Kozioł na szybko po syberyjsku - opowieść wigilijna

Obrazek użytkownika szczurbiurowy
Kraj

Siedzieli wokół ogniska rozpalonego w dużej puszce po konserwach, światło płomyka roznieconego z garści strużyn pełgało hali fabrycznej, którą budowali, a teraz,  w przerwie starali się jakoś ogrzać, wiedząc, ze to tylko namiastka. Dobrze chociaż, że byli pod dachem i nie wystawieni na wiatr, który w całym nowosybirskim ITL  hulał sypiąc tumanami śniegu.

Nie wiedzieli jakie ma być przeznaczenie hali, ale raczej domyślali się, że coś związanego z wojskiem, bo na budowie czesto pojawiali się wojskowi w zielonych szynelach, kontrastujacych z szaroniebieskimi mundurami pilnujących ich NKWD, lecz była to raczej zanotowane na skraju świadomości - całymi dniami lali beton w wykopy fundamentów pod już zadaszonym budynkiem. Każdy z nich taczkami pchanymi po wąskich ścieżkach desek miał zrobić 50 kursów, taczkami wypełnionymi płynnym betonem, od betoniarni na skraju budowy do tych wykopów fundamentowych, wypełnionych prętami zbrojeniowymi, które pospawali wolni spawacze, przywiezieni jeszcze na jesieni.

Wozili beton dzień i noc - studnia fundamentowa miała być wypełniona betonem jak najszybciej. Szara masa wlewana w przepaście wykopów nagłym przechyłem, tysiąc zeków na zmianie - mieli zdążyć na tej strojce socjalizma, zanim chwycą rzeczywiście silne mrozy, poniżej 30 stopni. 

Nie zdążyli. Teraz był koniec grudnia, a wylany był tylko beton w czterech podstawach fundamentowych - zostało jeszcze osiem. To opóźnienie kosztowało drogo - NKWD zrobiło  nagłą rozwałkę, nie wiedzieli według jakiego rodzielnika, chyba na postrach. Zmienił się też naczelnik łagru. 

Siedzieli we czterech - Polak, Ukrainiec Litwin i Niemiec - w tej krótkiej przerwie, godzina na dwanaście godzin, kiedy mogli usiąść obok swoich taczek i przez chwilę odpocząć i zjeść swoją pajkę chleba. Za karę nie dostawali zupy, jak w innych iteełach - do wieczora miał im wystarczyć chleb wyfasowany rano.

W tym zgiełku budowy, w słabym świetle, ktore padało z wysokich otworów w dachu fabryki zobaczyli oficera ochrony, który szedł jak zwykle wolnym krokiem, założywszy prawą rękę za połę granatowego płaszcza. Niebieska czapka z malinowycm otokiem widoczna była z daleka. Nazywali go “Barysznia” - Panienka, bo zawsze był odczyszczony i wymuskany, jakimś cudem wszechobecny cementowy pył go omijał. Szedł teraz w ich kierunku, więc odruchowo rozejrzeli się nie ruszając głowami, czy wszystko jest w porządku, czy ochrannik może sie do czegoś przyczepić. Gdzieś obok błatni kłócili się o wygraną w karty, ich to nie dotyczyło, byli za daleko. Ochrannikzbliżył się do nich i stanął obok. Przyglądał się im, widocznie czytał numery namazane na plecach waciaków. 

Stopa, chudy i wysoki na prawie dwa metry, wygłodzony, jeszcze nie dochodiaga, ale już ledwie, pomyślał, że pewnie jest następna rozwałka, a zaraz potem, że może nie - wtedy wzywają do komendy, w zonie, a nie zbierają z budowy.

Barysznia stał, oni siedzieli i milczeli. Nagle rozległo sie beczenie - to kozioł, który chodził krok w krok za enkawudzistą domagał się od swego właściciela smakołyków. Przeszło rok temu dostał go od błatnych, małą kuleczkę białego futra i odkarmił go mlekiem, które dostawał od felczera w szpitalu. Potem, jak koziołek wyrósł, zaczął chodzić za Barysznią krok w krok, co jakiś czas becząc ponaglająco. Było to dziwne, Stopa w żadnym obozie nie widział czegoś takiego. Teraz kozioł był dużym zwierzęciem, z rogami i długim futrem. Zeki spoglądali naniego łakomie, gdyby się kiedyś zaplątał w zonie między baraki to marny byłby jego los. Ale nie było o tym mowy. Kozioł mieszkał w zagrodzie pod dachem przy budynku komendantury, tam gdzie miał swoją kwateręochrannik, zawiadujący wszystkimi konwojentami i karcerem. 

Po twarzy Baryszni przemknął wyraz zniecierpliwienia. Obejrzał się na zwierzę, i Stopa z tego miejsca w którym był, siedząc w kucki przy pełgającym płomieniu zobaczył, że enkawudzista jest dlaczegoś zły, że ten wyraz złości który zobaczyli, przyzwyczajeni jak zwierzęta do śledzenia niebezpieczeństw, jest skierowny nie do nich, lecz do tego kozła. 

Barysznia spojrzał na nich. Śledzili go wzrokiem, nawet ten, który był tyłem, Niemiec Jurgen, odwrócił się żeby być przygotowanym na niebiezpieczeństwo, wyczuwszy to spojrzenie. 

- No, bieri jewo - ręka enkawudzisty wskazała na kozła - Bieri jego, proklataja swołocz...

Patrzyli z niedowierzaniem.

- Bieri…

Podnieśli się powoli, niepewni, czy to nie jakaś zasadzka. Spoglądali to na Barysznię, to na kozła. enkawudzista odwrócił się i zaczął iść z powrotem, minął kozła, który poczekał na swojego pana i drepcząc kopytkami zaczął iść za nim.

- Bieri jewo, ja uże skazał! - raczej usłyszeli niż zobaczyli ponaglający gest.

Otoczyli kozła i wyciągnęli po niego ręce. Rozerwali go na sztuki  w mgnieniu oka, zwierzę nawet nie zdążyło wierzgnąć. Wbili zęby w dymiące mięso, świeżą krew.

Był 24 grudnia 1950 roku.

 

 

Na podstawie opowiadania “Stopy” - Jerzego Wrońskiego, ostatniego komendanta BiP Okręgu Nowogródzkiego Armii Krajowej, które usłyszałem z jego ust w sierpniu 1978 roku. 

Ocena wpisu: 
Brak głosów