Dziennikarscy komedianci (część II)

Obrazek użytkownika Chłodny Żółw
Kraj

Podsumowanie i uproszczenie części I: jeśli dziennikarz coś mówi, jest to ostateczny dowód na to, że myśli zupełnie inaczej :)

Wytyczne dla redakcji te same, poglądy dziennikarzy jednakie, profesjonalizm ten sam... a przy podziale medialnego torcika musi dochodzić do rzeczywistej walki. Takie są twarde reguły biznesu.

Poszczególnym, bratnim (ideowo, kapitałowo) redakcjom nie jest łatwo. Sprzedają niemal ten sam, poprawny politycznie produkt, a muszą jakoś wykazać własną odrębność. Dzięki temu, dla czytelników, żarciki i pozorowane konflikty, czasem naprawdę mają walor humorystyczny. Prawdopodobnie niezamierzony.

Jak to dobrze, że nasi dziennikarze (najczęściej giganci intelektu) mają tyle inwencji! Bez niej znormalizowane media byłyby nudne. A nie są! Nasze gwiazdy są w stanie, bez mrugnięcia okiem, wypowiedzieć najbardziej piramidalne bzdury.

Na przykład, symbol polskiego dziennikarstwa, Tomasz Lis. Czy ktoś jeszcze pamięta tę łzawą bajeczkę o krwawym klerofaszystowskim reżimie, który wyrzucił go wraz z żoną z telewizji Polsat?

Podobno właściciel Polsatu cały czas opierał się żądaniom PIS, aż wreszcie przewidując porażkę rządzących, przed samymi wyborami zdążył... poddać się!

Ten sam reżim, łapami siepacza PIS, Andrzeja Urbańskiego zatrudnił później Lisa (znowu razem z żoną) w TVP! To dopiero prześladowania...

A koledzy dziennikarze? Jak zareagowali? Nijak. Ani paczek z wątrobianką i topionym serkiem prześladowanym nie przysyłali, ani nawet nie skomentowali, że Lis opowiadając tę historyjkę "rżnie głupa".

(ciąg dalszy nastąpi)

Ocena wpisu: 
Brak głosów