Moralność dyskutanta.

Obrazek użytkownika miarka
Kultura

Dobrze że jesteś z powrotem alfo.com.hel.

Dziękuję że wróciłaś. To dobra okazja dla szerszych refleksji o naszych dyskusjach i o zasadach, które im powinny przyświecać..

 

Odejście to zawsze bolesne rozdarcie ale powrót wszystko słodzi. Problemy, które przezwyciężamy, na które znajdujemy recepty zawsze prowadzą nas naprzód, ku naszym prawdziwym celom, ku życiu realnemu.

Nie tylko że trzeba walczyć o swoje, zwłaszcza o to, w co się wierzy, w czym się ma nadzieję i co się kocha, w czym widzimy swoje powołanie. Walczyć choćby trzeba było się postawić całemu światu i sobie samemu w swoim egoiźmie czy swojej pysze. Warto przeżyć czas związanej z tym swojej słabości i samotności, aby się prawdziwie wzmocnić w swojej tożsamości, być bardziej sobą i u siebie wszędzie, gdzie nas Bóg postawi.

 

Już pisałem: „A dyskutować to trzeba. Nawet się kłócić, byleby merytorycznie, ze zmierzaniem do wspólnych uzgodnień. To dzięki temu to, co najlepsze zwycięża”. A sprawy dotyczące moralności zawsze musimy traktować bezkompromisowo, bo w moralności, a nawet szerzej, bo w człowieczeństwie nie istnieją stany pośrednie – nie można być „trochę żywym”, tak jak nie można być „trochę prawdomównym”, trochę uczciwym, kochającym, wolnym, trochę mądrym, czy trochę sobą, albo trochę dobrym, albo trochę odważnym itd.

To wspólne uzgodnienie osiągane w wyniku dyskusji jest nam konieczne i staje się źródłem przyszłego pokoju, zgodnych działań na już i zgodnych zasad współżycia w przyszłości.

Trzeba na pracować nad całą kulturą dyskusji. To dziedzina społeczna i duchowa – tego nie znormalizują żadne regulaminy i kary, żadne regulacje władz czy decyzje administratorów na forum. Tu zawsze musi wygrywać lepsze. Tu nawet nie może być konkurencji – musi być rywalizacja w dobru, dobru moralnym.

Tu nie ma: "Dopóki ludzie nie pozbędą się religii i takich dyskusji, dopóty nie będzie Pokoju na świecie - będą wojny religijne." (Talbot).



10.0pt;line-height:107%;font-family:"Tahoma",sans-serif;color:#333333">Jest odwrotnie. Nie ma więc myślenia typu "Stłucz termometr, to nie będziesz miał temperatury", albo "Weź tabletkę przeciwbólową, to już będziesz zdrowy", czy "Pożycz od kogoś pieniędzy, to rozwiążesz swoje problemy".

Nie będzie żadnych wojen, jak sobie wszystko powyjaśniamy. Od uczciwego, zrozumiałego wyjaśnienia tylko kroczek do zrozumienia naszego krzywdziciela. Od jego zrozumienia tylko kroczek do chęci okazania mu swojej miłości i przebaczenia mu. Dalej też już kroczek do przejścia do życia w pojednaniu i zaufaniu... A przecież w zwykłych relacjach w życiu publicznym czy na blogach jest nawet łatwiej.



"Tahoma",sans-serif;color:#333333">Może i gdzieś są takie sytuacje wyjątkowe, kiedy wystarczy zaniechanie sporów, ale z pewnością rzadkie, bo zwykle to jest głupota, bo jednak któraś ze stron miewa rację.



A wojny - wszystkie, to są wojny bogaczy - nawet ostatnio są to wojny bankierów i to nawet o ustanowienie fałszywych długów z piramidy Ponziego, z tajnych załączników do Konsensusu Waszyngtońskiego, oraz mechanizmu prywatyzacji zysków, a uspołeczniani strat i kosztów -  i faktycznie fałszywego, „drukowanego z powietrza” i chronionego groźbami zabójstw i wojen oraz korupcją pieniądza.

Po co więc tu szukać fałszywych motywacji, po co tu mieszać religię? 

line-height:107%;font-family:"Tahoma",sans-serif;color:#333333">Przecież religie dotyczą wszystkich ludzi, a znając życie, to bogaczy i bankierów najmniej.

To oni chcą być nad religiami. To oni się łudzą, że może istnieć świat bez moralności, bez sprawiedliwości i człowieczeństwa dojrzałego, ofiarnego i podległego sumieniu, i nastawionemu na życie w pokoju.

 

Celem moralności jest zawsze życie przyszłe, jest nie oddawanie władzy nad sobą nikomu, jest obrona zdolności do przetrwania i „patrzenie końca” już na początku każdej podejmowanej drogi.

– W szczególności jest to stawianie sobie za cel, aby ten koniec wieńczyło błogosławione dzieło pokoju, w zgodnej realizacji wspólnych celów.

Nasze dyskusje też muszą mieć cele moralne i korzystać z moralnych środków. Przecież to sfera słowa, słowa które staje się ciałem.

Swoje złe czyny często możemy naprawić – złych słów cofnąć się nie da.

Braku dobrych słów we właściwym czasie i miejscu też nie damy rady wstawić w rzeczywistość.

Nie żyjemy na próbę, tylko naprawdę.

 

Niektórzy zapominają, że nasze dyskusje nie mają wartości samej w sobie, że wszystko, co tu piszemy ma służyć  życiu, ma budować nasze relacje i naszą przyszłość, ludzką przyszłość, ma czynić nas i nasz świat bardziej ludzkim, bardziej kulturalnym i pięknym.

Żeby była dyskusja, wymiana zdań musi mieć nie tylko swoją bazę  w jednakowym aparacie pojęciowym i takim samym definiowaniu słów, ale i w tej samej „moralności dyskutanta” – moralności jako zmierzaniu do osiągnięcia uzgodnień, które później już będą wdrażane w zmierzające do życia w przyjaźni i pokoju.

Toksycznym dyskutantem jest ten, co ma cele destrukcyjne i do wypracowania wspólnego stanowiska nie zmierza, a już najgorszym destruktorem jest taki, który to robi mimo mądrych, a uczciwych, merytorycznych prób z drugiej strony.

 

Kiedy przekonani do racji drugiej strony poniosą swoje przekonanie w świat – między tych, co jeszcze tego przekonania nie podzielają, aby i ich skutecznie przekonywać siłą mądrości, dobroci, racji życia i życia przyszłego, oraz w ogóle racji merytorycznych sięgających samej prawdy o rzeczywistości danej nam od Boga – zaczyna się zgoda która jednoczy i wspólna odpowiedzialność za całą przestrzeń wspólnego bytowania – odpowiedzialność rodząca wspólnotę, odpowiedzialność gwarantująca wolność, własność i bezpieczeństwo, oraz gwarancje dla zdolności do zaspokajania potrzeb życiowych.

 

Jednak trzeba pamiętać o zasadzie że: „Nie szkoda róż, gdy płonie las” – bo są sytuacje, kiedy trzeba ratować ostoje naszego bezpieczeństwa, zaplecze naszej przyszłości - rodzinę, las, dom, Państwo, Naród, Kościół... Róże tutaj, to bardziej relacje wzajemne, osobiste. Las symbolizuje raczej relacje wspólnotowe.

Kiedy zachodzi między nimi konflikt, to moralność nam każe najpierw bronić wartości wspólnotowych. Bronić relacji wspólnotowych to tyle, co wchodzić w konflikty indywidualne – to wyżej stawiać miłość Kościoła, Ojczyzny, czy rodziny jak do konkretnej osoby, albo i siebie... To są konflikty chwalebne.

 

Oczywiście nie można też pozwolić, by wróg wewnętrzny bezkarnie „pustoszył nam ogrody”, by nas demoralizował, zwłaszcza naszą młodzież, a przykładem swojej bezkarności za złe czyny, zdrady, przeniewierstwa po korupcję, kolaborację z wrogiem i sabotaż, a przez to zachęcał do samozatraceńczego naśladownictwa ...

Wróg wewnętrzny już tam ma swoje sposoby, by nam podsuwać tematy zastępcze, wzbudzać zainteresowanie wojnami zewnętrznymi, byleby tylko jemu dać spokój, albo i przestać na niego zwracać uwagę.

Wróg wewnętrzny np. Podsuwa nam fakty medialne, przykrywki i nakrywki, oraz „fałszywe flagi” czy działania pozorowane, straszenia, czy fakty „dokonane”, fakty kłamliwie zastępujące prawdę, a budzące silne emocje - aż po odebranie rozumu... a więc i odbierające zdolność do podejmowania wolnych i świadomych, a więc i dobrych decyzji.

 

Mieć wroga wewnętrznego to dokładnie tyle, co samemu być swoim wrogiem, a „Nie ostoi się dom skłócony” (Dom w szerokim sensie, bo dokładnie to: Mt 12, 25: „«Każde królestwo, wewnętrznie skłócone, pustoszeje. I żadne miasto ani dom, wewnętrznie skłócony, się nie ostoi”).

Zawsze musimy mieć przed oczami wszystko, co pachnie prawdziwym pokojem, a to po to, aby wiedzieć „o co walczymy”. Achilles z „Iliady” na swojej tarczy miał wymalowane sceny z życia w pokoju. On walczył po to, żeby już więcej walczyć nie musiał.

 

To jest samo sedno moralności – być zawsze gotowym walczyć o swoje największe świętości, o swoje ludzkie wartości zaczynając od tych najwyższego rzędu, bronić możliwości ich praktykowania i prezentowania, a już zwłaszcza wychowywania swoich dzieci w ich duchu.

Nie będziemy zdecydownie walczyli o swój świat wartości, to tylko czekają różnej maści lewacy i inni sataniści ze swoimi antywartościami.

 

- Nie wolno ulegać tu poprawnopolitycznym modom – nie wolno wyrzekać się czynienia zła i nienawiści jako zasad prawnych mających sens „sam w sobie”, bez względu na okoliczności i uczucia, bo zaraz nam przestępcy będą kazali się uznawać w części winnymi „w sprawie” – gdy logicznym jest że winowajca jest tylko jeden – bywa że „praworządność” już tu staje na głowie.

– Nie wolno dawać sobie wmówić, że takie zasady istnieją, tylko zawsze bardziej kochać jak nienawidzieć, zawsze skupiać się na dobru osób kochanych i trwać w miłości człowieka, a nienawiści zła.

Jak bronię dziecka przed człowiekiem, który chce go skrzywdzić, nie patrzę na to, że mogę go skrzywdzić bardziej, jak on zamierzał skrzywdzić moje, czy pod moją opieką, albo i obce, ale potrzebujące pomocy dziecko.

 

Cokolwiek przedsięborąc patrzeć końca – życia w pokoju i końca wieńczącego dzieło... Raczej samemu ścierpieć niesprawiedliwość, a nawet męczeństwo, byleby dobrze rozumiane człowieczeństwo zwyciężało, byleby ludzkie wartości wyższego rzędu zwyciężały, czyniąc świat coraz bardziej ludzkim i bezpiecznym.

Przed niesprawiedliwością bronić się więc nie zawsze musimy – sprawiedliwości można dochodzić i później, ale przed krzywdą moralną bronić się musimy zawsze – tu już skutki bywają nieodwracalne i każda forma obrony jest obroną konieczną.

 

Zagrożonej zdolności do przetrwania – musi być nam szkoda bardziej. Róż też szkoda, ale ... nasyćmy się ich widokiem, póki są. 

A obrona zdolności do przetrwania (wraz z warunkami do realizacji powołania do przekazywania daru życia) to podstawowy cel moralności.

 

Warto w tym miejscu trzeba się zadumać w temacie: „gdzie jesteśmy i co nas zatrzymało w naszych lotach”, czy „co zrobić aby znów odzyskać wolność i rozmach dla sięgania po życie ... zawsze nowe, zawsze dojrzalsze, mądrzejsze i bardziej dalekowzrocznie postrzegane i planowane... z coraz bardziej duchowej, a świętej perspektywy”.

 

 

Jesteś – i znów są kwiaty – symbol kultury i dojrzałego człowieczeństwa, symbol życzliwości, dzielenia się tym, co najczystsze i najsmakowitsze – pięknem i światłem, ciepłem i życzliwością, dobrem i prawdą, życiem i pokojem. 

Symboliczną alternatywą dla kwiatów jest tu pogańska „bogini” Temida z przepaską na oczach, z wagą w jednej ręce, a wzniesionym do wymierzania kar mieczem w drugiej ręce – symbol bezwzględnego interesu i wojny o detale, symbol zaślepienia w walce o szczegóły, symbol ślepoty „praw” stanowionych na człowieczeństwo, któremu u celu powinny one służyć, symbol niewoli i śmierci ofiar „sprawiedliwości ślepej”, nadto zbrodniczej w sytuacji kiedy prawo stanowione na straży którego ona stoi bierze się z uzurpacji „prawodawców”, a nie jest naprawę ani sprawiedliwe, ani służebne człowieczeństwu.

 Alternatywą na naszym blogerskim podwórku jest dyskutant który „punktuje nas” za szeroko pojmowane słówka, czy inne „poprawności”, który „donosi na nas”, od razu z potępieniem – kiedy tymczasem ta sprawa albo jest marginalna, albo nawet gdy intencja cel i skutek długofalowy mówią całkiem co innego i na naszą korzyść.

 

Dokładnie to samo jest z atakami na Kościół ze strony jego wrogów wewnętrznych, gdzie ta troska o jego dobro jest aktycznie fałszywa, a nagłaśnianie jego wewnętrznych spraw na zewnątrz jest donosem i zdradą.

 

I nie pomogą tu tłumaczenia typu:  „mam prawo wskazywać, co moim zdaniem jest grzechem popełnianym w imieniu Kościoła”.

 

Po pierwsze to argument typu „mam prawo” to oszustwo i uznanie ideologii matrixu, oraz supermanipulacji zwanej „narracja przez prawo”, oszustwa za którym stoi uzurpacja, bo za tak rozumianym prawem wcale nie stoi wcześniej spełniony i umówiony obowiązek, a więc jest to „prawo drukowane z powietrza”, iluzja, jak cała matrixowa „rzeczywistość”.

W gruncie rzeczy taka „narracja przez prawo”, to zgoda na posługiwanie się na retorykę „naszych okupantów” (a więc i pośrednie ich uznanie) - zmierzających do zniewolenia nas i narzucaniu nam (lub „obdarzaniu nas”) naszymi „prawami” według swojego dyktatu, na prawie „kaduka”, czyli z mocy bezprawia i swojego widzimisię, w wyniku którego „prawa” jednych skutkują obowiązkami i dyskryminacją narzucanymi innym – w imię barbarzyńskiej, pogańskiej zasady „dziel i rządź”.

 

Po drugie to już pisałem, że: „Problem, by pamiętać, że sam Kościół jest święty, choć składa się z nieświętych, grzesznych ludzi – tak świeckich jak kapłanów” – to co oni robią świadczy o nich, nie o Kościele...”

 

Kościół nie jest jakąś siłą wypadkową, sumą wektorową sił swoich członków – to nie twór oddolny tak, jak oddolnymi są rzeczywistości polityczne budowane na materii. Odniesienia do polityki, materii i praw są tu zupełnie błędne.

 

Kościół to duch posadowiony na Osobie Boga Jezusa Chrystusa przez Osobę Boga Ducha Świętego, a w nieustannym błogosławieństwie Boga Ojca – wciąż budowany na prawdzie przez Boga żywego i sam jest Kościołem żywym.

Głową Kościoła jest Jezus Chrystus – Bóg żywy. Kościół jest tworem żywym, a więc i wymaga miłości w jego ocenach. Tego nie znajdzie w myśleniu antropologicznym.

Historia przeciwnie – wyraża postawę antropologiczną, martwą. Do badań antropologicznych trzeba uśmiercić obiekt. Historia gromadzi fakty, ale żeby stały się one źródłem prawdy, a nie tylko fragmentaryczną wiedzą, obiekt badań trzeba traktować jak martwy. Takie podejście to jest typowe dla wrogów Kościoła.

 

Jestem stosunkowo nowy na Neonie i nie śledziłem sporów religijnych, ani też nie zamierzam próbować ich ogarniać ze względu na ogólnie ogromny rozrzut przekonań, raczej zmierzając do włączania się do dyskusji, kiedy już będę widział prezentowane racje w ich obiektywiźmie, kiedy już będę widział o czym naprawdę dyskutujecie, by móc coś realnego do dyskusji wnosić.

Bo tego co jest prawdą tak od razu nie widać. Widać fakty. A fakt względem prawdy to jest jak jakiś element wypowiedzi w zestawieniu z całą wypowiedzią w jej kontekście. To jak zdanie wyrwane z kontekstu, albo jak część zdania, która może głosić co innego jak całe zdanie.

Z faktami dżentelmeni nie dyskutują..., a nie dyskutują dlatego, że fakt dyskutant może sobie dowolnie zestawiać i uzyskiwać z tego obraz zaplanowany, ale fałszywy, zwodniczy i krzywdzący.

Widać to zwłaszcza w patrzeniu „historycznym”, patrzeniu w istocie rzeczy antropologicznym, duchowo uśmiercającym wciąż żywy obiekt „badań”. Kto eksponuje fakty zwykle sieje kłamstwa i manipulacje.

 

Zawisza Niebieski pisze:

„Moja domena to historia, historia religii europejskich. To mnie interesuje. Niestety, niektórych historia i wiedza obraża, a dla wielu pisanie o historii Kościoła o kształtowaniu jego doktryny jest atakiem na Kościół”.



color:#333333">I tak niestety bywa. Patrzenie historyczne jest zwodnicze.

line-height:107%;font-family:"Tahoma",sans-serif;color:#333333">Jak łatwo się tu zagalopować w osądach, widać po pytaniu, jakie stawia ZN:

„Dlaczego Kościół jak ognia boi się pomysłu, by każdy otrzymał prawo przekazania 0.5% swoich podatków na związki wyznaniowe?” 

A dla czego nie spyta o rację polityczną – tu by np. było uzasadnione 50% podatku – na cele Kościoła i cele społeczne Narodu, a drugie 50% na potrzeby rządu i potrzeby polityczne Państwa?

... – i to tyle, by nie przekraczało to 2 dziesięcin

{te 2 dziesięciny, choć i tak były powodem do wielkich narzekań, pozwalały jednak Państwu i Narodowi trwać i rozwijać się - w tej chwili jest w granicach 6-8,3 dziesięcin, i wszystko z przeznaczeniem na rząd (i pasożytów co się do niego dokleili), a dla Kościoła tylko drobne kwoty i to z racji odszkodowania za zagrabione Kościołowi mienie, a na cele społeczne waadze państwowe (za zgodą pasożytów czujących się już „na prawie”), dając jak musząc, czy jak znajdując kogoś, kogo na ten cel obrabują, jak w każdym socjaliźmie – tak, żeby waadza znów na tym zyskiwała},

... aby nie dusić ludzkich wolności i przedsiębiorczości z jednej strony, a z drugiej strony sprzyjać rozdziałowi Państwa i Kościoła?

To, że w tej chwili działalnością socjalną, a nawet wykształceniem i wychowaniem zajmuje się władza polityczna (i to na konto Państwa, a pośrednio i Narodu) to przeolbrzymi skandal, zamach na podstawy ludzkiej egzystencji i moralne zasady ładu życia publicznego, a zarazem próba zawłaszczenia władzy politycznej przez elity „polityczne”, nie mające nic wspólnego ani z elitami Narodu, ani elitami ducha.



line-height:107%;font-family:"Tahoma",sans-serif;color:#333333">{C}

Po trzecie trzeba tu dobitnie dopowiedzieć, że w imieniu Kościoła nikt nie popełnia grzechów, gdyż Kościół nikogo do tego nie upoważnia. Jest dokładnie odwrotnie – Kościół oczekuje od nas wiernych życia bez grzechów – tym bardziej od kapłanów.

Kościół to Chrystus – jest budowany na Jego Osobie – a On nikogo do niczego złego nie namawia, żadnej nagannej doktryny nie inicjuje. Kościół to Jego Ciało – a On zawsze stoi po stronie prawości. Wszelkie wynaturzenia, wszelkie głupoty, zaburzenia rozumu i świadomości rzeczywistości i łamania wolnej woli, powodowania nałogów, zniewoleń i uzależnień to są zwykłe ludzkie ułomności, które osądzać możemy, ale tylko jako postawę osób indywidualnych

 

Oczywiście najpierw musi być wyżej stawiane życie, najpierw najświętsze wartości, najpierw walka o to, by był pokój, pokój zewnętrzny, ale i jeszcze ważniejszy od niego pokój wewnętrzny - wielekroć ważniejszy od zewnętrznego, jako że WRÓG WEWNĘTRZNY JEST WIELEKROĆ NIEBEZPIECZNIEJSZY OD ZEWNĘTRZNEGO, POZBAWIA NAS NIE TYLKO MORALNOŚCI WEWNĘTRZNEJ, ALE I MORALE WSPÓLNOTOWEGO.

Ocena wpisu: 
4
Twoja ocena: Brak Średnio: 3.3 (głosów:6)