Funkcjonariusze a antykomuniści

Obrazek użytkownika Free Your Mind
Kraj

Czy antykomuniści są wytworem służb specjalnych? Czytając artykuł P. Kwiecińskiego mam wrażenie, że mimowolnie wychodzi mu taka konkluzja z długiego, dość zawiłego i nie do końca logicznego wywodu, odwołującego się zresztą to osobistych, młodzieńczych fascynacji intelektualnych. Oczywiście każdy może się fascynować tym, czym chce („żyłem w swego rodzaju emocjonalnym transie”, wyznaje Kwieciński) – w tej materii, rzecz jasna, nie zamierzam nikomu narzucać lektur, jednak optyka przyjęta przez tego publicystę jest tak wąska, że warto przedstawić nieco szerszy obraz sytuacji, zwłaszcza że np. ja uważam, że w obecnych czasach, tj. AD 2009 antykomunizm nie tylko nie stracił nic na swojej aktualności, ale jest wprost naturalną postawą ideową kogoś, komu w Polsce zależy na trwałym uzdrowieniu polskiej kultury czy nawet zachodniej cywilizacji. Z tekstu przywoływanego przeze mnie wynikałoby natomiast, że antykomunizm jest już postawą archaiczną i co więcej, nieco skompromitowaną.

Zacznijmy od tego, że kto jak kto, ale bolszewickie i sowieckie służby od samego początku (bez względu na miejsce akcji, a więc wszędzie, gdzie docierał ociekający krwią „kaganek rewolucji”) celowały w kreowaniu „wrogów ludu”, których następnie z zapamiętałością typową dla nawiedzonych zbrodniarzy, zwalczali. Ponadto służby potrafiły umieszczać swoich agentów udających „wrogów ludu” po to, by rozpracowywać prawdziwych antykomunistów. W tym też przedostatnim sensie można by zasadnie powiedzieć, że przeciwnicy sowietyzmu stanowili wytwór tychże służb. Ale też w tym przypadku nie było mowy o żadnym sprzeciwie wobec systemu, gdyż agentura stanowiła najbardziej wyrafinowany sposób działania czerwonych, a także najlepiej intelektualnie (zwł. psychologicznie) przygotowany zespół ludzi do zwalczania jakiejkolwiek opozycji. Ktoś więc mógł gorliwie nawoływać do demonstracji lub strajków wyłącznie po to, by wystawiać naiwnych rozmaitym bezpieczniakom. Ktoś mógł prowadzić drukarnię podziemną wyłącznie po to, by bezdebitowe wydawnictwa szły na przemiał lub trafiały prosto na biurka „ekspertów”. Ktoś mógł nakręcać antysowieckie nastroje w jakimś towarzystwie wyłącznie po to, by czyjeś ostre wypowiedzi stanowiły podstawę do oskarżenia o „wywrotową, antypaństwową działalność”.

Czymś więcej jednak niż naiwnością byłoby uznanie, że antykomunizm właśnie z tego powodu się wziął. Oczywiście, Kwieciński nie pisze tego wprost, tylko odnosi zjawisko antykomunizmu do publikacji Volkoffa i Suworowa. J. Mackiewicza też przy okazji wymienia, ale na tamtych dwóch się przede wszystkim skupia, traktując ich niemalże jak klasyków antykomunizmu. W tym miejscu mogę od siebie dodać, że mimo iż czytałem obu rosyjskich specjalistów od agentury i dezinformacji, nigdy jednak nie traktowałem ich ze śmiertelną powagą, pamiętając, że służba w spec-organach pozostawia jednak pewien rys niewiarygodności. Czym innym jednak byli eks-bezpieczniacy ze swoimi zwierzeniami, a czym innym Mackiewicz, który widział komunizm w detalach i w detalach opisywał. Poza tym Bobkowski, S. Piasecki, Grubiński, Obertyńska, Ganowicz, można by doprawdy sypać nazwiskami autorów chociażby z polskiej szeroko rozumianej tradycji antykomunizmu, a przecież jest także fenomenalny W. Bukowski. Błędna, nieprawdziwa jest więc argumentacja Kwiecińskiego, jakoby formowanie się antykomunizmu determinowane było przez lekturę byłych pracowników służb specjalnych. Zresztą wskazywanie źródeł antykomunizmu wyłącznie w sferze intelektualnej jest także nadmiernym upraszczaniem sytuacji, wszak „samo życie” pod leninowskim i stalinowskim pręgierzem dostatecznie mocny wyrabiało w każdym zdrowo myślącym człowieku postawę antykomunizmu, bardziej lub mniej skrywaną przed bezpieczniakami. Poza tym za prawdziwy, nieprzejednany antykomunizm naprawdę ludzi prześladowano, torturowano, więziono, a nawet zabijano i na pewno Kwieciński to doskonale wie. Nie muszę chyba dodawać, że wiele osób było (i jest) antykomunistami bez wgłębiania się akurat w Volkoffa i Suworowa, którzy może dostarczają intrygującej lektury, lecz jedynie uzupełniającej, a nie obowiązkowej.

Należy więc podkreślić, że to nie byli bezpieczniacy stoją za konstytuowaniem się antykomunizmu. Nie znaczy to jednak, że książki byłych pracowników (zwł. sowieckich) służb nie są warte analizowania z antykomunistycznego punktu widzenia. Wprost przeciwnie. Los choćby śp. A. Litwinienki dowodzi, że odejście od tychże służb traktowane jest przez nie jak śmiertelna zdrada i tępione na najbardziej okrutne sposoby. Jeśli więc ludziom przechodzącym na „jaśniejszą stronę mocy” potrzebna jest od razu ochrona (czasami zresztą nieskuteczna, jak wiemy), zmiana tożsamości i wyglądu albo odizolowanie od świata, to ich zeznania mają rzeczywistą wartość - nie tylko dokumentalną czy zgoła sensacyjną.

Oprócz tego ważna jest kwestia sprawdzalności tego, co oni głoszą. Według mnie hipoteza postawiona przez Golicyna w jego dwóch głośnych książkach, jakoby cały proces „głasnosti” i „pierestrojki” (wraz z procesem „obalania komunizmu”) był mistyfikacją sowieckich służb nie została jak dotąd sfalsyfikowana. Golicyn zresztą nie formułuje swoich obserwacji dotyczących ewolucji sowietyzacji w trybie przypuszczającym. My jednak, podchodząc do jego spostrzeżeń nieco ostrożniej, możemy po prostu poddać je weryfikacji, odwołując się do tego, co napisał wspomniany Litwinienko, Politkowska czy Kowaljow, ale też do naszego bogatego doświadczenia, które pokazuje jak wielką rolę pełnią „ludzie służb” nie tylko na obszarze byłego ZSSR, ale całego bloku sowieckiego, a szczególnie naszego kraju. To przecież jest tajemnica poliszynela. Bezpieczniacy wyskakują z każdej poważniejszej dziedziny naszego życia społeczno-politycznego, jak króliki z kapelusza iluzjonisty.

Kto zaś wie, do jakiego stopnia wyrafinowani w dezinformowaniu potrafią być ludzie służb sowieckich (nawet bez wnikliwej lektury Volkoffa i Suworowa, odsłaniających skomplikowaną metodykę prania mózgu), ten przede wszystkim się dokładnie zastanowi szczególnie nad tym, dlaczego pierwszym, co ogłoszono w „ferworze zmian”, było „obalenie komunizmu”. Tenże ustrój nie tylko przez długie dekady był nieobalalny i stanowił „koniec historii”, „konieczność dziejową” czy też „realia” (jak to zwykle pisywali pragmatyczni peerelowscy publicyści), z którymi należało się bezwzględnie pogodzić, ale był zażarcie broniony w przypadku jakichkolwiek prób kwestionowania jego legalności oraz omnipotencji.

Kwieciński zaś pisze:

„Aż przyszedł rok 1989 i imperium zła, które przed chwilą miało podbić zniewieściałe kraje Zachodu, niemal z dnia na dzień się rozpadło.

Przegrało historyczną konfrontację z pogardzanymi przez nas zachodnimi demokracjami, którymi według Volkoffa od dawna sterować miało KGB, a na gruzach których, według Suworowa, już niebawem miały stanąć radzieckie łagry. Przegrało totalnie i bezapelacyjnie. Co z perspektywy czasu zadziwiające – ten niezaprzeczalny fakt nie skłonił nas do zrewidowania niedawnych ocen. Wkroczyliśmy energicznie w lata 90., komunistów (do roku 1993) uważaliśmy za bezapelacyjnie przegranych. A jednocześnie z dawnych czasów – w jakiejś mierze z lektur Volkoffa i Suworowa – zachowaliśmy skłonność do wiary i w upadek Zachodu, i we wszechmoc tajnych służb. Oczywiście, tych komunistycznej proweniencji.

Chcę być dobrze zrozumiany. Nie tylko emocjonalno-intelektualne doświadczenie przeszłości spowodowało, że III RP postrzegaliśmy jako manipulowany przez służby – czy to ówczesne polskie, czy to rosyjskie, czy wreszcie przez postesbeckie mafie – Ubekistan. Ta diagnoza była realna, wypływała z trzeźwej oceny rzeczywistości. Bywała jednak często przerysowana. I tę skłonność do jej przerysowywania zawdzięczamy właśnie, moim zdaniem, w jakiejś mierze młodzieńczej fascynacji Volkoffem i Suworowem. Fascynacji, wywierającej swój wpływ do chwili obecnej.”

Nie wiem, kto uważał komunistów za „bezapelacyjnie przegranych”, skoro prezydentem Polski po „obaleniu komunizmu” był Jaruzel, a pierwszym premierem Kiszczak, ale mniejsza z tym, bo za chwilę Kwieciński dodaje:

„Jeśli dziś spotykam swoich mniej więcej rówieśników, żyjących mentalnie w roku 1982 (albo 1992), tworzących skądinąd ciekawe intelektualnie wizje, w myśl których komunizm tak naprawdę nie upadł, to bez większego ryzyka zakładam, że kiedy wymienię oba te nazwiska, mojemu rozmówcy roziskrzą się oczy. A zapytany, kiedy po raz pierwszy czytał ich książki, odpowie, że w latach 80. I z reguły w takich przypadkach się nie mylę.”

Z tego wywodu wynikałoby, że albo Kwieciński wierzy w faktyczny koniec komunizmu, albo że komunizm naprawdę upadł, zaś Kwieciński to jedynie chłodno konstatuje. Ja zaś nie tylko nie wierzę w upadek komunizmu, ale wiem, że sprawa z nim wygląda zupełnie inaczej niż to ukazują te najpopularniejsze wersje historii. Uzasadnienia dostarcza z jednej strony dobra kondycja posowieckich służb specjalnych w Rosji i innych krajach byłego bloku sowieckiego (Polska jest tu cały czas „chlubnym przykładem”) oraz trwanie komunizmu w rozmaitych krajach świata, a z drugiej postępująca wielkimi krokami recydywa marksizmu oraz socjalistycznego myślenia w świecie Zachodu. Jeśli ktoś sprowadzałby komunizm wyłącznie do marksistowsko-leninowskiej frazeologii i ideologii, to należałoby go uznać za osobę nie mającą pojęcia o tym, o czym mówi i nawet odradzać analizowanie zjawiska komunizmu – wiem jednak, że Kwieciński taki nie jest, wobec tego nie powinien, jak sądzę, powtarzać komunałów o „rozpadzie imperium zła” i to „niemal z dnia na dzień” oraz o tym, że owo imperium „przegrało totalnie i bezapelacyjnie”, gdyż to właśnie jest jedna z bajek skonstruowanych przez specjalistów od dezinformacji. Podejrzewam zresztą, że los Litwinienki czy Politkowskiej to dostatecznie wyraziste memento.

Nie powiem chyba niczego szczególnego, przypominając, że o upadku „totalnym i bezapelacyjnym” narodowego socjalizmu przesądziła II wojna światowa, denazyfikacja oraz osądzenie hitlerowskich zbrodniarzy w procesie norymberskim. Nic podobnego zaś nie spotkało komunistów, którzy stworzyli o wiele bardziej zbrodniczy system od Niemców. Komunizmu nie udało się obalić zbrojnie (mimo paru z nim wojen toczonych w różnych zakątkach świata), co więcej, gdyby nie twarda postawa NATO, a szczególnie USA, to kto wie, czy czerwoni w niedługim czasie nie zaczęliby forsować projektu dalszej światowej ekspansji „idei Wielkiego Października” z sowieckimi bagnetami, rzecz jasna.

Komunistów nie tylko nie osądzono, dekomunizacji nie przeprowadzono, ale – podkreślmy – pozwolono im spokojnie, legalnie działać w sferze gospodarczej, medialnej, kulturalnej i politycznej. No więc „imperium zła”, jak to mawiają z radosnym przekąsem rozmaici „publicyści” od lat, „rozlazło się jak stare gacie”, czy nie? Owszem, znikły pewne sowieckie emblematy (u nas tak, bo przecież już w Rosji nie), zahamowano procesy rusyfikacji w Polsce, poluzowano nieco gorset obywatelom, ale czy to nie za mało jak na obalenie systemu, który wymordował blisko sto milionów ludzi? Jeśli zaś nikogo tak naprawdę nie postawiono przed sądem, a całą maszynerię bezpieczniacko-wojskową, która była kośćcem systemu, pozostawiono samej sobie, to może należałoby nieco przetrzeć różowe okulary?

Kwieciński pisze o rozczarowaniu, jakie dla antykomunisty niesie ostatnia książka Volkoffa gloryfikująca rosyjski nacjonalizm i wizję świata Putina. No ale chyba nie chodzi o samego Volkoffa. Podobnej „przemiany”, jak pamiętamy, doznał choćby A. Sołżenicyn, lecz i o niego nie chodzi. To nie jest problem wyborów moralnych i intelektualnych rozmaitych dysydentów. To chodzi o to, co tak naprawdę niesie nam dzisiejszy świat. Mamy bowiem maszynerię Bezpieki, która już nie posługuje się znakami rozpoznawczymi ideologii komunistycznej tylko strategią mimikry w kontrolowanej przez służby pseudodemokracji wielu krajów byłego bloku sowieckiego, mamy permanentny bałagan w tychże krajach (w naszym widoczny bez szkła powiększającego), mamy utopijny projekt unijnego superpaństwa nasuwający wprost skojarzenia z eurokomunizmem, mamy wreszcie wspomniany renesans marksizmu, który, co jeszcze ciekawsze, powraca „jak gdyby nigdy nic” także do polskiej rzeczywistości kulturowej.

Oczywiście to, czy Unia przyjmie postać superpaństwa nie jest jeszcze przesądzone, możemy jednak być świadkami kolejnego maniackiego eksperymentu, który będzie próbą budowy „systemu szczęśliwości” z – a jakże – ludzką twarzą. Nic zresztą zaskakującego w tym, że komuniści tak ochoczo włączyli się w „procesy integracji europejskiej” - kto jak kto, ale oni potrafią rozpoznawać środowiska nadające się do zagospodarowania, zwłaszcza że socjaldemokratów i komunistów na Zachodzie dostatek, nie tylko we Włoszech czy we Francji. Superpaństwo przecież nie musi być lustrzanym odbiciem ZSSR, wystarczy, że wykorzysta te metody inżynierii społecznej i zamordyzmu, które wypracowali towarzysze z Kremla i okolic.

Co do marksizmu, to rozwijał i rozwija się on na Zachodzie już od lat 20. ubiegłego wieku (Gramsci, Szkoła Frankfurcka, postmodernizm, szkoła z Birmingham, „szkoła z Essex” etc.) z podziwu godną wyrozumiałością dla „błędów i wypaczeń” bolszewizmu i sowietyzmu. Miliony ofiar i niezliczone cierpienia oraz upokorzenia ludzkie, jakie przyniosło ze sobą rewolucyjne „zmienianie świata” jak tego chciał Marks, nie robią na marksistach większego wrażenia, wychodzą oni bowiem z założenia, iż należy do marksistowskiego projektu podejść jeszcze raz, po nowemu. Niekoniecznie poprzez eksterminację „burżuazji i kleru”, ale poprzez radykalną transformację kultury związanej z cywilizacją łacińską.

W tej sytuacji postawa antykomunizmu, którą nie tylko Kwieciński posyła do lamusa (podobne zdanie wygłosił kiedyś nawet prof. R. Legutko), wydaje się niezwykle aktualna, racjonalna i w pełni uzasadniona. Piszę o tych kwestiach także w najnowszej, marcowej odsłonie POLIS MPC, odwołując się do tragikomicznej ewolucji ideowej R. Smoczyńskiego, który od katolicyzmu, antykomunizmu i konserwatyzmu przeszedł do neomarksizmu, na co zresztą szczęść Boże jemu i jemu podobnym intelektualistom.

http://www.rp.pl/artykul/61991,283051_Volkoff__czyli_pretekst_do_rozrachunku.html

Ocena wpisu: 
Brak głosów

Komentarze

Rzeczywiście zmiana celu doraźnego ataku z klas społecznych i własności środków produkcji na sferę kulturowo-cywilizacyjną, a zwłaszcza sferę społecznych tabu (zagadnienia śmierci, małżeństwa, wychowywania dzieci itp) wydaje się być najbardziej wyrazistą cechą eurosocjalizmu. Jeśli kogoś zdziwiłoby tak elegancko gładkie przejście od realnego socjalizmu do tego unijnego, to rzeczywiście powyższy tekst wyjaśni znakomicie istotę tego procesu i pokaże siły sprawcze. W tym sensie o żadnym całkowitym upadku Imperium Zła nie może być mowy. Stało się ono być może groźniejsze przez przybranie w pseudo-liberalne szaty językowe, przez język poprawności politycznej. Eo ipso nie może też być mowy o dezaktualizacji postawy antykomunistycznej.

Piotr W.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#16811

To marksizm kulturowy, a nie gospodarczy.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#16823

a 60% udziału państwa w gospodarce, to co to niby jest? To prawie komunizm! Poza tym tak debilnych przepisów jak zakaz ubicia prosiaka na swój użytek czy dotyczących standaryzacji wyrobu oscypka, to nawet Hitler czy Stalin nie wprowadzał.

Do tego wszędzie w Europie sprawdza się "Manifest komunistyczny", wszędzie przymus szkolny, wszędzie wywłaszczona własność ziemska, wszędzie progresja podatkowa, wszędzie państwo interweniuje w gospodarce w takich "duperelach" jak produkcja cukru czy samochodów osobowych, wszędzie interweniowanie w rolnictwo poprzez szereg dopłat itd. Europeizm na moje oko wywodzi się z trockizmu, to był bowiem międzynarodowy socjalizm, który postulował import rewolucji. Teraz tego dokonuje się poprzez "integrację europejską".

A to, że kulturowy marksizm to się zgadzam.

pozdrawiam

Kirker prawicowy ekstremista

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

Kirker prawicowy ekstremista

#16828

Rzadko zdarza mi się czytać cokolwiek, z czym mógłbym się zgodzić w całej (prawie) rozciągłości. Wypada zatem pogratulować Autorowi klarowności analiz i jasności myślenia. Jest to rzadki w polskim piśmiennictwie przykład suwerennego myślenia.

Czapki z głów!

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0
#16815

Jeżeli podejdziemy do problemu komunizmu nie rozumianego jako coś co jest utożsamiane ze Stalinem, Leninem i ZSRR tylko jako wprowadzanie standardów cywilizacji bizantyjskiej to ten komunizm trwa i się przekształca. To nie jest już komunizm zamordystyczny, teraz jest to komunizm z ludzką twarzą zwaną Brukselą. Sama cywilizacja bizantyjska, która wytworzyła się w kulturze rosyjskiej cechuje się rozrostem biurokracji, przepychem, lizaniem pewnych części ciała postawionych wyżej urzędników i polityków, łapówkarstwem. Ta cywilizacja aktualnie w Europie wygrywa i to jest ten "komunizm z ludzką twarzą". Można aktualnie parafrazować powiedzenie z Rosji carskiej "Nie było w Rosji prawdy i nie będzie.". Teraz należałoby powiedzieć "Nie było u Socjalistów prawdy i nie będzie".
Kwieciński myli się co do jednego, zbyt płytko patrzy na komunizm tylko jako system. Ten faktycznie przekształcił się w socjalizm zwany Unią Europejską i w tamtej postaci już nie istnieje. Ale istnieje w formie socjalizmu, coraz bardziej przechodzącego z "demokracji" w totalitaryzm np. wprowadzenie przymusu indoktrynacji dzieci już od 6 roku życia (na marginesie ciekawe kiedy dojdziemy do "ideału" z Korei Północnej) czy też planowny spis ludności w którym mamy podać dane dotyczące naszych przekonań religijnych, seksualnych, numery kont bankowych itp.
Niestety od czasów II wojny światowej w Europie zanika Cywilizacja Łacińska, która stanowiła o potędze Europy przez wieki. A jeżeli już pojawi się gdzieś polityk mówiący o konieczności przywrócenia wartości Cywilizacji Łacińskiej to jest oskarżany o ksenofobię, nacjonalizm czy też antysemityzm.
Mam nadzieję że narody Europy obudzą się zanim znikną z kart historii tak jak Rzym, Kartagina itp.

Podoba mi się!
0
Nie podoba mi się!
0

----------------------------------------------------------- "Polska Niepodległa to Polska niebezpieczna" Lenin

#16838