Lokowanie produktu a wolność blogosfery

Obrazek użytkownika coryllus
Kraj

Od jakiegoś czasu portale piszą o pewnym człowieku, który rzucił robotę, zamknął się w piwnicy u teściów i przez trzy lata leczył się z depresji pisząc książę. Był w bardzo złym stanie i nie wiedział co ze sobą zrobić. Całe szczęście miał kochającą żonę, która wspierała go w tej piwnicy i po trzech latach zaniosła jego książkę do wydawnictwa. A tam....wielki sukces! Potem jeszcze większy, bo książka zamieniła się w film i zagrał w nim Robert de Niro! Co za zbieg okoliczności. Co za fart.
Eli Barbur nie tak dawno próbował przekonać nas, że jego ulubiony wykonawca nazywa się Ramirez, Sanchez, albo Suarez, nie pamiętam dokładnie. Przez wiele lat jego geniusz był ukryty, ale w końcu się ujawnił i teraz, kiedy Ramirez, Sanchez, albo Suarez ma 98 lat odnaleziono go i jego płyty kupić można wszędzie, także w empiku.
Wiele lat temu GW opisywała przygody pisarza nazwiskiem Nahacz, chłopaka z wioski w Beskidzie Niskim, który podawał się za Łemka, był to sam początek promowania naszego lokalnego multi kulti polegającego na tym, że do pisania, śpiewania i innych rodzajów artystycznej działalności angażowano wyłącznie mniejszości etniczne. Ten cały Nahacz miał dwadzieścia lat, jego wydawczynią była Stasiukowa, a on sam pojawił się w zagrodzie pisarza Stasiuka z plikiem kartek, które wysypały mu się na ziemie, ponieważ był po młodzieńczemu niezręczny. Stasiukowie pozbierali te kartki z błota i zaczęli czytać. Potem zaś „się zachwycili”, jak napisała GW i ja to sobie, jak wiele innych kwestii, dobrze zapamiętałem. Tak tam było napisane: „Stasiukowie się zachwycili”. No, a później Nahacz wydał jakieś książki, zamieszkał w Warszawie, a na koniec wziął się i powiesił. I nie ma go już między nami.
Jakie to szczęście, że ten Ramirez, Sanchez, czy Suarez ma już 98 lat, facet jest pozbawiony złudzeń, nie ma wielkich wymagań, będzie więc posłusznie grał i śpiewał do samego końca, a w nagrodę dostanie karton Cameli, i pół litra, oraz jakąś budę na plaży, z widokiem na zatokę. Koszta promocji zaś obniży się poprzez wpisy na blogach. To samo było z tym gościem, co siedział trzy lata w piwnicy i teściów. Wyobrażam sobie, co powiedziałaby moja żona, gdybym powiedział jej, że muszę siedzieć trzy lata w piwnicy u teściów, żeby napisać książkę. Trzy lata! Kto to wymyśla? Dowiedziałem się ostatnio, że istnieje coś takiego jak agencja czarnego piaru, więc pewnie oni.

Odawna wiemy, że dzieło, jakiekolwiek, książka, muzyka, obraz, przestało się liczyć, że ważna jest tylko promocja. Dziś sytuacja wygląda tak, że im mniej skuteczna promocja tym bardziej agresywna i chamska. Ten numer z facetem w piwnicy piszącym poradnik dotyczący szczęśliwego życia jest jednak czymś więcej niż triumfem technik promocyjnych nad treścią. To jest znak, że oni tam w tych wszystkich agencjach sprzedażowo-promocyjnych nie mają już nic. Po prostu nic. W dodatku nic mieć nie mogą, bo jakakolwiek autentyczna treść zaprzecza ich istnieniu, stają się niepotrzebni. Dlatego istnieją dwie blogosfery. Nasza, do której pchają się ludzie promujący produkty rynkowe, oraz ta druga, która w całości podporządkowana jest tej promocji, ale jest przy tym tak gówniana, że nikt tam nie zagląda. Musi jednak istnieć, bo z niej żyją agencje. Jest jednak kryzys i coś trzeba robić. Na przykład wydać poradnik o życiu, wypromować staruszka z gitarą, albo wkroczyć w sfery do tej pory uważane za autentyczne i opracować kampanię dla politycznej blogosfery.

Ktoś tu zaraz przyjdzie i powie: ale ty też reklamujesz swoje książki. Tak, ale ja to robię wyłącznie u siebie na blogu i to są moje produkty, przeze mnie wytworzone i przeze mnie sprzedawane, no a poza tym do każdego lokowania produktu dołączony jest tekst, który, nawet jeśli go schowają generuje klikalność rzędu 2500 odsłon.
Schowajcie w piwnicy Eli Barbura z jego promocją i sprawdźcie ile odsłon będzie miał po godzinie. Wtedy może wam się rozjaśni.
Zaczyna się wielki popyt na autentyczność, co jeden to bardziej autentyczny i prawdziwy, a ten z piwnicy to już najprawdziwszy prawdziwek. Trzy lata książkę pisał i od razu mu ja sfilmowali. Marudzę, ale tak naprawdę nie powinniśmy narzekać, powinniśmy się cieszyć, że oni tu są i próbują sprzedawać tę swoją tandetę, bo tylko z tego powodu jeszcze istniejemy. Gdyby nie to, że blogosfera służy do promowania śmiecia już dawno by ją zamknięto. Zostaliby tylko faceci pozaczepiani w agencjach, którzy robią od godziny do godziny i mają wyznaczony target sprzedażowy. Cieszmy się więc i nie obrażajmy na naszych sprzedawców. My co prawda im przeszkadzamy, ale póki co poza obojętnością i zimną nienawiścią, nie okazują nam żadnych więcej emocji. Bo oni tu przychodzą ze strategią, opracowaną przez najtęższe mózgi, która musi być skuteczna, a jeśli nie jest to znaczy, że trzeba znaleźć winnego. I to my, blogerzy prawdziwi będziemy winni ich klęski. Może jednak jakoś się uda i mimo tych wszystkich braków, tej nędzy, która ich cechuje coś tam jednak ugrają i dadzą nam spokój. Trzeba mieć nadzieję.

Ktoś mógłby zasugerować, że w zasadzie można by nas przekupić. Gdyby nie fakt, że Toyah i ja mamy te książki, rzeczywiście można by próbować, ale w obecnej sytuacji to się nie uda i udać nie może. Propozycja musiałaby obejmować także wycofanie się z własnym produktem, a pewnie także zniszczenie go. No, a to odebrałoby takiemu blogerowi jak toyah czy ja, walor najważniejszy czyli autentyczność. Pozostaje jeszcze kamiuszek, którego różni gamonie usiłują podchodzić od czasu do czasu kokietując go opowieściami o tym jak to wpadł w złe towarzystwo i powinien się z tego wydobyć. To jest normalnie rekrutacja, za którą niestety nie idzie nic konkretnego, bo oni nie mają niczego do zaproponowania. Budżety bowiem na promocje ustalane są poza zasięgiem ich wzroku. I tak wygląda jedna strona medalu.

Są jeszcze nasi. Nie tak dawno Józef Darski ogłosił na niezależnej coś w rodzaju konkursu. Blogerzy mieli zapisywać propozycje dotyczące poprawy sytuacji w Polsce. Zrobili to, a Józef Darski to przeczytał i odpisał uczestnikom konkursu na swoim blogu, napisał by nie wysyłali mu listów z prośbą, o wywalenie coryllusa z niezależnej, bo to naprawdę nie poprawi sytuacji w kraju. Tak wygląda sytuacja jeśli chodzi o chęci i cele obozu patriotycznego.

Ma ona jeszcze jeden aspekt, wiele osób zgłasza się do mnie z propozycjami współpracy, która ma polegać na tym, że ja zapieprzam promując i sprzedając ich książki, a oni w tym czasie patrzą jak pięknie wypogadza się niebo na zachodzie. W tym bowiem upatrują swoją misję. Są świetnymi autorami, ale okoliczności im nie sprzyjają. Całe szczęście jest coryllus, który wie co i jak zrobić i można na niego liczyć. Na pewno się zgodzi. W końcu cóż to jest wydać książkę kolegi blogera. W jedności, panie tego, prawda siła. Musimy być razem i trzymać się twardo.
Ja oczywiście odmawiam, ponieważ postanowiłem zostać sławnym autorem, a nie sławnym dystrybutorem cudzych książek. I jeśli mam walczyć z systemem to przede wszystkim we własnym, a nie cudzym imieniu. Poza tym ja nie mam oparcia nigdzie, po prostu nigdzie i żyję z tego co sprzedam, jeśli więc przychodzi do mnie ktoś kto otrzymuje regularne miesięczne wynagrodzenie i chce jeszcze do tego zostać pisarzem na pół etatu, bo kocha ojczyznę, to ja bardzo przepraszam, ale nie. Tak się nie da, bo to są bardzo poważne sprawy.
Niestety Kochani, jeśli chcecie zwyciężyć, musicie być gotowi na wszystko, nie wystarczy zaśpiewać pieśń konfederatów barskich, a na blogu wpisać sobie jakieś budujące hasło. Na końcu zaś obrazić się na coryllusa, bo nie chciał wydać i sprzedawać czyichś książek. To niestety nie są żarty i zarówno ja, jak i toyah i kamiuszek, robimy to wszystko naprawdę.

Wszystkich oczywiście zapraszam na stronę www.coryllus.pl oraz do księgarni www.multibook.pl, http://www.ksiazkiprzyherbacie.otwarte24.pl/ do księgarni wojskowej w Łodzi przy Tuwima 34, do księgarni Wolne Słowo W Lublinie przy ul. 3 maja, do księgarni „Ukryte miasto” w Warszawie przy Noakowskiego 16, W księgarni Tarabuk przy Browarnej 6 w Warszawie, oraz do sklepu FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie.

Informuję także, że 2 kwietnia w Zielonej Górze odbędzie się mój wieczór autorski. Początek prawdopodobnie o godzinie 18.00, ale nie znam jeszcze miejsca, w którym przyjdzie mi prezentować książki.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

 "Całe szczęście jest coryllus, który wie co i jak zrobić i można na niego liczyć."


Bogu dzięki. Nie tylko kapitan Kloss i czterej pancerni z psem Szarikiem, ale jest jeszcze Miszcz galaktyczny.
Świat ocaleje!
Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#342203

Nie dzięki mnie całe szczęście, nie będę miał więc nikomu nic co zawdzięczenia.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

coryllus

#342206

[quote=coryllus]Nie dzięki mnie całe szczęście, nie będę miał więc nikomu nic co zawdzięczenia.[/quote]

 

To z jakiegoś Paulo Coelho, czy to Mistrza autorskie?

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#342212

"książka, muzyka, obraz, przestało się liczyć, że ważna jest tylko promocja. Dziś sytuacja wygląda tak, że im mniej skuteczna promocja tym bardziej agresywna i chamska. "
- mozna sie z tym zgodzic.

Wiec klikalnosc na dzis nie 2500 tylko 112.....

Dzien Targowy w np. Nowym Targu jest raz w tygodniu -czwartek.
Ty masz reklamy 7 dni w tyg jak fasolka bodjuell lub podpaski
a kazda nachalna reklama daje to,
ze w pewnym momencie
rodzi sie obrzydzenie

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#342219

Autor wznosi larum przeciwko swojej konkurencji na polu sprzedaży, pisząc o jakimś „lokowaniu” produktu  i o facetach, co to mają wyznaczony „target” sprzedażowy. A poszukując sympatii czytelnika daje mu w zamian streszczenie publikacji GW.

Powstać może pytanie o bezinteresowność.  Bo wiadomo - Czerska pamięta ...

I tutaj choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę życzyć autorowi „fartu”.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

kassandra

#342233

niektorych geniuszy doceniono dopiero po smierci, tak bylo w przypadku mojego ulubionego E.A.Poe ....a Salieri byl calkiem dobrym kompozytorem i zeby nie ten....pieprzony Mozart...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#342264