CzXV, 10 lat w Peru

Obrazek użytkownika Jacek K.M.
Historia

W okolicy San Francisco w Kalifornii, mieszka 91 letni weteran II wojny światowej. Po wielokrotnych prośbach Pan Zdzisław J. Xiężopolski dał się namówić do napisania wspomnień o swoich życiowych przejściach i przygodach. Tam gdzie było to możliwe zachowaliśmy orginalny język Autora. W części XV, wspomnień, Autor opowiada o swoich biznesowych doświadczeniach w Peru.

Krótko mówiąc miałem w tym gościnnym kraju następujace zajęcia: handel kawą, co wymagało podróży w dzunglę, jako próbę zrobienia majątku na własną rękę. Zaniechałem, bo odezwała się ponownie malaria.

Oto jak wyglądała ta moja próba szybkiego osiągnięcia celu t.j. założenia własnego i od nikogo niezależnego biznesu. Ambitny ten cel spalił na panewce (z góry to zaznaczam, aby nie trzymać ewentualnego czytelnika w napięciu), z powodu mojego absolutnego braku doświadczenia i przyczyn odemnie nie zależych.

WSPÓLNIK I KAWOWY BIZNES...

A stało się tak: poznałem gościa, który jak wielu był przyjacielem rodziny. Jako przybysz do Peru zorientowałem się, że uzyskanie pracy w mojej specjalności, t.j. coś wspólnego z budową okrętów, do czego miałem teoretyczne przygotowanie, jest nie możliwe. Po prostu w Peru nie było stoczni. Kilka zakładów trudniło się produkcją kutrów rybackich, na małą skalę. Do tego jednak nie trzeba inżynierów, tylko dobrych rzemieślników.

Wspomniałem o przyjacielu. Otóż nazywał się Rienzo i pracował w dużej firmie handlowej. Tak się jakoś złożyło, że w próbie zasięgnięcia języka, wspomniałem o moim kłopocie. A ten powiada: „ faktycznie masz rację, ja znam handel, co jest całkiem czym innym niż przemysł. Dlaczego nie miałbyś się tym zająć? Ludzie robią majątki w tej dziedzinie, nawet pracując uczciwie. Widzę w tej chwili ogromne możliwości w kawie. Kupno i eksport, może nawet po poprzedniej przeróbce, czyli paleniu.”

Zastanowiłem się i powiedziałem: ”No tak ale wyobrażam sobie, że do tego trzeba rozporządzać pewnym kapitałem”. „Posłuchaj mojej propozycji, dlaczego mamy nie spróbować? My dwaj.” Zauważył moją zdumioną minę. „ O kapitał się nie martw, ja to dostarczę, także zajmę się eksportem. Ty pojedziesz tam, gdzie kawa rośnie, kupisz i wyślesz do mnie. Podzielimy się zyskiem. Uprzedzam, że to daleka droga, ale warta wysiłku. Co ty na to? Pomyśl o mojej propozycji i jutro daj mi odpowiedż.

Pomyślałem i jako pesymista od urodzenia, powiadam, że nie mam doświadczenia w tej dziedzinie. A Rienzo na to: „Doświadczenie zdobędziesz szybko. Teraz jest odpowiednia chwila aby zacząć, inni już to robią. Masz tu $3,000 i jedż w drogę.” „Gdzie?”- pytam.” - Do Jaen, a potem w góry. Tam się zorientujesz.” I wręczył mi czek na znaczną w owych czasach sumę.

RUSZAM W GÓRY PO KAWĘ...

Zostawiłem żonę z rodziną i pojechałem. Tak się złożyło, że razem z wujem Jenny, który w tamtych okolicach miał rodzinę. Osiadł tam po burzliwym życiu kilka lat temu, a w Limie przebywał czasowo ( ten wuj to bardzo ciekawy osobnik. Znał góry jak własną kieszeń i odkrył złoża różnych metali. Niestety daleko i w niedostępnych prawie okolicach. Prawo eksplotacji sprzedał amerykańskiemu przedsiębiorstwu, które jak mi wiadomo, do tej pory z tego prawa jeszcze nie skorzystało. Ale to już inna historia).

Po wielogodzinnej drodze samochodem dotarliśmy do tego Jaen i stamtąd ciężarówką z towarem do górskich osiedli w głębi kraju. Wysiedliśmy po dalszych godzinach i udaliśmy się pieszo do siedziby wuja, jakieś 7 kilometrów. Stało tam kilka murowanych i prymitywnych wewnątrz domów, jeden z nich zajmował wuj Max z rodziną młodej małżonki, włącznie z kilkumiesięcznym dzieckiem, które wuj zmajstrował w wieku 70 lat.

Ciekawy jak tam ludzie żyją, wybrałem się zwiedzić okolice. Mieszkali ci ludzie w chatach z patyków ze szparami przez które wiał wiatr z pyłem. Razem z dobytkiem, kozą, świnią i drobiem. W dachu była dziura, akurat nad ogniskiem, z opałem o który było raczej trudno. Po podłodze, klepisku, gziły się z piskiem kuje, czyli świnki morskie, niewiele większe od szczura. Chodowano je na mięso, zwierzątka te są bardzo płodne. Co trzy miesiące wydają 10 – 12 sztuk potomstwa. Brr, już widziałem jak moje jutrzejsze śniadanie wbiega mi pod nogi...

Czym tu ludzie się zajmują – trudno naprawdę powiedzieć. Maleńkie pólka z nieurodzajną glebą, nie zapewniają dobrego plonu. Troszkę kukurydzy, może kilka bananów. Krótko mówiąc - wuj w tym środowisku, był arystokratą. Były kolejarz mieszkał w murowanym domu, a jego żona uczyła okoliczne dzieci w zaimprowizowanej, przydomowej szkole.

Wędrując od chaty do chaty w poszukiwaniu jajek, daremnie, ścieżka prowadziła przez uroczy zadrzewiony strumyk. Akurat musiałem się tam załatwić. Żałowałem póżniej tego, bo obsiadły mnie głodne komary, dając się mocno we znaki pokąszonej, a wrażliwej części mojego ciała. Byłem pewnie dla komarów nie lada rarytasem, co boleśnie odczuwałem przez jakiś czas.

JAK TU KUPIĆ KAWĘ...

Tyle na ten temat, następnego dnia pojechaliśmy z wujem w pole akcji, tj. w miejsce gdzie dostarczali kawę. Przeważnie wzdłuż rzeki. Tam znowu trzeba było przedostać się na drugi brzg rzeki promem, lub wiszącym kablem. Oczywiście po uiszczeniu opłaty. Drogę, można by było górnolotnie określić mianem wyboistej, polnej. W jedną stronę jechały cieżarówki z towarem, wracały z kawą. Niewiele, może dwie albo trzy ciężarówki dziennie. Ale interes szedł. Tam z mąką, cukrem, tłuszczami, z powrotem z kawą.

Dojechaliśmy do końca „dobrej” drogi. Dotrzeć można było do plantacji idąc dwa, trzy dni. Ale było warto. Tego wszystkiego, jak i cen, musiałem dowiedzieć się sam. Ani kupcy, ani inni zwązani z kawą, nie chcieli udzielić żadnych informacji, podejrzewając konkurencję. Oczywiście tubylcy (Indianie) traktowali cudzoziemca, jakim ja byłem, z dużą nieufnością. Poza tym, jako taki byłem pod dyskretnym nadzorem policji i ich donosicieli. Wprawdzie nie przeszkadzali mi, ale traktowali z rezerwą.

W tym miejscu wuj zostawił mnie swojemu losowi i wrócił do swojej siedziby i młodej żony. Nazajutrz przybył konwój kawowy w sile kilkunastu mułów i osłów objuczonych workami. A z nimi agent, czyli kupiec, który wyszedł im wcześniej na spotkanie. Towar był już kupiony. Żadnej wiadomości od draba nie mogłem wydobyć. Traktował mnie niezbyt uprzejmie i starał się przedstawiać same trudności.

Zdołałem przekonać górali, aby mnie ze sobą zabrali. Oczywiście za zapłatą, szliśmy prowadząc zwierzęta z miejskim materiałem jakieś dwa dni, skąpo jedząc suszone mięso wspomnianych szczurów.

Nauczyłem się żuć liście koka (z których wyrabia się narkotyki), bo łagodziło to głód i dodawało energii. Wreszcie dotarliśmy do osiedla wśród kawowych krzaków. Tu był już agent, który pilnował aby nie sprzedawano ziarna komu innemu. Wobec tego poszedłem dalej sam, ale z płatnym przewodnikiem i od niego dowiedziałem się wielu pożytecznych rzeczy.

JAK ZOSTAJĘ KAWOWYM POTENTATEM...

W następnej plantacji, z rekomendacją przewodnika poznałem starszego pana z pochodzenia Włocha, który potraktował mnie bardziej po ludzku. Był właścicielem plantacji, a raczej takie sprawiał wrażenie. Zaprosił mnie nawet do swojego domu i poczęstował domowej produkcji samogonem.

Gorzelnie istnieją tu na każdym osiedlu, aczkolwiek nie jest to interes legalny. Miejscowi kupują to, bo jest tanie i nie ma nic innego. Jest to okropny napój. Próbowałem arak arabski, wyrabiany na Bliskim Wschodzie, argentyńską grappę (to już w świecie cywilizowanym), wszelkiego rodzaju angielskie i kanadyjskie wody ogniste, wódki, peruwiańskie pisco – ale większego świństwa niż ta górska gorzałka to chyba nie ma.

Koniec końców ubiłem interes z „Włochem”. Cena była nieco wyższa i ja musiałem płacić transport do drogi, ale zostałem zapewniony, że otrzymam 30 worków – za dwa tygodnie. Okres wyczekiwania spędziłem na dalsze wędrówki i poznawanie rynku nabywczego. Wróciłem nawet do punktu odbioru tzn. drogi i zapewniłem (znowu przekupstwem) transport do Jaen.

Z pierwszym ładunkiem poszedłem i pojechałem sam. Tam w Jaen, załatwiłem przy pomocy wuja, który znał wpływowych ludzi w mieście, transport tych 30 worków do Limy, gdzie Henry Rienzi go odebrał. Początki były trudne, zakup surowca, długie marsze w upałach, podłe wyżywienie, użeranie się z ludzmi. Wszystko to odbiło się na moim zdrowiu. Ale trzeba było wytrwać, bo każdy moment zdjęcia oczu z celu, inni gotowi byli wykorzystać.

MAM TEGO WSZYSTKIEGO DOŚĆ...

Nabyłem malarii, a może to tamta stara się odnowiła, biegunka i jakieś leśne pluskwy się do mnie przyczepiły. Słowem życie nie do pozazdroszczenia. Ale według Rienziego zarobek był dobry. Czasami kupowałem kawę w innych nowych miejscach. Nauczyłem się poznawać i oceniać jakość kawy i jak nie dać się oszukać, oraz jak unikać konkurencji.

Nie wiedziałem w tym odosobnieniu co się na świecie dzieje, nieco udawało mi się korespondować z Jenny. Martwiłem się co się u niej dzieje. Najsilniejszym konkurentem był pewien Jugosławianin, miał 3 własne ciężarówki, ustalony rynek zaopatrzenia i zbytu. Nie miałem okazji do poznania go osobiście i prawdę mówiąc wcale o to nie zabiegałem wiedząc, że to i tak nic nie pomoże.

Wreszcie miałem tego wszystkiego dosyć. Z Henrym byłem w kontakcie telefonicznym i powiedziałem mu wszystko szczerze: stan zdrowotny i rozłąka z rodziną. Zrozumiał. Wprawdzie mamy już gotówkę na ciężarówki, konto bankowe rośnie, ale powiada, prócz mojej malarii i rząd zaczyna wtrącać się do interesu. Krążą wieści o nieuniknionych podatkach, a do tej pory ich nie było. Nie miał też nikogo posłać na moje miejsce, już nikomu nie można ufać.

Więc wracaj , mówi i zwijamy interes. No i tak się stało. Rienzo podzielił się ze mną dochodem 50/50, co było kilkadziesiąt dolarów za 6-miesięczną pracę, poważna suma na owe czasy.

JAKBY TU NORMALNIE ZAROBIĆ...

I co dalej? Wszedłem w spółkę z cywilizowanym peruwiańczykiem, który miał stary garaż reperacyjno/remontowy w górach. Warsztat naprawczy ciężarówek, wracających z plantacji. Próba zakończona niepowodzeniem wskutek mojej własnej nieudolności i silnej konkurencji w postaci nowoczesnego warsztatu i dobrych mechaników przekupionych/podkupionych, z naszego zakładu...

Póżniej stanowisko inżyniera urządzeń portowych kopalni rudy żelaza w amerykańskim przedsiębiorstwie górniczym, właściwie jako kierownik portu przeładunkowego. . Praca bardzo dobrze płatna. To już było bliżej mojej specjalności. Cóż z tego. Sęk w tym, że bardzo daleko od domu (7godzin szybkiej jazdy i to nie na osiołku!) i nie ma możliwości sprowadzenia rodziny, a zakwaterowanie tylko dla samotnych. Wobec tego, podziękowałem pięknie i wróciłem do stolicy.

Następnie było stanowisko inżyniera odlewni metali i warsztatów, co mi nawet odpowiadało. Dalej praca inżyniera działu mechanicznego dużego przedsiębiorstwa z kontaktami w różnych częściach kraju, co mi dawało możliwość ich poznania.

BUDUJĘ PIERWSZE STATKI W PERU...

Wreszcie zajęcie bliskie mojemu sercu: rzecz w tym, że rząd Peru, zdecydował się budować okręty, czego wcześniej nie było. Ofiarowałem moje usługi bez wahania, aczkolwiek nie miałem żadnego doświadczenia. Wystarczył patent. Przyjęto mnie jako kierownika pierwszej w dziejach kraju stoczni.

Praca – przyznam – odpowiedzialna i wyczerpująca. I tak zbudowałem dwa ropowce, po 10 tys. ton każdy.

Nagle na wskutek bezkrwawej rewolucji zmienił się rząd. Nowy postanowił, że ma wystarczającą flotę, że w sumie gra nie warta świeczki. Taniej jest kupić coś używanego, niż budować. Akurat skończył się mój kontrakt z admiralicją peruwiańską.

JAK ZOSTAŁEM PERUWIAŃSKIM ARMATOREM

W sąsiedztwie stoczni był port rybacki. Obserwowałem, jak wczesnym popołudniem wracały kutry z połowem. Było ich coraz więcej. Sardynki przetwarzano na mączkę, która służyła na pokarm nierogacizny, bydła, drobiu i wszelkiego rodzaju zwierząt, sprzedawana na cały świat. Interes bardzo dobry.

Sprzedałem oba samochody, zaciągnąłem pożyczkę i obstalowałem kuter. Gotowy był po miesiącu. Znalazłem dobrego skipera, ten 10-ciu ludzi załogi i motorniczego. Kuter nie zawiódł oczekiwaniom. 72 stóp długości i wracał pełny. Zarobek był dobry, wobec czego zamówiłem jeszcze dwa. Niektórzy przedsiębiorcy mieli ich kilka i w dodatku przetwórnie mączki. I ja zbudowałem jedną, bardzo proste i niedrogie przedwsięzięcie.

Lecz fortuna kołem się toczy. Pewnego dnia kuter przeładowany po brzegi podszedł za blisko płynącemu statkowi. Wytworzona fala uderzyła burtę, ryba na pokładzie zmieniła środek ciężkości, krótko mówiąc mój kuter zatonął. Szczęśliwie załoga ocalała, ale skiper próbował popełnić samobójstwo. Nie miałem ubezpieczenia, trzeba było także spłacić długi.

WIĘC JEDNAK KALIFORNIA!

Na domiar złego starsza 4-letnia córka ciężko zachorowała. Wysłaliśmy ją do Stanów Zjednoczonych na leczenie pod opieką siostry Jenny, mojej żony. Rozłąka była ciosem nie do zniesienia. Po kilku miesięcach postanowiliśmy i my tam się udać, aby osobiście przekonać się o wyniku leczenia. Nie był zadowalający. Planowane były dalsze operacje. Nie mogliśmy dłużej zostawić pozbawionej rodziców i siostry, zostaliśmy.

Był to rok 1963, Kalifornia. Bliżej naszego pierwotnego celu – Kanady. Ale tu pozostaniemy na zawsze.

Zdzisław Józef Xiężopolski

(W następnej części wspomnień poznamy jego przeżycia Autora w drodze do Kalifornii).

Jacek K.M.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Bardzo sympatyczne wspomnienia z długiego,ciekawego życia. Czy zostało to spisane w formie książkowej ? Będę z zainteresowaniem śledził następne cześci wspomnień.

Pozdrawiam.   (ale 72 stopy to ok. 23 metry - a nie 230)

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#227752

Witam, co do miar,to musiałem to przepisać (może niedokładnie?),dzięki za uwagę. Zaraz to poprawię. Wspomnienia jakieś wydał w maleńkim nakładzie dla rodziny, po angielsku. Ja mam dostęp do przysyłanych mi w listach wspomnień, z których piszę kolejne "części". Serdecznie pozdrawiam.
Jacek.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#228178