Cz.XII, Wspomnień Z.J.Xiężopolskiego, " Z PUSTYNI NA OCEANY "

Obrazek użytkownika Jacek K.M.
Historia

W okolicy San Francisco w Kalifornii, mieszka 90 letni weteran II wojny światowej. Po wielokrotnych prośbach Pan Zdzisław J. Xiężopolski dał się namówić do napisania wspomnień o swoich życiowych przejsciach i przygodach. Tam gdzie było to możliwe zachowalismy orginalny język Autora. W części XII, wspomnień Autor opowiada o żołnierskich przygodach na irackiej pustyni i o zgłoszeniu się do służby w polskiej jednostce spadochronowej w Anglii, do której barwnie opisuje swoją podróż przez morza i oceany.

                              Z PUSTYNI NA OCEANY

KHANAGUIN

Bo tak się nazywa końcowa stacja gdzie wysiadamy. -Przepraszam , gdzie tu jest 4-ta kompania-, pytam pierwszego napotkanego sierżanta – No to gdzieś tam – odpowiada z uśmiechem zataczając ręką półkole. - Tu nikt nic nie wie- dodaje. – Kto wie gdzie jest 14-ta kompania? – Nie ma odpowiedzi. No cóż, nie będę tu stał jak baran. Obieram kierunek na chybił trafił. Niech się dzieje.... Idę dalej i rozmyślam. Khanaquin – to chyba jakaś oaza. Jechaliśmy tyle godzin, a tu pustynia i pustynia.

Przechodzę obok grupy namiotów pestek. Jest kilka z nich na zewnątrz. Ponure i nadęte udają, że mnie nie widzą, niektóre nawet ładne. Przecież nie będę ich pytał. Może przyjmą to jako obrażliwą zaczepkę? A zresztą co one mogą wiedzieć. Idę dalej – namioty i namioty. Dochodzę do rzeki. Jest szeroka, ale płytka. Zdejmując buty przechodzę na drugą stronę. Uznając pytanie o wskazówki za bezcelowe, szedłem mijając namioty nie zwracając na nie uwagi, zdany na łaskę anioła stróża. Spotkałem ślad, coś w rodzaju drogi, przecinający ukośnie kurs. Obrałem lewą stronę, co okazało się roztropną decyzją, bo nie miała przeszkody w prostej linii. A więc to była droga, zatem prowadziła gdzieś. Przyśpieszyłem kroku, bo miało się ku wieczorowi.

23-cia KOMPANIA

Nagle spostrzegłem powiększający się obiekt: kuchnia i kszątających się 3 kuchcików. Przecież oni muszą należeć do kogoś i o tym wiedzą. Coś mi podszepnęło, że jestem u celu wędrówki. – Czy to 14-ta kompania – zapytuję. – Tak – pada odpowiedz. – A gdzie mogę znależć dowódcę? - No to w tym namiocie z chorągiewką-. Zmierzam śmiało i krzyczę: pukam! - Wejść! Wchodzę. Podnosi się postać niezbyt wysoka, bez bluzy, a za to w przedwojennych oficerskich butach. Staję na baczność i słyszę, uszom nie wierząc, wcale nie wojskowe pytanie: „a kogoż to mam przyjemność witać?” Natychmiast wyczuwam, że pytający jest „pod gazem”. Potwierdza to chwiejna postawa. – Podchorąży X.- Tu wymieniam moje nazwisko – melduje swoje przybycie. – Po chwilii konsternacji - I to dlaczego właśnie tu? - A bo ja tu należę – informuję. – A odkąd? - Od Tatiszczewa. - Mój drogi podchorąży stare to dzieje i wszystko się zmieniło. To jest 23-cia kompania złożona z innych ludzi. - Spocznij – wydaje komendę. - Kto był waszym dowódcą? – Kapitan Rydzewski - Jego ludzie są teraz rozproszeni po różnych jednostkach i szukaj wiatru w polu. Ale zbliża się wieczór i podchorąży może tu na razie zostać. Służbowy! – krzyknął. Gdy ten się zjawił – zaopiekować się podchorążym-. Powiedziawszy to machnął ręką i runął ciężko na łóżko. Widocznie dowódca przebutelkował i mógł dowodzić już tylko swoim łózkiem.

TRĄBA POWIETRZNA NA PUSTYNI

Służbowym okazał się być, ku mojej radości kapral ze starej 14-tej kompanii. Znalazł wolne miejsce w jednym namiocie. Przyjęli mnie zrazu niechętnie, ale pozostałem tam z nimi jakiś czas, aż do wyjazdu do Anglii. W międzyczasie zżyliśmy się, nawet zostałem ich komendantem (wielka rzecz! 10-ciu ludzi). Jedzenia było wbród. Poza regularnemi posiłkami mieliśmy corned beef, boczek i inne specjały, wszystko w puszkach. Wychodziliśmy na ćwiczenia poza obręb pustynny, szary pył dostawał się wszędzie: usta, oczy, uszy i wszelkie zakamarki ciała, nawet zakryte ubraniem. Raz nocą, nawiedził nas silny wiatr, hamsinem zwany, trąba powietrzna. Szarpie namiotem, wyrywając podtrzymujące go kołki. Wyskoczyliśmy trzymać namiot. Trwało to kilka minut, nagle nastała cisza. Mniej szczęścia miała sąsiednia kompania, przez którą przeszedł środek trąby, wyrywając namioty i rozpraszając wnętrza posiadłości i szukali ich potem kilka dni. Upał był niesamowity. Zajęcia odbywały się wczesnym rankiem i póżnym popołudniem, resztę czasu poświęcając głównie wszobiciu.

BASRA I ODPŁYNIĘCIE DO ANGLII

Brak wody, a zatem kąpieli, sprzyjały rozwojowi tego robactwa. Byliśmy tam, przypuszczam,aby ochraniać rafinerię i rurociągi Basry. Służba nieciekawa. Pewnego dnia odbył się przegląd sanitarny całego obozu. Polegał na inspekcji koszul przez sanitariuszy w poszukiwaniu wszy. Pech chciał, że w mojej ukryło się kilka. Wstyd ogromny. Raport do dowódcy kompanii, brygady, czy coś takiego. Dał mi naganę ustną. Od tego czasu szukałem okazji aby się z tej jednostki wydostać.

SPADOCHRONIARZ? BYLEBY UCIEC Z TEJ PUSTYNII !

A gdy przyjechała z Anglii komisja werbunkowa do spadochroniarzy (1 Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. S. Sosabowskiego), natychmiast się zgłosiłem, aby opuścić tę ohydną, cholerną, pustynię. Zgłosiłem się natychmiast i po pobieżnym przeglądzie, ku mej trudnej do opisania radości, zostałem przyjęty. Tak wszy przyczyniły się do zmiany mojego losu. Przegląd przedwyjazdowy odbył się szybko i bardzo pobieżnie. Doktór niby to posłuchał, używając stetoskopu pracę serca, a może i płuc, zajrzał do gardła, kazał czytać gazetę, czego i niewidomy mógłby dokonać i orzekł, że petent jest zdolny do służby. Nie znałem nikogo w niedostatecznym stanie. Spisano wyrażając się w wojskowym żargonie dane ewidencyjne. Wyjazd nastąpił rychło. Zebrało się nas kilkuset. W transporcie spotkałem garść kumpli z sowieckich łagrów. Pomaszerowaliśmy do kolejki, własności rafinerii, i wsiedli na wagony. Krótka to była podróż. Przyjechaliśmy przez bardzo ubogie przedmieście, zupełnie pozbawione wszelkiej roślinności, zabudowane maleńkimi domami z gliny. Chmary ledwie co odzianych i biednych dzieci biegły za pociągiem prosząc o bakszysz (datek-jałmużnę). Dotarlismy do wielkiego portu ze statkami tzw. ropowcami. Aby zaspokoić ciekawość czytelnika podam nazwę: BASRA, port, skąd ropowce rozwoziły ten cuchnący płyn po całym świecie. Poszukaj tego na mapie.

ZATOKA PERSKA

Tam ładujemy się pod kierownictwem żołnierzy angielskich na duży i czysty statek handlowy. Tybulcy przenieśli nasz bagaż, złożony głownie z plecaka i torby. Przydzielają nam obszerne pomieszczenie pełne hamaków. Wkrótce orientuję się, że pokład powyżej jest pusty, zabieram więc swój, zawieszam i wychodzę na górę. Było nas prawie ze 300 braci żołnierskiej: podchorążych, szeregowych i podoficerów, słowem malkontentów pustynnych, którzy chcieli zobaczyc świat i nie mogli doczekać się akcji. Prócz nas jedzie pewna ilość Hindusów, ale nie mamy z nimi łączności. Ciekawi mnie co widzę i nie schodzę nawet na posiłek, którego wydawanie ogłaszają przez megafon. A jest co oglądać. Zatoka Perska, którą właśnie płyniemy, ma żółtą, przejrzystą wodę. Pływają w niej rozmaite stworzenia: ogromne ryby, jakieś niby to węże, żółwie i Bóg wie co. Po obu stronach zatoki dziesiątki zbiorników ropy, a może jej przetworów. Poniżej, ustępując im przestrzeni, piękne wille właścicieli ropy, bądż arabskich szejków. Mijamy się z ropowcami idącemi w obydwie strony i wychodzimy wreszcie na pełne morze.

INDIE

Pamięć moja jest , powtarzam ułomna, więc nie potrafię powiedzieć po jakim czasie zawijamy do Mumbai (Bombay), w Indiach. Tam następuje segregacja: oddzielają podchorążych, poznanych po naramiennikach, od reszty i kierują na piękny pasażerski statek, drugi pokład. Ta reszta idzie na trzeci. Tam, na tym drugim pokładzie, znajdujemy dwuosobowe kabiny pierwszej klasy. Zaznaczam, że podchorążym przysługują przywileje oficerskie. Statek nazywa się „DILWARA” i ma załogę hinduską. Gongiem proszą na kolację. Czyszczę mundur i buty (potem robi to służba) i idę do jadalni. Po drodze spotykamy kilku podchorążych, z tych którzy nie pozwolili Rommelowi zająć Tobruku. Jadalnia jest nieduża, bo i pasażerów tej klasy niewielu. Siadamy do stołu. Świecą złotem sztućce: łyżki, łyżeczki, dwa rodzaje widelców, tyleż noży. Jest 6 miejsc, wykwintny obrus i serwetki. Obok każdego stołu kelner w białych rękawiczkach. My, niegdyż jeńcy i więżniowie, brudni i obdarci, póżniej szczury pustynne, nagle znależliśmy się w takim luksusie.

Przynoszą pierwsze danie. Czym to jeść? Łyżeczką, czy widelcem. Potem zupa. No, naturalnie łyżką. Ale którą? Główne danie i deser. I tak codziennie. Buty wystawia się na korytarz do czyszczenia, trzeba, czy nie. Przebywamy dzień – gdzie kto chce, na pokładzie, w gabinecie lub w kawiarni. Dowiaduję się, że w klasie turystycznej jest kilkudziesięciu Polaków płci obojga, cywili, ale nie mamy z nimi kontaktu. Zaznajamiam się z jednym tobruczaninem, Romkiem Romańskim. O nim wzmianka nieco póżniej. Jest tu Stasiu Brodzki z Płocka, bliskiego mi Gostynina i kilku innych znajomych.

ZAWIJAMY DO KENII

Spędzamy w tym luksusie kilka dni, aż wreszcie zawijamy do portu. Wejście doń wąskie. Prawie ręką dosięgnąć można stromego wybrzeża pokrytego tropikalną roślinnością. Ten port to Mombasa w Kenii, wówczas brytyjskiej kolonii. Tam zostawiamy Polaków. Pozostaną w obozie uchodzców, aż do końca wojny. Aby wyprostować nogi i z ciekawości, wychodzimy karnym oddziałem i prowadzeni przez brytyjskiego oficera mijamy różne obiekty, niektóre z napisami BLACK albo WHITE. Dowiadujemy się póżniej, że tam gdzie pisze WHITE, tam murzynom wstęp jest surowo wzbroniony. Dziwny kraj. Nie zabawiliśmy tu długo. Dalsza droga nie była ciekawa. Bawiły nas tylko latające ryby. Wyskakiwały z wody i szybował kilkanaście metrów. Tak minęło kilka dni. Był na tym statku niewielki, ale piękny bar.

AFRYKA POŁUDNIOWA

Z polecenia towarzyszącego nam od Basry jeszcze jedynego polskiego oficera, odmawiano nam, uprzejmie, alkoholu podając orzeżwiające płyny wszelkiego rodzaju. A potrzeba tego istniała w strefie podrównikowej. Wreszcie ukazał się ląd i zawinęliśmy do portu zwanego DURBAN we wschodniej Afryce, ale już w protektoracie angielskim Południowej Afryki. Tu żegnamy się żałośnie z „Dilwarą”. Napewno będzie miała bardziej wdzięczych pasażerów. Wsiadamy do tuż podstawionego pociągu i mijając miasto bokiem, jedziemy wgłąb. Zadziwia mnie bujna rośliność i wśród niej ogromne czerwone kwiaty. Niedługa to droga. Wyładowujemy się i tuż znajdujemy – co? Znowu namioty. Znienawidziłem takie schroniska. Te są brązowe, jasno brązowe. Dziesiątki ich. Lokujemy się wraz z dobytkiem. Jest wieczór i pewnie jakiś posiłek, już nie pamiętam, pewnie puszkowy i najwyżej herbata, którą od tej pory pijemy, częściej niż kawę. Tu spędzamy noc. Rano murzyni roznoszą w kotłach – co? Oczywiście herbatę, chleb i wędlinę.

Rozglądamy się w terenie. Ale brak nam ruchu po tylu dniach bez ziemi. Jak długo tu będą nas trzymać? Bo to zapewne jest kolejny punkt przejściowy. Wybrać się do miasta? Chyba tak. Prawie wszyscy wsiadamy do pociągu, idącego w przeciwnym kierunku niż wczorajszy. Niechaj czytelnik mi wybaczy – mam luki w pamięci. Wiem, że wracaliśmy wcześnie: Romek Bladolicym zwany, Dzius, zdaje mi się cywil, polski Żyd, morowy flegmatyczny chłopak i ja. Idziemy okrężną drogą. Napotykamy po drodze grupkę brytyjskich podoficerów. Popijają. Zapraszają gestem, co trochę nieśmiało przyjmujemy. Częstują jakimś napojem wyskokowym, którego działanie jest prawie natychmiastowe. Rozmawiamy – przeważnie na migi. Sciemnia się, czas wrócić do swoich. Na pożegnanie dali butelkę trunku i wskazali kierunek powrotu. Doszliśmy do stacyjki kolejowej, no a stąd wiadomo jak. Towarzysze nie wrócili. Postanowiliśmy zbadać jakość ofiary. Szczególnie butelka była zakorkowana (bo są i inne przeszkody), a Dzius miał korkociąg przy scyzoryku. Powracający zostali nas kompletnie „zalanych” Stasiu B. zgromił mnie okropnie, zaprowadził do namiotu i położył spać. Następnego dnia czułem się okropnie: mdłości, ból głowy – oto skutki pierwszego w życiu nadużycia alkoholu. Na domiar złego kazali zabrać swoje rzeczy i wracać do portu. Zaopiekował się mną i bagażem Bladolicy. Tam, w porcie, czekał na nas olbrzymi statek pasażerski. Nazywał się „Britannik”.

Zdzisław J.Xiężopolski

(W następnej części wspomnień popłyniemy z Autorem „BRITANNIK”-iem dookoła Afryki Południowej, aż do Anglii).

Jacek K.M.

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

gość z drogi

serdeczne pozdrowienia

i podziekowanie za ocalanie wspomnień Żyjącego Świadka Historii od zapomnienia

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

gość z drogi

#197923

Witaj Gościu, takie wspomnienia to nasze dziedzictwo,ojczyżniana tożsamosć, jej dobrych córek i synów. Gdy o nich zapomnimy będziemy jak majster, który budując dom nie wie jakie są jego fundamenty. Pozdrawiam.
Jacek.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#198040

gość z drogi

takich relacji,wspomnień

bo NOWi rządzący wcale nie są nimi zainteresowani,wręcz przeciwnie

czekam na ciąg dalszy

serd pozdrawiam 10

pozdrowienia i podziękowania dla Pana Xiężopolskiego,za to że chciał nam przekazac 

kawał prawdziwej Historii na tle własnych Losów

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

gość z drogi

#198112