Uciekajcie Sikorska bo was Hrycio zarżnie

Obrazek użytkownika Sławomir Tomasz Roch
Historia

Mama Helena zaraz na początku napadu rezunów na nasza kolonię Ułanówka, ukryła się w maku w naszym ogrodzie, razem z nią były moje dwie rodzone siostry oraz malutki jeszcze brat Tadeusz. Po chwili zobaczyła znajomego Ukraińca, jeszcze z Izowa nad Bugiem, obecnie również zamieszkałego w Ułanówce, właśnie Kulisza. Szedł drogą przez naszą kolonię i prowadził ze sobą Polaków: starego Kobylarza, jego żonę oraz ich wnuczka Bolesława lat ok 7. Słyszałam jak Kulisz mówił do Kobylarzy tak: „Chodźcie, chodźcie! Zobaczymy, co tam u was się dzieje. Kto tam do was przyjechał?”. Bardzo chciałam ich w tym momencie ostrzec, aby nie szli do swojego domu i już miałam krzyknąć do nich z ukrycia: „Nie idźcie do swojego domu, bo was tam wybiją!”, ale niestety przestraszyłam się Ukraińca Kulisza, który był z nimi.

Oni tymczasem oddalili się i podchodzili powoli pod górę, gdzie stał ich dom, wtedy naprzeciw nich wyszło dwóch innych Ukraińców, uzbrojonych w karabiny i od razu gromko krzyknęli: „Ruki wierch!”. Gdy natychmiast zastosowali się do rozkazu i podnieśli ręce, powiedzieli do Kulisza: „Ty puskaj!” i już razem poprowadzili biednych Kobylarzy, dalej w stronę ich domu, ale już pod bronią. Gdy tylko zeszli z głównego traktu na drogę prowadzącą do ich domu, Kulisz zdradziecko rzucił się na starego Kobylarza i począł gwałtownie wykręcać, a nawet łamać mu ręce. Potem zaczął też łamać mu nogi, gdy Kobylarz usiłował się wyrwać oprawcom, drugi Ukrainiec o nazwisku Taszak, sąsiad Kobylarza, uderzył go mocno siekierą w głowę rozcinając ją niemal na pół. Jedna połowa głowy wraz z mózgiem, padła od razu na drogę, z drugą konający Kobylarz lat ok. 75, zdołał jeszcze przebiec 14 rzędów kartofli zanim upadł na ziemię.

Moja mama tak to sobie wszystko wyobraziła bowiem na własne oczy widziała ich wszystkich z ukrycia do momentu, kiedy weszli na górę i za nią zniknęli. Miała zresztą do tego podstawy, opowiadała bowiem dalej tak: „Jak tylko zniknęli mi z oczu za górką, już niedaleko domu Kobylarzy, zaraz usłyszałam głos starego Kobylarza: ‘Kulisz ja ci nic nie jestem winien!’, a po chwili krzyknął głośno ‘Rany Boga!’ W tym momencie usłyszałam głuche uderzenie siekierą.”. Z tego co opowiadała moja mama zrozumiałem, że ona i moje rodzeństwo znajdowali się ukryci około 250 m od miejsca zbrodni. Pragnę podkreślić, że także ja słyszałem wyraźnie wołanie pana Kobylarza: „Rany Boga!”, a potem jakby odgłos głuchego uderzenia siekiery, potem zapanowała głucha cisza. W tym momencie w swoim sercu, domyślałem się ktoś właśnie został zamordowany, nie mogłem jednak być naocznym świadkiem tych wydarzeń, gdyż byłem już w tym momencie w lesie wraz z moim bratem Staszkiem, około 400 m od miejsca zbrodni.

Po 10 minutach usłyszałem jeszcze od strony domu Kobylarzy jeden strzał, a potem dwa kolejne. Gdy mama to wszystko opowiedziała, po chwili do naszego domu przyszli: Kobylarz Stanisław, Tadeusz oraz Kazimierz i razem wybraliśmy się do ich domu, aby zobaczyć co się stało z ich rodzicami. Gdy przyszliśmy na miejsce mózg i jedna połowa głowy wciąż leżały na drodze, a pozostała część ciała niedaleko w kartoflisku. To było wstrząsające, pod ciężarem tej tragedii osobiście liczyłem ile rzędów rosnących ziemniaków, przebiegł ten człowiek z połową głowy, było ich aż 14. Po chwili poszliśmy dalej na podwórko i tam zobaczyliśmy na trawie ciało ich matki, lat ok. 70. Leżała z rozłożonymi rękami, ledwie w samej koszulinie, znać było wyraźnie dwie rany postrzałowe na piersiach. Małego Bolesława oprawcy postrzelili gdy próbował uciekać i ciężko zranili, zdołał co prawda ukryć się jeszcze w zbożu, ale wykrwawił się do rana.

Gdy my przyszliśmy na podwórko Kobylarzy, był tam już obecny Ukrainiec Taszak, który do tego czasu zdążył już wykopać duży dół na ciała, rzucił na jego dno pierzynę i począł ściągać ciała pomordowanych. Ja i synowie zabitych rodziców stanęliśmy nad tą mogiłą i zaczęliśmy śpiewać pieśni żałobne i inne kościelne. W tym momencie z lasu odezwał się karabin maszynowy, przestraszyliśmy się i natychmiast rzuciliśmy się do ucieczki. Po chwili byliśmy już w domu, bracia Kobylarze jeszcze tego samego dnia, postanowili uciec do Włodzimierza Wołyńskiego. Jest mi wiadome, że wszyscy trzej przeżyli wojnę, niestety jeden z nich Tadeusz, zamordowany został tuż obok swojego domu, a dwaj pozostali żyją prawdopodobnie do dziś we Wrocławiu.

Na dwie godziny przed napadem na naszą kolonię, oprawcy ukraińscy wymordowali prawie całą polską rodzinę o nazwisku Adwent, która mieszkała kawałek od nas, właściwie już pod samym lasem. Bandyci napadli na ich dom w samo południe, kiedy wszyscy razem jedli właśnie obiad. Niespodziewanie i gwałtownie wdarli się do domu i obstawili całą rodzinę przy stole, następnie brali po kolei od stołu i stawiali pojedynczo pod ścianą, zabijając strzałami. Najpierw wystrzelali w ten sposób 7 sióstr, a potem ich rodziców. Po rzezi, wychodząc z domu podpalili dom i zabudowania gospodarcze. Gryzący dym płonącego domu, ocucił jedną z postrzelonych sióstr, choć była strzelana pierwsza z wszystkich, cudem przeżyła te masakrę pod ciałami pozostałych, którzy strzelani padali potem na nią. Będąc ciężko ranna, resztkami sił, wygramoliła się i uciekła do lasu, który znajdował się zaraz koło ich domu. Następnie przedostała się do Włodzimierza, a potem do Polski. Po wojnie spotkał ją w Zamościu, mój rodzony brat Bolesław Sikorski i razem długo rozmawiali. Właśnie wtedy mu to wszystko osobiście opowiedziała, a on potem powtórzył wiernie to mi. Nie wiem, co się później z nią stało, prawdopodobnie zamieszkała w Białobrzegach pod Zamościem. Do dziś nie wiem też, co się stało z całą polską rodziną Kalinowskich, także zamieszkałych do napadu w Ułanówce.

Tymczasem moja rodzina jeszcze przez dwa tygodnie, przebywała w naszym domu w Ułanówce. W dzień zwyczajnie pracowaliśmy, a nocą kryliśmy się przed wciąż możliwym napadem ze strony Ukraińców. Jednak po dwóch tygodniach przyjechał do swojego gospodarstwa na krótko Binkowski, wraz z nim przyjechali także Niemcy jednym samochodem pancernym. Powiedział wtedy bez ogródek do mojego taty: „Kum zbieraj swoją rodzinę i najpotrzebniejsze rzeczy i przyjeżdżajcie do Włodzimierza Wołyńskiego, tu nie ma co dłużej siedzieć!”. Wtedy nasz tato już dłużej nie zwlekał, założył naszą kobyłę Kasztankę do wozu, zabrał trochę najpotrzebniejszych rzeczy i pościel oraz jedna krowę i ruszyliśmy wszyscy do miasta. Jednak moja mama pobiegła jeszcze do domu Ukraińca Kulisza, aby poinformować jego żonę Fiedorę, że ukryła nasze najcenniejsze rzeczy w ogrodzie w maku. Miała nadzieję, że ci znajomi Ukraińcy znajdą to i przechowają, a ona będzie mogła to kiedyś od nich odzyskać.

W tym samym czasie, gdy kobiety rozmawiały ze sobą, nadszedł mąż Fiedory Kulisz i zapytał się żony wobec mojej mamy: „Gdzie kosa?”. Ta zaraz odpowiedziała: „W kłunii (stodole).”, a on wyraźnie się spiesząc pobiegł w tamtą stronę. W tym momencie jego żona zmiarkowała się w jego zamiarach i przerażona krzyknęła: „Uciekajcie Sikorska, bo was Hrycio zarżnie!”. Moja mama tak się przestraszyła, że zamiast rzucić się do ucieczki znieruchomiała, wtedy przytomna Fiedora siłą pchnęła ją z jej podwórka. Mama wybiegła z podwórka i uciekała co sił, zaraz za nią na drogę wyskoczył z kosą w ręku Ukrainiec Hrycio Kulisz.

My tymczasem o tym co się działo, nie mieliśmy żadnego pojęcia, jechaliśmy już wozem do miasta, a obok niego szedł nasz tato Marcin z siekierą w ręku. Mamę zobaczyliśmy ponownie dopiero, jak już nas dogoniła, dopiero wtedy opowiedziała nam co się stało i jak ją Kulisz, jeszcze kawałek drogi przez wieś gonił. W końcu jednak zrezygnował, chyba także dlatego, że zobaczył naszego tatę idącego obok wozu z siekierą.

Podczas naszej drogi był jeszcze jeden niebezpieczny moment, gdy ktoś zaczął strzelać z RKM-u, gdzieś od strony Chmielowa. Poza tym nie było innych niespodzianek i tego samego dnia, szczęśliwie dojechaliśmy do rogatek miasta. Tu zatrzymali nas Niemcy i sprawdzali nasze dokumenty, pamiętam jak strażnik zapytał: „Tam bandit?”, nasz tata potwierdził, że uciekamy przed bandytami ukraińskimi. Wtedy Niemiec ze zrozumieniem pokiwał głową mówiąc: „Jo, jo!” i machnął, na znak że możemy jechać dalej. Na pierwszą noc zatrzymaliśmy się u Binkowskich, ale już drugiego dnia znaleźliśmy sobie mieszkanie przy ulicy Garncarskiej i tam mieszkaliśmy około trzech miesięcy. We wrześniu 1943 r. przenieśliśmy się z Włodzimierza Wołyńskiego do Uściługa i zamieszkaliśmy w budynkach po pałacowych. Tu mieszkaliśmy do końca grudnia 1943 r., a potem przedostaliśmy się na drugą stronę rzeki Bug i zamieszkaliśmy w Strzyżowie, aż do jesieni 1944 r. [fragment wspomnień Mariana Sikorskiego z kolonii Ułanówka na Wołyniu, wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]

Ocena wpisu: 
5
Twoja ocena: Brak Średnio: 5 (głosów:9)

Komentarze

Mego dziadka terz zamordowali.Wyjechal furmanką z Dorofijówki do sąsiedniej wsi mimo ostrzeżeń

znajomych.Niewieżył że może mu się coś stać.Był lubiany, usługiwał i pomagał ludziom bo znał i potrafił zrobić

wszystko.Konia podkuć,buty czy ubranie uszyć. Mój ojciec miał wtedy 11 lat było ich w domu pięcioro rodzeństwa.

Tego feralnego dnia nie chciał jechać  ze swoim tatą . Pozostał mu ten obraz niknącej w oddali furmanki.Grobu dziadka

nie ma. Ktoś mówił że tam w okolicy na gliniankach długo z ziemi wystawała ręka i na pewno to ręka mego dziadka ,ale wtedy

moj ojciec i ktokolwiek bał się tam iść.Babcia ukrainka,  przeżyła,nigdy ani słowem niewspomniała do swojej śmierci

( a żyła lat 90 ) mego dziadka,jakby go nigdy nie było..Wszystko co wiem ,jaki był muj dziadek wiem od mego ojca.

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
0

Loter

#1507768

Dzięki Loter za cenny wpis za to żywe, rodzinne świadectwo. Dzięki miłości tysięcy Kresowian, którzy nigdy nie zapomnieli mamy dziś setki książek i tysiące spisanych relacji, znamy tysiące wsi i kolonii polskich, w których miało miejsce ludobójstwo banderowskie. Uderzający jest wprost szokujący stopień zaskoczenia polskich wspólnot lokalnych, stopień ich naiwności, jakiegoś dziwnego zawierzenia, że ja dobry to mi nic nie zrobią. Naturalnie taki sposób myślenia, jak właśnie dziadka Lotera stał się deską grobową dla wielu setek, jak nie tysięcy innych, niewinnych ofiar. I tu właśnie dotykamy niezwykle ważnego problemu skrzętnie skrywanej nienawiści b. wielu prostych Ukraińców do Polaków. Okazało się to nie tylko szalenie niebezpieczne, ale ostatecznie przesądziło o rozmiarach rzezi wołyńskiej. Na co dzień dobrzy i spokojni ludzie z dnia na dzień, zamieniali się stadnie w upojone watahy siekierników. To doprawdy nie do pojęcia. Obraz jednak nie byłby pełny, gdyby nie wspomnieć o Tych nielicznych Ukraińcach, którzy zachowali się jak trzeba, płacąc częstokroć za to najcenniejszym życiem.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Sławomir Tomasz Roch

#1508613

 " Gdyby wszyscy pamiętali o  cierpieniach 

   Kresowian, dzisiejszy świat byłby nie tylko inny, 

   ale przede wszystkim lepszy”. ~ H.Dz. 

http://www.kresykedzierzynkozle.home.pl/page58.php

Miłosierny i sprawiedliwy Boże, przyjmij tę krwawa ofiarę naszych sióstr i braci, którą ponieśli z rąk ukraińskich nacjonalistów i obmyj ich we Krwi Baranka, Twojego Syna Jezusa Chrystusa, aby się mogli przyodziać w białe szaty zbawienia. Niech ich ofiara przyniesie owoce wspólnego budowania między naszymi narodami pokoju, zgody, współdziałania, sprawiedliwości i miłości. Amen

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie...

o. Jerzy Pająk - kapłan srodowisk niepodległościowych

 

Podoba mi się!
5
Nie podoba mi się!
-3

casium

#1507793