrząc z dołu, w oczy przedstawicielowi aparatu ścigania - płaczliwym głosem pytaliśmy:

„I co to teraz będzie” !???…

Skutkowało to w większości przypadków darowaniem kary. I puszczeniem wolno:

„No, obywatelu ostatni raz wam darujemy!

No - na początku każdego zdania było obowiązkowe – jak i dzisiaj.

Na rynku miasta stały jeszcze 4 pompy ręczne dla użytku mieszkańców. Jedna koło fryzjera Mierzwy, druga pod tzw. gruszką , na zakręcie drogi. Trzecia w miejscu wyjazdów dzisiejszych MKS w kierunku Stalowej. Czwarta na rogu Rynku przy lodziarni Dominika. Zlikwidowana najszybciej. Koło pompy pod „gruszką” był maleńki, mikroskopijny punkt CPN tankowania benzyny. Koło pomp panował ciągły ruch, bo woda była potrzebna: i do gotowania i do picia i do mycia. Matki stały przy kuchni, więc wodę ze studni, czasem po kilkaset metrów od domu - musiały targać dużymi metalowymi wiadrami - zupełnie mali chłopcy. Nierzadko 6 letni. Bo siedmiolatki były w szkole. Ojcowie w pracy. W socjalizmie każdy musiał pracować. Bez wyjątku.

A dobrobytu obiecanego (szczastie i dobrobyt) nie było. Miał nastąpić. Niedługo. Taki maluch niewiele większy od wiadra trzymał żelazne ucho od wiadra tuż pod szyją i stękając niósł wodę. Woda chlupała mu z wiadra na koszulkę, krótkie spodenki i znoszone buciory. A ostry postrzępiony brzeg wiadra kaleczył nogi. W zimie przy pompie, zwieszały się z niej zamarznięte lodowe warkocze. Obok leżały wyrzucone z wiader zamarznięte, lodowe kloce – jak kryształowe, olbrzymie babki.

Na rogu koło pompy czwartej, lodziarz Dominik miał wspaniałe lody. Jadło się je kulturalnie, po burżujsku - wewnątrz małej lodziarni. Z kryształowych naczyń jak pucharki - łyżeczką. Były to jeszcze czasy, gdy jedzenie na ulicy ( nawet lodów) uchodziło za nieeleganckie i niehigieniczne. Siermiężne obracanie szczękami na ulicy było nie zauważane ( tolerowane) tylko u handlujących na wozach chłopów, głodnych żebraków i osobników uważanych za hołotę.

Nawet szeregowcy LWP mieli regulaminowo zabronione jedzenie na ulicy, palenie papierosów i noszenie toreb, pakunków, parasoli. Poza tym żucie czegokolwiek, przywodziło na myśl żujących gumę do żucia - Amerykanów. A to już było godne potępienia. Sama guma i coca cola były już synonimem zepsucia moralnego, politycznego, społecznego i upadku zasad. Wszak byli to nasi wrogowie wówczas. W robotniczej Stalowej Woli lody u „Małysowej” dostawało się w dwa palce, w dwóch kawałkach wafelka. Nie były tak dobre jak u Dominika trzymającego przedwojenną jakość i kulturę konsumpcji, ale dość tanie. Jeden złoty kosztował mały „lód”, dwa złote - „duży lód”. Z większej prostokątnej, metalowej foremki, wypychany popychaczem. Dobre lody miała również pani Kosieniakowa przy ulicy wiodącej do stacji.

Miała ona knajpę z dużym szynkwasem stojącym w mrocznym pomieszczeniu. U niej już dostawało się loda w stożkowym wafelku. Piwo było na stacji i u „ciotki Bombersbachowej” - na rogu przy wyjeździe w kierunku Brandwicy. Piwo nalewano z beczek, nie pasteryzowane. Beczki stały w piwnicy i rurka zaszpuntowana w beczce przechodziła przez podłogę. Na jej szczycie, na blacie szynkwasu - widniała mosiężna, błyszcząca złotym kolorem, ręczna pompa do pompowania piwa, tzw. ”pipa”. Piwo z piwnicy było chłodne i smaczne. Piło się go w dużych, litrowych lub półlitrowych szklanych kuflach. Ciężkich i grubych.

Częste bójki (po piwie) kończyły się rozbijaniem tych kufli na czerepach biesiadników i uczestników bitwy. Mycie kufla na stacji ( gdzie istniał wodociąg) polegało na krótkim oblaniu go strumyczkiem wody z kranu. I pił następny gość. Epidemii żadnej nie było. Ani żaden sanepid nie miał zastrzeżeń. U ciotki Bombersbachowej nie było wody bieżącej . Więc do mycia (płukania) służył cebrzyk z wodą. I tam na sekundę lądowały kufle. Po kilku godzinach woda w cebrzyku nadawała się do picia jako pełnowartościowe (prawie) piwo.

Piekarzy znanych było dwóch - Kotwica i Skruch. Pieczywo było wspaniałe, dzisiaj takiego już nie ma.

Na Rynku stał pomnik wdzięczności dla Armii Radzieckiej, w podzięce za wzięcie pod nową okupację, tym razem azjatycką.

Bizantyjsko-stepową…

Pomnik był koszmarny. Jak chory sen pijanego cukiernika.

Murowany obelisk, otynkowany - z kulkami z cementu na kolejnych zwężeniach graniastosłupa. Na szczycie obowiązkowa duża, czerwona gwiazda.

Wokół Rynku pełno było sklepików z różnymi różnościami . Ze Stalowej Woli przyjeżdżali po nie mieszkańcy na zakupy. Miasteczko było o dziwo - dość czyste. Chodniki pozamiatane, w ogródkach morze kwiatów, wieczorem pachnących maciejką. Tylko w soboty, po kąpielach całych rodzin i praniu - w powietrzu unosił się zapach mydlin. A uliczkami płynęły potoczki wody po praniu. Kanalizacji nie było. Za wyjątkiem budynku stacji.

Fundamenty ratusza w Rozwadowie istnieją tuż pod placem Rynku w stanie nienaruszonym. Po wojnie ekshumowano na Rynku ciała ludzi zakopanych tam z jakiegoś wojennego powodu. To było w miejscu przy fundamentach ratusza. Wykonywał to między innymi miejscowy alkoholik . Dostał pół litra wódki i z drugim kompanem - odkopywali to. Nikt więcej nie chciał tego robić za żadne pieniądze. Fetor był tak straszny, że ludzie przy Rynku zamykali okna. Przypadkiem po usunięciu ciał – kopacz wpadł do piwnic ratusza. Wyciągnął stamtąd stare wino w dużych butelkach. Tak zgęstniałe jak syrop. Możliwe, że był toTokaj. Wszyscy bali się tego pić. Ale znalazca stwierdził, że jest bardzo smaczne. Milicja kazała szybko zasypać piwnice i nikt już tam nie zaglądał (i nie zagląda) od wojny. Miejsce było zbyt widoczne i ruchliwe.

Po wojnie, w Rozwadowie rzadko pojawiali się nieliczni starozakonni mieszkańcy, którym udało się przeżyć. Prosili o możliwość pomodlenia się za zmarłych krewnych w ich dawnych mieszkaniach. Zamykali się a po ich wyjściu znajdowano w pokojach miejsca w ścianach i podłogach, gdzie coś wyjęto.
Po głównej drodze Rozwadowa rzadko wówczas jeździły samochody. Raczej konny zaprzęg był częstym widokiem. Konna budka (taki ówczesny „bus” transportowy…) rozwożąca pieczywo lub pocztę.

Cały ekwipaż okropnie cuchnął końskim potem, bo woźnica mył chyba konia raz w roku.

Chłopski zaprzęg, ciągnący ciężko załadowany węglem lub drewnem wóz na drewnianych kołach. Wreszcie budzący grozę czarny karawan z szybami , ze srebrnymi aniołkami, na szczycie okien - ciągniony przez dwa czarne konie. Zaś wóz z gumowymi, pompowanymi kołami, budził zainteresowanie, jak dzisiaj nowy model jakiegoś lepszego samochodu. Taka fura była rzadkością i kosztowała spore pieniądze. Konie ciągnęły ją bez większego wysiłku.

Dalej, po wyjeździe z Rynku, stała szkoła podstawowa siedmioklasowa. W klasie było ponad trzydzieścioro dzieci. Toalety były na podwórku - w stylu koszarowych czarnych "ścian płaczu" dla chłopców i okrągłych otworów w betonowej posadzce, pod którą było szambo. W zimie w klasie było zimno.

Dzieci siedziały na lekcjach w płaszczach i czapkach - jak był duży mróz.

W klasach były piece kaflowe. Tym co siedzieli koło pieca było ciepło. Kilka ławek dalej było już zimno. Podłogi w klasach wykonane z desek, nasączanych terem. Mazistą, czarną substancją ropopochodną, o intensywnym zapachu podkładów kolejowych. Typowy uczeń miał krótkie spodenki na szelkach, pod którymi nosił podwójne, grube „patentowe” pończochy na tzw. "halterach", (gumowych szelkach). Na nogach dwie pary wełnianych skarpet i zimowe olbrzymie trzewiki. Na wierzch płaszczyk zimowy z kołnierzem z baraniego, czarnego futerka. Dziecko wyglądało jak Chaplin w mini-wydaniu. Tak ubrana chodziła wówczas większość dzieci. Długie spodnie przeważnie otrzymywało się w siódmej - ostatniej klasie szkoły podstawowej.

Za szkołą stało kino „Polonia”. I posterunek milicji w dawnym Sądzie. Z parterowym aresztem obok.

Kino Polonia wyświetlało filmy, głównie radzieckie. Zdarzały się już i westerny. Koło kapliczki Św.Jana pod drogą z kostki bazaltowej układanej starannie w łukowate wzory -płynął strumień. Wypływał z terenu ogrodów zakonników. Spoza wysokiego muru. Droga prowadziła do Stalowej Woli i Niska . Strumień tworzył rozlewisko i bagno - tam gdzie dzisiaj jest Biedronka. Za klasztorem i przejazdem kolejowym nie było utwardzonej drogi.

Piaszczysta droga gruntowa z głębokimi koleinami prowadziła aż do tzw. Krzyżowych dróg. Nie było „Mostostalu”, ale bocznica kolejowa już była. Na prawo od bocznicy - wycięty las. Sprawiał wrażenie jakby huragan zmiótł go na wysokości piersi człowieka.Tak cięli ten las po wojnie żołnierze sowieccy, którym nie chciało się schylać.

Po lewej stronie drogi było pierwsze wysypisko śmieci Stalowej Woli. W tych śmieciach było także miejsce na strzelnicę sportową LPŻ. Późniejszy LOK.

Osiedla Piasków właściwie nie było - patrząc na dzisiejsze. Za wyjątkiem kilku zabudowań za kładką nad torami. Dalej, aż do późniejszej nowej parowozowni ciągnęły się podmokłe łąki, mokradła jak wolno płynąca struga. Gdy zamarzły można było jeździć po nich na łyżwach. Daleko, naprzeciwko stacji za torami, pod ścianą ciemnego lasu widniało boisko piłkarskie miejscowej drużyny.

Za cmentarzem w Rozwadowie, idąc szosą w kierunku Stalowej, nie było już żadnych zabudowań. Wznosiła się na spore wzniesienie jezdnia z kostki bazaltowej i opadała na pola dużej wsi Pławo. Po obu stronach szosy jaśniały pola obsiane żytem. W lipcowym słońcu mieniły się złotym poblaskiem łodyg i kłosów. Wiatr łagodnie głaskał te zagony, tak że wyglądały jak złote, falujące morze. W nim tkwiły poutykane gęsto błękitne główki chabrów. Rzadziej czerwone płatki maków.

Za górką, w dole, przecinał drogę przepust, pod którym płynął ciek wodny w kierunku dzisiejszego bajorka za dawnym „Peweksem” i innych oczek wodnych u podnóża skarpy Sanu. Strumyk przecinał w połowie stromą gruntową drogę wiodącą na chłopskie, pławskie pola przed wałem powodziowym. Zamienione później na działki pracownicze HSW.

Gęste zabudowania Pława, które było większe od Stalowej Woli lat pięćdziesiątych, zaczynało się od strony Rozwadowa , w okolicach dzisiejszego pomnika Patrioty i skrzyżowania nazywanego rondem, którym nigdy nie było i nie jest. Szosa skręcała tam dwukrotnie i dopiero wtedy ukazywały się pierwsze bloki Stalowej Woli. Czyli knajpa „Stalowianka” i sklep „Wzorcowy” z przyklejonym „Jubilerem”. Przed nimi po prawej były zabudowania lodziarki Małysowej. Na ogromnym podwórzu wznosiła się wysoka konstrukcja z desek, stempli i trocin. W niej przez całe lato topiły się powoli olbrzymie bloki lodu wycięte ze stawów w zimie. Służące do oziębiania mieszaniny lodów. Lodówek wtedy jeszcze nie było. Po lewej tuż przed Stalowianką, kończyła się gęsta zabudowa chłopskich zagród Pława. W miejscu gdzie teraz ludzie ze skrzyżowania kierują się do bazyliki stały płoty, stodoły, gąszcz owocowych niskich drzew wiśni i jabłoni.

Kościół – bazylika, figurował dopiero w planach. Mocno niepewnych. Na samym rogu stał kiosk spożywczy. Głównie z chlebem.

Jeszcze wcześniej przed zagrodą Małysowej, za pierwszym zakrętem szosy, odbiegała w prawo czarna droga gruntowa w kierunku kościoła Floriana. Na jego tyłach mieściły się zabudowania piekarza Madeja i jego piekarnia. Chleb był tam pieczony starymi metodami, w dużych piecach chlebowych opalanych węglem drzewnym. Był tam jeden rodzaj chleba żytnio-pszennego. Chleb był tak wspaniały w smaku, że większość mieszkańców Stalowej stała tam w soboty, po 4 godziny, by kupić „chleb od Madeja”. Pod płotem piekarni stały dziesiątki rowerów, którymi odjeżdżały do Stalowej chleby w płóciennych torbach, zawieszonych na kierownicy.

Chleb duży, okrągły, z odciśniętym wzorkiem koszyka ważył dokładnie 2 kg, mógł służyć jako odważnik i kosztował 4 złote. Madej nie oszukiwał. Cena była ciągle niezmienna. Ludzie byli tak przyzwyczajeni do ceny, że gdy mówiono o podwyżce cen chleba np. do siedmiu złotych - wszyscy zgodnie twierdzili że:

„wtedy to już na pewno będzie wojna”…

Czasy były ciężkie i niepewne, towarów nawet pierwszej potrzeby ciągle brakowało. Dlatego pamiętający niedawną II wojnę dorośli ludzie, kupowali zapasy mąki i cukru - po całym worku ( 25 kilogramów) na zapas. Chowano je w szafach ubraniowych i tapczanach. Przez pewien czas by kupić pastę do zębów, lub żarówkę należało przynieść do sklepu zużytą tubkę i gwint od żarówki. Przynoszenie do apteki buteleczki na lekarstwo jeszcze w latach 1960 było szeroko praktykowane. Tak jak dzisiaj po piwie. W bramach Huty stali strażnicy z rosyjskimi karabinami Mossin. Miały długi czworograniasty bagnet – sztyk, na lufie. Ludzie wynosili z Huty różne rzeczy – drobne i mało wartościowe. Gwoździe, śrubki, żarówkę. Bo wszystkiego brakowało. Złapanych na kradzieży wyrzucano z pracy. Jeden z wychodzących nie wytrzymał nerwowo i zaczął uciekać…

Strażnik miał doskonale przystrzelany karabin i dobre oko. To byli ludzie z wiosek i często kłusowali w lasach z nielegalnej broni. Stąd mieli nawyki celnego strzelania. Strzał do uciekającego okazał się precyzyjny na odległości kilkudziesięciu już metrów. Robotnik dostał dokładnie w podstawę czaszki. Zginął na miejscu. Znaleziono przy nim w teczce szczotkę ryżową do szorowania podłogi. Ludzie chcieli zlinczować strażnika. Ale pojawiło się więcej strażników z karabinami i strzelec wyborowy został ewakuowany na wartownię.

Mieszkańcy radzili sobie z szarym życiem każdy na swój sposób. Na ogół żyło się biednie i skromnie. Ogródki przy niektórych blokach i działki wspomagały domowy budżet. Praca w socjalizmie była obowiązkowa. Włącznie z sobotą

  Od godziny 6.00 rano, do huty jechali rowerzyści zajmujący nieraz całą szerokość szosy. Pluli obficie w czasie jazdy i często ( jadąc nieco z tyłu) można było dostać prosto w twarz chmurą takiego obrzydliwego „podarunku”. Nieco mniejsze potoki rowerów jechały na II zmianę przed godziną 15.00 i na trzecią o 23.00. Huta pracowała ostro na 3 zmiany. Wszystkie zakłady w mieście włączały syreny o godzinie 7.00, 15.00 i 23.00. Można było regulować zegarki. Kto w tym czasie nie przekroczył bramy Huty miał spóźnienie. Jęk syren przypominał wojenne naloty bombowców.

Nastrój orwellowski był powszechny. Tylko mało kto wtedy czytał „Rok 1984” Orwella. Książeczka była zakazana. Wszyscy jednak traktowali to jako rzecz normalną. Dzisiaj mała, cicha sygnaturka na Anioł Pański w kościółku Floriana wywołuje paroksyzmy wściekłości wyemancypowanych niby-ateistów. Których rodzice, dziadkowie, pradziadkowie byli ochrzczeni, mieli śluby kościelne.

Oni zaś skończywszy studia na poziomie podstawówki mieli już inny „naukowy” ogląd świata. Religia wg marksistowskich wykładów w szkole i na Wieczorowych Uniwersytetach Marksizmu-Leninizmu, („WUML”) była „opium dla ludu”.

Oni sami zaś, (ci oświeceni) wybiegali swym ledwie co ponad-analfabetycznym rozumem, poza granice wszechświata. Ich matki zostały moherami i Ciemnogrodem. Budowane kino Ballada koło placu przy ul. Obrońców Stalingradu, wypełnionego pagórkami żółtego piasku, miało łukowate wnęki w ścianach przy wyjściu. Miały tam stać 4 posągi Melpomeny.

Ale zabrakło pieniędzy i zostały zamurowane cegłami na płasko. I tak jest do dzisiaj.

Nie można było zadzwonić np. do domu, bo telefony komórkowe nie były znane, a zwykłe druciane były w niewielu domach. Często 1 szt. na blok.

Towary przemysłowe trzeba było autentycznie „zdobywać” a luksusowe, jak auto - były na talony. W Stalowej było kilkoro ludzi posiadających samochód. Dyrektor Huty miał służbową Wołgę, dwóch taksówkarzy ( czarna Wołga i Warszawa) i ojciec późniejszego milionera z Mławy Simcę-Aronde.

A żebractwo było tolerowane tylko pod kościołem lub cmentarzem.

Kawały polityczne opowiadano często i namiętnie, nawet nierozumnie – bo donosicieli było sporo. Do więzienia można było trafić nawet za kawał polityczny. W marynarce wojennej jednego marynarza skazano nawet na karę śmierci za słuchanie Wolnej Europy na okrętowej radiostacji. Potańcówki ( festyny) urządzano w lesie za przejazdem kolejowym. I w klubie „Energetyka” na „Ozecie”. Czasem w Rozwadowie, za Technikum Ekonomicznym koło stacji.

Za szpitalem, za olbrzymimi stawami, na wzgórzu - w lesie, jeździł do góry i na dół spadochron wieży spadochronowej. Było to fascynujący widok. Po stawach ( trzech w kierunku Sanu) pływali ludzie na łódkach. Stawy były w miejscu dzisiejszych kortów na ul. Energetyków. Później wodę spuszczono do Sanu i zrobiono tam duże wysypisko ciągle płonących śmieci, tuż przy stacji CPN. Zlikwidowane w latach 60.

Mostu na Sanie nie było – przeprawiano się promem.

Naprzeciw szpitala - nowa szkoła podstawowa, w której było także Liceum o dumnej nazwie „44”. Jedną z wychowawczyń była starsza kobieta. Siwa, duża, gruba i bardzo silna. Surowa jak sierżant w wojsku. Dyscyplina w klasie przypominała koszary wojskowe. Uczniowie siedzieli nieruchomo w ławkach po trzech. Cały czas musieli mieć ręce za plecami i plecy przyciśnięte do tylnego oparcia z desek. Nie wolno było rozmawiać, patrzeć należało na nauczyciela. Chyba, że pisali w zeszycie, lub czytali z podręcznika. Nie pytani – nie odzywali się. W klasie było cicho jak makiem zasiał. Dyscyplina jak w obozie. W czasie odpowiedzi należało stanąć koło ławki na baczność i mówić bez jąkania głośno i wyraźnie. Gdy ktoś popełnił wykroczenie (np. rozmawiał w ławce) musiał podejść do tablicy. Kładziony był na ławce i bity wiązką kijków od chorągiewek 1-majowych, które stały w doniczkach z kwiatami. Kijki nie były takie jak patyczki od lizaków, ale solidne kije znad Sanu wycięte z faszyny przybrzeżnej (wikliny). Nikt się nawet nie przyznawał do tego w domu - bo ojciec by poprawił.

Było to z reguły kilka (4-7) uderzeń z całej pedagogicznej siły. Pani po egzekucji była spocona, zadyszana i czerwona na twarzy. Nad tablicą wisiały 3 portrety. Gomułki - z końską, długą twarzą, łysego jak kolano Cyrankiewicza i Spychalskiego – w mundurze marszałka.

1 maja wszystkie dzieci miały obowiązek brać udział w pochodzie. Dzień wcześniej ulicami miasta przechodzili wieczorem, wraz z całą szkołą w capstrzyku. Starsi uczniowie nieśli na długich kijach płonące kaganki wypełnione pakułami i naftą. Wszyscy skandowali antykapitalistyczne, buńczuczne hasła, podawane przez jedną wysoko upartyjnioną nauczycielkę (spełniającą rolę „zapiewajły”).

Przypominało to niemieckie partaitagi z czasów niemieckich, przed II wojną.

W Boże Ciało zaś, by dzieci nie szły na procesję – pod szkołę zajeżdżały ciężarowe samochody z pobliskiej Huty. Miały ławki w poprzek skrzyń i przykryte były plandeką.

Wszystkie dzieci wywożono daleko od miasta, kilkadziesiąt kilometrów - w Góry Pieprzowe, gdzie pół dnia włóczyły się po chaszczach i zaroślach. Na obiad przywożono je z powrotem do miasta. Dzieci, które nie były na capstrzyku, pochodzie 1-majowym lub na obowiązkowej wycieczce – musiały przynieść na piśmie usprawiedliwienie od rodziców.

Nie zdarzało się, by rodzice podawali rzeczywiste powody (rzadkie) nieobecności. Mogło to działać w dwie strony. Szykany ponosiło wtedy dziecko i tato w pracy. Matki prawie wszystkie, nie pracowały w tych czasach zawodowo. Zajmowały się domem i dziećmi. I te miłe wspomnienia obecności matki, zadbanego domu, smacznych obiadów i matczynego spokoju były częstym obrazem rodzinnych domów lat 1950 i 1960.

Najbardziej wysuniętym w stronę Sanu budynkiem była restauracja i hotel „Hutnik”. Dalej były już dzikie nieużytki, przypominające step.

Czasem i dzieci oglądały wydarzenia tragiczne i niepokojące. (obrazek z lat 50).

Ulica Obrońców Stalingradu. Stalowa Wola. Lata 1950 - końcówka. Od bloków nr 17,19 w kierunku Sanu ciągną się Dzikie Pola. (Własność chłopów z Pława). Porośnięte chaszczami, poprzetykane spłachetkami zagonów rachitycznego żyta. W miejscu obecnej bazyliki - piaszczyste wzgórza porośnięte z rzadka niskimi sosnami. Na prawo olbrzymie wzgórze białego, czystego piasku z wieżą triangulacyjną , za którym kryją się gęste zabudowania chłopskich zagród. Całe olbrzymie wzgórze piasku wywieziono w latach 1950 na bocznicę Mostostalu i załadowano na wagony. Zapada decyzja o budowie szkoły tysiąclatki (NR 3). Ma stanąć na terenie za blokiem nr 17. Ale ziemia ta obsiana jest żytem od hotelu Hutnik aż do dzisiejszej (wówczas nieistniejącej) ulicy Czarnieckiego. Tuż przed zbiorem. Chłopi protestują. Obok na wzgórku, na skraju pola - przy restauracji Hutnik zbiera się kilkadziesiąt osób, chłopów z Pława: z cepami, kosami i grabiami. Bronią pola. Naprzeciwko nich na drugim krańcu łanów żyta stoją dwa duże spychacze z podniesionymi lemieszami. Wyglądają jak maszyny - potwory z Marsa, z powieści Lema. Dzieci przyglądają się krzyczącym chłopom i kobietom. Wymachują oni cepami, kosami, grabiami. Jest coś tragicznego w tym obrazie i przerażającego. Spychacze dudniąc silnikami czekają. Pojawia się milicja (o mało co nie obywatelska) z białymi pałkami i pistoletami maszynowymi Sudajewa. Matki szybko zabierają dzieci do domu w blokach koło pola. Spychacze ruszają. Żyto stłamszone z piaszczystą ziemią, zryte lemieszami wygląda jak pobojowisko. Spychacze odjeżdżają. Milicja znika. Chłopi ze skurczonymi z gniewu i bezsilności twarzami siedzą na zrytej ziemi, jak na świeżym cmentarnym grobie. Kobiety cicho płaczą . Siedzą tak do wieczora. Jak przy trumnie zmarłego. W następnych latach w kierunku Rozwadowa, o którym nikt nie pomyśli, że przestanie być 300 letnim miastem ruszają także spychacze. Burzą chłopskie domy, zagrody, studnie, stodoły. Chlewiki i kurniki. Rozjeżdżają gnojowniki, sady i ogródki. Chłopów przenosi się do bloków, w których nie umieją i nie chcą mieszkać - są nieszczęśliwi w betonowych klatkach. Starsi szybko umierają, bo stare drzewa przesadzane - usychają. Młodsi żyją jak potrafią, tak jak żyli ich ojcowie i dziadowie. Hodują kury w wannie i w piwnicy, niektórzy nawet wieprzka. Spychacze czasem dają ultimatum do godziny i dnia -kiedy to zagroda ma być pusta od ludzi. Ale nie wszyscy są w stanie oderwać się od korzeni. Spychacz rano - o wyznaczonej punktualnie godzinie rusza, zrąb stodoły zaczyna się walić. Jednak spychacz nagle staje i wyłącza silnik. W wyłomie ściany stodoły widać belkę drewnianą pod dachem łączącą dwa zapola. Na belce miarowo kołysze się ciało gospodarza. Wisi na mocnym konopnym sznurze…

I Stalowa Wola z dzielnicą tym razem Rozwadów w roku 2018 ( ponad pół wieku później).

Idę przez miasto po 60 latach.

Miasto rozrosło się. Wchłonęło Pławo, Rozwadów i przysiółki. Zaczynam od stacji kolejowej na której kasy biletowe są nieczynne. Dworzec w Rozwadowie nieczynny, sprawia w wrażenie wymarłego. Ale perony funkcjonują. W budynku dworca w Stalowej Woli jest teraz restauracja. Tyż dobrze. Toalet nie ma. Cisza.Tory zapomniały już jak po nich jeździły pociągi do Lublina, Warszawy i w Bieszczady. Nie zobaczymy już potwora ziejącego dymem, ogniem i parą – czyli parowozu, jak przed sześćdziesięcioma laty. Kursują małe pociągi podobne do dłuższego autobusu.

Szynobusy.

W autobusach prawie pusto – to luksus. Nie trzeba bić się o samo wejście do środka, ale nawet można wybierać sobie miejsce jakie nam się podoba. Przy oknie – proszę bardzo . Z tyłu – czemu nie. Po prawej przy samych drzwiach – raczej nie, kierowca chce mieć dobrą widoczność na drogę po prawej. Nikt nie odważy się zapalić papierosa , także i w pociągu. (W toalecie oczywiście ciemno od dymu)… Nie ma w pociągach wagonów dla palących. Nawet na ulicy nie wolno palić. Nie wolno pić piwa na ulicy. Chyba, że na ulicy jest mały płotek przy piwiarni i wtedy – za sztachetkami (zasiekami) - już można..

Zmiany powinny nas nauczyć, że w życiu nie należy się niczemu dziwić.

NICZEMU – bez wyjątku.

Na podwórzu Liceum cisza. Dawniej widząc na chodniku nauczyciela schodziliśmy mu z drogi i już z 3 kroków zdejmując czapkę uczniowską kłanialiśmy się głośno i wyraźnie. Dzisiaj nauczyciele boja się swoich uczniów, bo ich pobiją, przedziurawią oponę w samochodzie, lub nagrają film w klasie. Starszym schodziliśmy także z drogi. Można było być wytarganym za ucho. Dzisiaj jak jesteście twardzi i odważni mijając watahę nawet uczniów klas 3 podstawowej możecie odegrać kowboja. Czyli zatrzymać się i zobaczyć co zrobią, jak idą całą szerokością chodnika. Czasem mogą was mocno potrącić w milczeniu. Nie specjalnie – oni was nie zauważą…

Gdy wyglądacie dość groźnie – ominą was, ale tak że otrą się o wasze ubranie. Dziewczęta młode są często bardzo agresywne. Podrostki płci męskiej dowodzone przez taką przywódczynię są dwakroć niebezpieczniejsze. Na przystanku autobusu nie ma tłumu czekających. Za to po ulicach jeździ ogromna ilość samochodów prywatnych. Trzeba uważać przy przechodzeniu przez jezdnię. Za Florianem nie odnajdziemy nosem zapachu piekarni Madeja, gdzie kupowałem pieczywo o niebiańskim smaku. Nie ma już niestety przybytku „chleba naszego powszedniego”.

Szkoda.

Przede mną dwupasmowa ulica. Muszę trochę zaczekać, ruch spory - nie będę ryzykował, choć wielu kierowców przepuszcza pieszych - mnie się nie śpieszy. Nie mam do czego. Budki totolotka dość liczne.

Tylko grać!!!

 

W

kinie pustki - mało kto chodzi do kina. Kiedyś westybul Ballady był szczelnie napchany kolejką po bilety, gdy grano np. „Damę Kameliową” lub „Dwa oblicza zemsty”. Młodzież nie ma gdzie rozwijać zainteresowań za wyjątkiem kilku wyczynowych sekcji klubów sportowych. LOK budowany społecznym wysiłkiem został właściwie „statutowo sprywatyzowany”. Nie ma już licznych młodych strzelców gdzie za niedużą składkę rozwijali umiejętności przydatne do obrony kraju. Strzelectwo np.

Siedzą więc pod blokami na ławkach (obowiązkowo na oparciu ławki, z nogami na siedzisku) jak kury na grzędzie i całymi dniami dziobią palcem w ekran telefonu komórkowego. Wieczorem piją piwo i sikają w klatce lub w piwnicy.To nie ich wina. Starsi nie mają dla nich czasu. Gonią za zarobkiem ( rynek- hare, hare). Obraz nie jest jednak taki czarny. Ogromna większość młodzieży uczy się, studiuje, chodzi na liczne korepetycje by mieć „lepsze punkty”. Dobrze jest być hydraulikiem - z wykształceniem magistra, inżyniera. (Ksero).

Widzę piękny market. Jak pałac, jak świątynia. Ale już na rogu nie ma restauracji gdzie zamawiałem placki po węgiersku, albo smaczną jajecznicę na kiełbasie i boczku . Jest teraz sklep z artykułami medycznymi i innymi bardzo potrzebnymi przedmiotami. W sklepiku gdzie pani sprzedawała kapustę kiszoną jest teraz dentysta.

Koło Stalowianki apteka dalej funkcjonuje. Jednak ma liczną konkurencję – co krok spotykam inne prywatne apteki, kiedyś zjawisko niespotykane.

Nieładnie pachnie od rzeki. W mieście jeśli już pachniało to siarką z Tarnobrzega. Czasem oparami martenów hutniczych. I padał gęsty pył z kominów elektrowni. W zimie śnieg często był prawie czarny od pyłu. Dzisiaj przy południowym wietrze od strony lasów przypływają nad miasto opary związków aluminium niezwykle toksyczne. Jest tych zakładów sporo. Kiedyś aluminium wygrużono ze Skawiny koło Krakowa. Dziś aluminium jest w Stalowej Wólce-Zdrój, jak sobie żartuję wdychając te opary. Nie ma fotografa Stańczyka. Jego chałupy nie ma. Jest skwer.

Już widzę - nad rzeką pracuje oczyszczalnia ścieków. Rzecz pół wieku wcześniej rzadko spotykana w Polsce. Ale przecież wiatr ma to do siebie , że nie zawsze wieje od rzeki. Zmartwieniem są więc obdzielani sprawiedliwie wszyscy - we wszystkich kierunkach. I rzeka jest czysta - czym dawniej specjalnie się nie martwiono.

Huta – potężny zakład zajmujący olbrzymi teren lasów została rozgrodzona i słusznie. Dzisiaj stanowi malutki skrawek dawnej Huty i to w dużej mierze sprzedany naszym bliskim sąsiadom – Chińczykom. Dzieli nas tylko Ural. To niedaleko. Nie ma już takiej strzelaniny w wojskowym instytucie. Czasem coś zagrzmi. Kulochwyty poligonu HSW stoją w lesie - znikają w gęstwinie trzydziestoletniego zagajnika. Na poligonie wyrosła IKEA szwedzka. Też mamy do niej blisko - tylko płytki Bałtyk nas dzieli. W dodatku sosny w Szwecji są takie rachityczne, bo rosną na skale. Kopnąć ściółkę i już są skały i kamienie. Nasze sosny zaś wspaniale nadają się na meble. Niemieckie zakłady aluminiowe stoją w środku Puszczy Sandomierskiej. To marzenie dla robotnika i dla właściciela – to prawie sanatorium. Domy jakby pojaśniały, wiele jest ocieplonych i odnowionych elewacji. Chodniki, klomby kwiatów i trawniki. Nowe place zabaw - dawniej był tylko siermiężny Ogródek Jordanowski. Teraz ulice są pięknie wybrukowane. Granitem. Kostką betonową. Są lampy i fontanna ( toporna i brzydka – ale woda w niej jest…). Jest most na Sanie . Są wiadukty. Tunel.

Są liczne ronda - coś nowego. Bo i ruch większy.

© Marek Mozets. 2018.

P.S.

Stalowa Wola to dzisiaj społeczeństwo aspirujące do zachowań miejskich. Ale idzie to opornie jak to w wielu młodych miastach, gdzie tkankę stanowi w większości ludność z dalszych i bliższych okolic wiejskich. Pod oknami często dalej leży śnieg niedopałków wyrzucanych przez okna, butelki po wódce. Na klatkach schodowych i piwnicach niektórzy załatwiają potrzeby fizjologiczne. Rzucają niedopałki ,śmieci i plują. Smród uryny gryzie się z silnym zapachem tanich perfum na klatce. Zwrócenie uwagi na siermiężne zachowanie wywołuje potok wściekłej, neurotycznej odpowiedzi naszpikowanej co drugie słowo „k…ami”. Sprzątanie po psie jest często markowane, (w dzień) jeśli nie bezczelnie i prowokacyjnie cenna, kręcona zawartość brzucha pupila zostawiana jest na środku chodnika (w nocy). Aspirujący do miana nowej inteligencji wrzucają zaś psie ekstrementy do kosza na śmieci . Sprzątaczka później wyjmuje to ręką… Nie dziwię się natomiast, że otwarte śmietnikowe altanki służą jako WC. Dla mężczyzn. Kobiety tego nie ryzykują. Dlaczego się nie dziwię? W mieście brak jest publicznych szaletów. A organizm nawet dobrze wychowanego obywatela nie wytrzyma niesamowitego parcia. Bez szkody dla zdrowia. Przestawienie mentalności na sznyt wielkomiejski to często nie tylko okres kilku pokoleń, ale nawet paru wieków. Popatrzmy co stało się z Warszawą, gdzie ludność przedwojenna praktycznie znikła. Została wytrzebiona przez pierwszego okupanta i przez następnego „wyzwoliciela”. Dzisiejsza Warszawa nie ma wiele wspólnego z dawnymi „Warszawiakami”. Ich patriotyzmem, mentalnością. Zasadami. Dumą. Odwagą i poświęceniem. Wielkością charakteru. Heroizmem postaw. Miłością do miasta. Tak i w Stalowej Woli, gdzie jeszcze w latach 60-tych mieszkała nieliczna co prawda, ale jednak wartościowa inteligencja z przedwojennych dużych ośrodków miejskich. Z Gdańska, Poznania, Krakowa, Lwowa. Oni mimo, że nieliczni - nadawali ton poziomowi miasta. Ich pojęcie porządku, odpowiedzialności, kultury, obowiązku, patriotyzmu, dobrego wychowania i uczciwości było szanowane autentycznie. Jak np. w wypadku doktora Trojanowskiego (oficera AK), doktora Machi - po uniwersytecie lwowskim, inżyniera Kwiatkowskiego ( mieszkał za ówczesną plebanią ). Wielu nauczycieli szkół średnich jak profesor dr Durkacz (Lwów) , prof. Marian Baran, dyr. Kantorek, prof. Surmacz. To byli ludzie szanowani. Dzisiaj właścicielka przekrętowej hurtowni potrafi powiedzieć do syna w podstawówce czy gimnazjum - o jego nauczycielce : „TA DZIADÓWA”.

/// cytat///„Nie bez powodu ludzie wykorzenieni ze swego środowiska zachowują się inaczej, łatwiej się dają zdemoralizować, nakłonić do przestępstwa. Doskonale wiedzieli o tym komuniści i dlatego tworzyli takie ośrodki jak Nowa Huta, (kopią miała być Stalowa Wola. przyp.a.) gdzie wyzwolona spod kontroli środowiska wiejskiego, wykorzeniona młodzież miała nasiąkać komunistycznymi bredniami, (tworzyć wojujący, ateistyczny proletariat a nawet realizować komunistyczne zbrodnie)”.

Ze Stalową Wolą wyszło jednak miłośnikom Marksa i Engelsa nieszczególnie dobrze. Na całe szczęście. Jakby nie było : „nijak żyć bez Pana” - powiedzieli chłopi na zgliszczach własnoręcznie spalonego dworu , kopiąc czaszki dziedziców…

© Marek Mozets 2018

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Mozets

#1623159