Kłamstwo „globalnego ocieplenia” sypię się aż miło

Obrazek użytkownika 2-AM
Gospodarka

Chyba nie ma już na tym padole przysłowiowej wiewiórki

o Jeniffer Lopezowej nawet nie wspominając, która by nie wiedziała że mityczne „globalne ocieplenie” zwane też nieco sarkastycznie „GLOBCIEM” jest wierutnym kłamstwem.

Zasadniczo od lat naukowcy rzetelnie zajmujący się zmianami klimatycznymi twierdzili że opowieści o „globalnym ociepleniu” mają tyle wspólnego z rzeczywistością co ... tu sobie proszę wpisać co kto lubi. Inna rzecz że naukowcy ci od kilku lat nie mogli za bardzo publicznie głosić swoich poglądów bo groziło to ostracyzmem w środowisku kolegów żerujących na temacie „GLOBCIA” a często i szykanami bardziej materialnymi w postaci np. odebrania dotacji na badania, wywalenia z uczelni gdzie „kalali” młode umysły nie akceptowalnymi tezami naukowymi czy izolacji we własnym gettcie przez deprecjonowanie dorobku naukowego czy odmawianie publicznych prezentacji wyników badań. Tylko nie liczni zatem i wyjątkowo utytułowani a przy okazji „bogaci z domu” głosili swoje śmiałe tezy, które generalnie sprowadzały się do tego że:

- żadnego „globalnego ocieplenia” spowodowanego emisją gazów cieplarnianych (w tym mitycznego CO2) nie ma - nie mają miejsca żadne trwałe zmiany klimatyczne będące skutkiem GLOBCIA a co najwyżej obserwujemy chwilowe (kilku letnie lub kilkunasto letnie) i cyklicznie powtarzalne na przestrzeni ostatnich setek lat okresowe zwyżki temperatury, które niestety już się kończą - kolejny pik zwyżkowy był na przełomie wieków (dla tych co nie lubią prawdziwej zimy  )

- kilku letnie fluktuacje temperatury obserwowane na naszym globie są spowodowane nie działalnością człowieka czyli mityczna emisją gazów cieplarnianych ale wynikają prawie całkowicie z okresów aktywności naszego Słońca co wiąże się ściśle z ilością energii jaką gwiazda wypromieniowuje w kosmos i która to energia dociera do naszej planety powodując taką a nie inną temperaturę na jej powierzchni.

- ludzkości nie grozi żadne niebezpieczeństwo spowodowane podniesieniem o kilkadziesiąt metrów (właśnie mamy oficjalne potwierdzenie tej tezy że to emisja Słońca odpowiada za temperaturę na ziemi a nie CO2 i że już wkrótce będzie znacznie zimniej - Słoneczne anomalie - oziębienie klimatu) poziomów mórz i oceanów a spowodowane stopieniem się powłoki lodowej na biegunach.

- obecnie emitowana ilość CO2 (dwutlenek węgla) do atmosfery a pochodząca z przemysłowych działań człowieka nie ma wielkiego znaczenia (bywały w historii ziemi okresy gdy ilość emisji CO2 była wielo krotnie większa – w kambrze (taka zamierzchła era w dziejach naszej Ziemi) w powietrze natura emitowała 20 razy więcej CO2 i tragedii nie było) i nie spowodowało to żadnego globalnego ocieplenia). Planowane przez UE ograniczenie własnej emisji CO2 do roku 2020 o 20% a nawet i 30% w skali świata (zakładamy że świat nie będzie taki głupi by redukować swoje CO2) skutkować może obniżką temperatury zaledwie o tysięczne czy raczej dzisięcio tysięczne części stopnia (o ile się nie mylę całe 0,00056 stopni Celsjusza czyli w granicach błędu statystycznego. Emisja CO2 państw UE to około 14% emisji ogólnoświatowej zatem ograniczenie jej o 30% gdy normalny świat „leje z góry” na protokół z Kioto itp. brednie nie ma żadnego znaczenia (z wyliczeń wynika że 2 krotny globalny wzrost emisji CO2 w stos. do obecnego poziomu to zwyżka temperatury o max. 0,012 C).

Oczywiście „większość” naukowców (to kolejny dowód na to że większość jest głupia i podąża bezrozumnie jak stado baranów) zakrzyczała tych odważnych i przedstawiła swoje karkołomne tezy o „globalnym ociepleniu” i „efekcie cieplarnianym” poparte odpowiednim PR i występami celebrytów czy raczej błaznów w rodzaju ex. vice prezydenta Ala Gore’a. Odpowiednia kampania medialna poparta obrazami zatapianych lądów (od topniejących lodowców) oraz zachłannych pustyń niszczących cała planetę oraz kaganiec nałożony na „nie poprawnych” naukowców zrobiły swoje. Na całym świecie „ciemny lud” (jak to mawia Jacek Kurski) uwierzył w „globalne ocieplenie” a setki „ pożytecznych idiotów” w rodzaju „Green coś tam” rzuciło się nakłaniać polityków do zajęcia się emisją CO2 czyli stworzenia podstaw najcudowniejszego i najbardziej dochodowego biznesu jaki kiedykolwiek powstał.

Kto pamięta te oszalałe tłumy z całego świata, które zimową porą w 2008 nawiedziły Poznań by debatować o „globalnym ociepleniu”. Polska strona (czytaj polscy podatnicy) wydała chyba z 70 milionów na ten przysłowiowy cyrk a jedyny pożytek z tej konferencji wyniosły miejscowe „cichodajki” obsługujące tak egzaltowane i międzynarodowe klimatyczne towarzystwo (aż strach pomyśleć ile to CO2 się uwolniło przy okazji tych figlów).

Potem było już coraz gorzej. Nie dość że okazało się naukowe „fakty” nie chcą jakoś potwierdzić tezy o rozwoju GLOBCIA (od 2 lat zrobiło się zimą zdecydowanie zimniej czyli tak jak być powinno) to w 2010 całym środowiskiem GLOBCIA wstrząsnął skandal spowodowany jakoby przez komputerowego „hackera”. W wyniku penetracji skrzynek pocztowych najważniejszych aktywistów (bo chyba nie można już tych ludzi nazwać naukowcami) okazało się że ideolodzy GLOBCIA od lat fałszowali dane i koordynowali te fałszerstwa globalnie tak by nadal mogli udowadniać swoje fałszywe tezy. Przyłapani na gorącym uczynku zamiast okazać skruchę zaczęli grozić i domagać się ukrzyżowania sprawców ujawnienia ich kłamstw. By jakoś zrekompensować sobie skandal i paskudną naturę za nic mającą pobożne życzenia o GLOBCIU zeszłoroczną konferencje (2010) zorganizowano zimową porą w meksykańskim kurorcie Cancun gdzie było i ciepło i miło a i miejscowe seniority urodziwe i chętne. W takich warunkach blisko 2 tygodnie deliberowano o GLOBCIU, przedstawiano referaty a wieczorami produkowano nadmierne ilości CO2 i siarkowodoru.

Zasadniczo ktoś mógł by zastanowić się o co chodzi z tym CO2. Po kiego diabła jedna grupa naukowców próbuje przekrzyczeć kolegów i przekonać cały świat że to oni mają racje i że grozi to strasznym niebezpieczeństwem. Jak nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze. I władzę.

Otóż geniusze inżynierii finansowej stworzyli genialny sposób „wypłukiwania złota z powietrza”. Tym sposobem okazał się handel emisjami CO2. W pierwszym kroku stworzono psychozę zagrożenia całej planety. Postawiono cel jakim jest ratunek ziemi a jedynym sposobem jego osiągnięcia ograniczenie emisji CO2. Następnie zmuszono lub zaproszono do partycypacji w tym biznesie polityków na całym świecie tworząc międzynarodowe konwencje i ustalenia, które przełożyły się na lokalnie wdrażane programy emisji CO2. Na emisji CO2 można zarobić na 2 sposoby. Po pierwsze zarabiają firmy, które wymyślają techniki ograniczenia emisji CO2 czy też jego przechowywania. Te technologie są bardzo kosztowne ale kupujący nie patrzą na cenę bo muszą je wdrożyć by nie zapłacić jeszcze więcej kar za nadmierna emisje CO2 (tak na przykład wygląda kwestia produkcji energii ze źródeł odnawialnych - jest to najdroższa energia ale wszyscy chcą ja kupić bo po prostu takie jest prawo które ich do tego zmusza). Drugi element zarobku to handel emisjami CO2. Właśnie po latach pracy udało się nie tak dawno stworzyć rynek obrotu i handlu emisjami CO2 czyli pozwoleniami na emisje. Każdemu państwu przyznano limit emisji CO2, w ramach którego mogą emitować CO2. Ci co emitują więcej niż mają dozwolone muszą dokupić dodatkowe zezwolenia od tych co mają ich nadmiar (słabo rozwinięty przemysł lub pusta kasa) lub zapłacić drakońskie kary. Państwa biedne sprzedają swoje prawa do emisji bo tylko w ten sposób mogą jakoś załatać swój budżet (ostatnio w takiej sytuacji jest Polska). Państwa rozwijające się chcące dołączyć do bogatszych są skutecznie hamowane w swoim rozwoju podatkiem ekologicznym dzięki czemu nie stanowią zagrożenia dla bogatszych krajów (taki status ma teraz Polska próbująca rozpaczliwie nadgonić 40 letni okres komuny i ostatni 20 letni okres demokratycznego rozkładu i uwiądu) Handel emisjami odbywa się na specjalnym rynku skonstruowanym podobnie jak rynki giełdowe akcji papierów wartościowych. W ten oto sposób opodatkowano (po raz kolejny) całą działalność gospodarczą na świecie globalnym podatkiem ekologicznym bo trudno sobie wyobrazić by w dzisiejszych czasach dało się wyprodukować cokolwiek bez wyemitowania choćby paru gramów CO2. Przedsiębiorcy oraz całe kraje mają obecnie 2 wyjścia. Albo zapłacą za nowe limity emisji CO2 (o ile ich potrzebują albo stać je na takie zakupy) albo ograniczą emisje CO2 znaczy zamkną zakłady i ograniczą produkcje. Oczywiście wszelkie koszta jakie ponoszą przedsiębiorstwa na zakupy emisji CO2 (przy założeniu że nie zwijają biznesu lecz chcą go nadal kontynuować) przerzucą na ostatecznego konsumenta czyli klienta.

Dodajmy że mechanizm „szlamowania” podatkiem CO2 został poprzedzony udaną fazą wstępną która w latach 90-tych nosiła nazwę „dziury ozonowej”. Mniej więcej ci sami naukowcy od GLOBCIA udowodnili że gazy z grupy freonów stosowane powszechnie jako czynnik chłodzący w lodówkach i nośnik w dezodorantach niszczą warstwę ozonu która chroni nas przed zabójczym promieniowaniem ultrafioletowym z kosmosu. Co prawda badania wykazały że ozon jest zdecydowanie bardziej niszczony przez loty pasażerskich samolotów odrzutowych ale jakoś nie zakazano tej formy komunikacji (linie lotnicze widać zapłaciły by zagadnieniem się nie zajmowano) natomiast producentom freonów już się nie udało. Na całym świecie rozkręcono spiralę paniki rosnących dziur ozonowych i związanego z tym zagrożenia. Jej skutkiem finalnym był ogólno światowy nakaz wycofania freonów z użytkowania i zastąpienia ich czymś innym. Pewne firmy zarobiły krocie na opracowanie alternatyw freonu przyjaznych środowisku uzyskując jednocześnie patenty celem zmonopolizowania rynku. W efekcie fazy wstępnej GLOBCIA szacuje się że operacja zmiany gazu kosztowała podatników na świecie kwoty liczone w setki miliardów euro. To i tak co najmniej o rząd wielkości mniej niż zarobią na projekcie handlu emisjami CO2 w ramach następnego etapu czyli walki z GLOBCIEM (szacuje się że chodzi o kwoty liczone od kilku do kilkunastu bilionów euro).

W tej sytuacji wyjątkowo nie ciekawie wygląda sytuacja Polski. Polska podpisała się bowiem pod ostatnimi unijnymi ustaleniami w zakresie redukcji emisji CO2 do 20% do roku 2020 (3x 20) (grudzień 2008) rękami naszego Donalda Tuska (w czerwcu 2007 negocjował wstępnie traktat ś.p. prezydent Kaczyński) co oznaczać będzie że wkrótce dla mieszkańców kraju nad Wisłą nadejdą ciężkie czasy. W 2010 unijni urzędnicy chcieli ten limit podnieść jeszcze do 30%.

Posłuchajmy co powiedział francuski prezydent Mikołaj Sarkozy któremu udało się skłonić Donalda Tuska do podpisania porozumienia co by było gdyby Polska przyjęła wytyczne odnośnie emisji CO2 w postaci w jakiej przyjęły je inne bogate państwa UE  „"to normalne", że Polska, 38-milionowy kraj, z gospodarką, która "ucierpiała za czasów żelaznej kurtyny" i wciąż w 95 proc. oparta jest na węglu, wynegocjowała okresy przejściowe. - W przeciwnym razie narzucilibyśmy im wzrost cen elektryczności o 200, 300 proc.!. - To niemożliwe. To nie do zaakceptowania ze społecznego punktu widzenia" Faktycznie na tym szczycie wynegocjowaliśmy okres przejściowy który zaczyna kończyć się z początkiem roku 2013 kiedy to zaczniemy być rozliczani za emisje CO2 na zdecydowanie innych zasadach niż dzisiaj.

Co to będzie oznaczało dla polskiej gospodarki ? Ano okaże się że trzeba będzie kupować za setki milionów euro dodatkowe prawa do emisji CO2. O ile można sobie wyobrazić że zamkniemy polskie cementownie (może i one nie polskie ale nadal na polskiej ziemi i dają pracę polskim pracownikom o cemnecie na budowy ;polskich dróg nie wspominając) to trudno sobie wyobrazić że wyłączymy prąd w 38-40 milionowym kraju. Nasza energetyka w zdecydowanej większości opiera się na elektrowniach węglowych, które emitują znacznie więcej CO2 niż europejskie elektrownie gazowe czy atomowe o wodnych i wiatrowych nie wspominając. Oznaczać to będzie że za droższy prąd (oprócz rytualnego wzrostu cen i podatków akcyzowego i VAT pojawi się w cenie podatek CO2) zapłacą wszyscy odbiorcy. Wstępne szacunki polskich ekspertów jeszcze sprzed okresu powstania rynku handlu emisjami ale po ujawnieniu planowanej redukcji CO2 o 20% mówiły że koszt prądu spowodowany wyłącznie pojawieniem się podatku CO2 wzrośnie o 100% w stosunku do cen z roku 2007. Politykom wydawało się że od 2007 do 2013 czasu jest tak dużo że nie ma się czym przejmować. Do tego czasu wymieni się elektrownie na bardziej ekologiczne, przebuduje stare i będzie git. Nie będzie bo od tego czasu nie zrobiono prawie nic a modernizacja energetyki na nisko emisyjną CO2 kosztować może setki miliardów złotych za które to zapłaci i tak odbiorca prądu. Obecnie czasu już prawie nie mamy, elektrowni nowych nie będzie na czas bo ani nie ma pieniędzy na ich budowę ani czasu, pieniędzy na zakup limitów CO2 nie będzie (dziś jak idioci sprzedajemy bogatszym (Japonia) od nas pakiety po kilkanaście milionów euro po to by za kilka lat samemu kupować ale znacznie drożej). Jedyne co nam pozostaje to wierzyć że do roku 2013 twór o nazwie UE rozsypie się na dobre i nikomu w głowie nie będzie powstawała myśl płacenia za emisje CO2. Jeśli tak się nie stanie to już dziś warto kupić kilkanaście kilogramów stearyny i zacząć lepić własne świece. Pójdą jak ciepłe bułeczki.

Jeśli jednak nasi specjaliści nadal będą nie zadowoleni z tempa oraz ilości emisji CO2 mogą jeszcze nas zaskoczyć kilkoma pomysłami. W kręgach lewicowych wspieranych co ciekawe przez multimiliarderów dojrzewa bowiem koncepcja że prawdziwa emisja CO2 jest możliwa ale dopiero po znaczącym zmniejszeniu liczy ludności na globie. Jakie środki poza stosowanymi na całym świecie programami w rodzaju „kontrola urodzin” czy przygotowaniu tematu „dobrowolnej euthanazji” są przewidziane do realizacji tej koncepcji z pewnością się dowiemy w swoim czasie ..

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

tylko "zmiany klimatu" - brzmi lepiej bo można wszystko wsadzić w taki termin, wtedy można zbierać fundusze na walkę ze zmianami klimatu.

Remek.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-1

Remek

#140211

że pożyteczny idiotyzm jest zaraźliwy jak grypa i jak ona w czasie epidemii - powszechny. Ale powiedzmy, że uczciwi (to znaczy dążący do naukowej prawdy) naukowcy stwierdzą że nie ma podstaw do przypuszczeń że działalność człowieka prowadzi do ocieplenia (czy też zmian, to w końcu wbrew pozorom wszystko jedno)klimatu. I co? Czy wielcy utytułowani i wpływowi "uczeni" zgodzą się przyznać do osustw i błędów, zwłaszcza jak urwą się hojne dotacje? Czy handlarze emisjami zrezygnują łatwo z kolosalnych zysków? Czy producenci wiatraków przestawią się na produkcję maszynek do mięsa? Po grypie, teraz kolej na powikłania...

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
-1
#140301